fantastyka · 8 min czytania
Wyrok
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wyrok
Babka Alberta mieszkała w małej, oddalonej od miasta, miejscowości. Zajmowała stary, pobielany wapnem i kryty strzechą domek. Nie była prawdziwą babką Alber-ta. Tej nie posiadał on od dawna. Była czwartą żoną dziadka. Dziadek był czwar-tym jej mężem. Ożenili się kilka lat temu, oboje będąc w podeszłym wieku. Wkrót-ce dziadek umarł i babka została sama. Albert, chociaż był dla niej najbliższą oso-bą w rodzinie a ona również najbliższą jemu, nie odwiedzał jej. Wieś była oddalona od miasta, w którym on mieszkał i pracował, nie miała dogodnych połączeń komu-nikacyjnych. Dojechać i wyjechać z niej było bardzo trudno. Toteż Albert nie przy-jeżdżał. Babka miała zapewniony byt, otrzymywała z gminy rentę. Po śmierci dziadka w jednym z budynków należących do gminy zwołano naradę. Przedstawiciele ludności zamieszkałej w najbliższej okolicy zabierali głosy. - Ta kobiecina nie pożyje długo. Jest stara, zmęczona, wyeksploatowana. - Zapewnijmy jej godne przeżywanie ostatnich dni. - Pomóżmy jej finansowo. Rentę otrzymuje niewielką. - Niech gmina płaci za zużyty przez nią prąd. - Za wodę też. - I za telefon. - Należy jej się. Tyle lat ciężko pracowała. My korzystaliśmy. Odwdzięczmy się te-raz. - Ciężko samej. Zapewnijmy jej pomoc pielęgniarską. Przegłosowano wnioski. Wszyscy byli zgodni, że ostatnie chwile na tym świecie babka powinna przeżyć spokojnie i bezpiecznie. W zadowoleniu. Radośnie. Przydzielona przez gminę pielęgniarka przychodziła codziennie. Sprzątała, goto-wała, pomagała babce we wszystkim. Rachunki za prąd, wodę, telefon regulowano z konta gminy. Skromna renta wystarczała babce w zupełności. Minęło kilka lat. Umieralność ludzi na obszarze zajmowanym przez gminę była wysoka. Choroby, infekcje, skażenia, zanieczyszczenia powodowały gwałtowny wzrost przypadków niespodziewanych zgonów. Umierali ludzie w średnim wieku, starcy, dzieci. W ostatnim okresie śmierć przybrała zjawisko epidemii. Stawała się zaraźliwa. Babka żyła. Wbrew przewidywaniom innych ludzi trzymała się dobrze. Uprawiała przydomowy ogródek, pieliła grządki, żartowała z pielęgniarką, razem chodziły na długie spacery. W budynku gminy odbyła się narada. Z przedstawicieli, którzy ostatnio rozprawiali na temat babki niewielu pozostało. Śmierć wykruszała szeregi. Przyszli inni. - Tylu ludzi już umarło a ona żyje. - Logicznie patrząc, to ona pierwsza powinna odejść. - Jest dużo starsza od nas. - Nie spodziewaliśmy się, że tyle czasu jeszcze będzie żyła. - Młodzi, silni umierają. Ona stara żyje. - To niemoralne. - Widziano jak pali papierosy. - Pielęgniarkę prosiła o kupno butelki wódki. - Jakiś mężczyzna wchodził wieczorem do małego domku. Wyznaczono jednego z przedstawicieli by sprawdził postawione na zebraniu zarzu-ty. Przedstawiciel sprawdzał, węszył, rozpytywał. - Nie mam prawa żyć? A jakby nawet papieros i kieliszek wódki? Odwiedziny zna-jomych? - babka się broniła. Jeden zarzut był tylko pewnie dowiedziony. Babka żyła. Tak też podsumował przewodniczący. - Głównie chodzi o to, że my umieramy a babka żyje. Skarbnik zaproponował rozwiązanie. - Otrzymuje od nas rentę. Opłacamy prąd, wodę, telefon. Do tego pielęgniarka. Zlikwidujmy część udogodnień. Przeznaczmy środki na pomoc dla samych siebie. Zgodzono się z wnioskiem skarbnika. Zostawiono babce rentę i pielęgniarkę. Od tej pory sama musiała płacić za prąd, wodę i telefon. Ona nie przejęła się tym zbytnio. Cieszyła się, że może chodzić na spacery, że może pracować w ogródku, że może śmiać się, że może żyć. W ciągu kilku następnych lat wiele osób w gminie pożegnało się z życiem. Epide-mia śmierci nie ustępowała. Babka jednak trzymała się dobrze. Na zebraniu przedstawiciele ludzi zamieszkujących najbliższy teren żalili się, wy-kazywali swe troski i niepokoje. - Ona wciąż żyje. - Ludzie nie mogą tego ścierpieć. Przechodząc koło jej domu wygrażają pięściami. - To grozi niekontrolowanym wybuchem spowodowanym…