Romans · 7 min czytania
Zapisane w gwiazdach, cz.1.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Surrealizm nie był sposobem, w jaki tworzył, a jego stylem życia, tym, jak postrzegał. Cała jego egzystencja była marzeniem, postrzeganiem tego, co znajduje się na krawędzi między snem, a jawą. Jego malarstwo było w rzeczywistości sztuką śnienia, pełną jego marzeń, każdy detal pełen był swoistej ulotności. Jak cały on. Gdy się na niego patrzyło, można było odnieść wrażenie, że za chwilę rozpłynie się gdzieś w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie delikatny, odrobinę słodkawy zapach farb. Jego spojrzenie zazwyczaj wskazywało na to, że właściwie nie ma go w miejscu, gdzie znajduje się jego ciało. Był nieobecny, marząc o swoim świecie, w którym wszystko byłoby pięknie, w którym nie traktowano by go w ten sposób za to, że zarabia swoimi uczuciami. On nie widział w tym nic złego. Pracował, tworzył coś, co określało się mianem sztuki. Inni bardzo chętnie to kupowali, by po chwili mieszać go z błotem, obrzucając wyzwiskami, nazywając dziwką. On już dawno przestał słuchać. Nie umiałby żyć w inny sposób. Pogodził się ze swoją samotnością, a może nawet w pewnym sensie ją pokochał. Kiedy był sam, mógł przestać istnieć, oddać się swoim marzeniom, zniknąć w pełni w swoim metafizycznym świecie. Czasem jednak, w noce takie, jak ta, samotność była jego wrogiem, atakującym go wraz z otaczającym z każdej strony chaosem. Przebijającym się przez delikatną osłonę, jaką stworzył ze swoich marzeń, nadziei i doświadczeń, by nie dopuszczać do siebie otaczającego cały świat emocjonalnego bałaganu. Wraz z chaosem zazwyczaj pojawiał się strach. Ta para kochanków dobranych w wyjątkowo wyszukany sposób siała spustoszenie w delikatnej psychice elfa, gdy ten stał w starej, zapomnianej przez większość mieszkańców miasta altanie na skraju lasu, nieopodal małego jeziora. Widok, jaki miał przed swymi szarymi oczyma był doprawdy magiczny. Pełne gwiazd niebo odbijało się z całym wdziękiem w gładkiej tafli wody przyozdobionej dookoła ciemnym, choć wyjątkowo przyjaznym lasem. Ze wszystkich stron dało się wyczuć delikatny, charakterystyczny dla lasu zapach. Przymknął oczy, pogrążony we własnych myślach, marząc, jak zawsze, by ktoś nagle pojawił się za nim. Był więc pewien, że odgłosy kroków są wyłącznie wytworem jego wyobraźni, kolejnym snem na jawie. Tak samo, jak te już bliższe, świadczące o tym, że ktoś wchodzi po trzech schodkach altany – z których środkowy skrzypi charakterystycznie. Z rozmarzenia wyrwał go dopiero głos, tak melodyjny w swej męskiej stanowczości, że nie byłby w stanie go sobie wyobrazić. Jego wyobraźnia panowała nad barwą, nie dźwiękiem. - Kim jesteś? Wysoki elf o wyjątkowo mocnej, jak na tę rasę sylwetce stał przed drobnym malarzem, mierząc go uważnym spojrzeniem dziko zielonych oczu, oczekując odpowiedzi. Jego piękne, długie włosy okalały silne, ładnie wyrzeźbione w boju ramiona. Elf stał dłuższą chwilę, nie był do końca pewien, czy to, co się dzieje nie jest jakimś jego dziwnym snem. - Louis da Leroi. [czyt. Lerła] Z kim mam przyjemność? Mężczyzna zdziwił się, gdy ten go nie rozpoznał. Młody elf rzadko kiedy wychylał się se swojego domu gdzieś indziej, niż w okolice lasu. Czarnowłosy uśmiechnął się subtelnie, nie dając tego po sobie poznać. W końcu chciał wypocząć od własnego świata. - Erick Stadford. Jestem kupcem, przejezdnym. Wybrałem się na spacer i chyba zabłądziłem, gdy