Przygoda · 4 min czytania
Wyspa pijaków
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Początek sierpnia nie zapowiadał na Manhattanie ładnej pogody. Poranek w dniu, w którym byłem umówiony z Szalonym Koniem, był wietrzny i nieprzyjemny. Niewielkie fale zatoki marszczyły gładkie, zazwyczaj jak pupa niemowlaka lico oceanu. Szybkie, wodne taksówki pruły ciemnozieloną wodę, tworząc trójkąty, których jeden ich bok rozbijał się o falochrony od strony Manhattanu, drugi rozpływał się daleko od wybrzeża Brooklynu. Nieco dalej było wysunięte w ocean szerokie molo, gdzie lądowały helikoptery. A, jeszcze dalej utopiony w mgle, jak średniowieczne zamczysko, majaczył most brooklyński. Odszedłem nieco od przystani promowej gapiąc się na odpływające do New Jersey duże pasażerskie promy, przepływające między Statuą Wolności, a malutką, opuszczoną wysepką Governor, tuż obok starego, z czerwonej cegły wojskowego więzienia. Oparty o balustradę zabezpieczającą spacerowiczów od oceanu, nie zauważyłem nawet, kiedy podszdł do mnie Indianin. - Gapisz się na wyspę? - spytał, biorąc z moich rąk papierową torebkę ze swoim śniadaniem. - Wcale nie widać zabudowy, patrząc od strony Manhattanu - stwierdziłem, jakbym rozmawiał z sobą. W tej samej chwili przeniosłem wzrok, na jak wyciosaną z marmuru twarz Indianina, lustrując uważnie jego księgę duszy, oczy. Nie wyczytałem z nich nic, ale odniosłem wrażenie, że człowiek ten wie o mnie wszystko. Prześwietlił mnie nieodgadnionym spojrzeniem jak rentgenem. Poczułem niekreślony lęk. Ostre rysy twarzy rozluźnił ledwo widoczny uśmiech, mego rozmówcy. - Chyba będę miał kłopoty - pomyślałem, spuszczajac oczy, ale Indianin odczytał moje myśli. - Nie bój się - powiedział, wyrywając informację z mej księgi…