Fantastyka · 4 min czytania
Względność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poranne promienie słoneczne padały mu na twarz. Przez chwilę leżał, rozkoszując się ciepłem, które niosły ze sobą. Nagle zerwał się i usiadł. Słońce już dawno wstało, a on wyleguje się w łóżku. Spojrzał na poduszkę obok, żony nie było. - Wstała i nie zbudziła mnie? – zaczął ubierać się w pośpiechu. Już ubrany, sięgnął po broń, ale nie było jej na zwykłym miejscu. – Co się tu dzieje? W chwili, gdy zadawał sobie to pytanie, do pokoju weszła żona. - Już wstałeś? Jeszcze wcześnie, myślałam że pośpisz sobie dłużej. Po to między innymi dostałeś ten urlop, żebyś wypoczął. - No przecież. – przypomniał sobie. – Mam tydzień wolnego, a broń sam schowałem do skrytki. Wszystko w porządku. – ta myśl przegnała poranne zdenerwowanie. - Wyleciało mi to z głowy. – odrzekł. – Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Będziemy mogli spędzić więcej czasu wspólnie. Z tego co pamiętam po śniadaniu mieliśmy gdzieś iść? - Tak. Do menażerii Treduxa. Wszędzie porozklejano plakaty informujące o nowych, zadziwiających stworach. – w jej głosie słychać było podekscytowanie i radość. Po raz kolejny przyjrzał się swojej ukochanej, gdy wychodziła z pokoju. Była piękna. Jej długie, ciemne włosy, drobna twarz z dużymi zielonymi oczami i małym zadartym noskiem, smukła sylwetka, wspaniała brązowa skóra, to wszystko składało się na zachwycający obraz kobiety, jego żony.
Menażerię otaczał tłum ciekawskich. Jedni stali w kolejce do kasy, inni tłoczyli się wokół, próbując zajrzeć do środka przez uchylone drzwi wejściowe lub wypytując tych, którzy już wychodzili. W środku było spokojniej i luźniej. Ochrona pilnowała, by liczba osób zwiedzających nie przekraczała sensownej granicy. W wielkiej sali rozstawiono około trzydziestu klatek z najdziwaczniejszymi stworami jakie udało się zdobyć właścicielowi tego przybytku. Co chwila można było usłyszeć okrzyki…