Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Edukacja · 11 min czytania

Zapomniana historia cz. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W końcu zdyszana dobiegłam na przystanek autobusowy, soczyste krople potu spływały mi z czoła – uff, chyba zdążyłam – rzuciłam plecak na ławkę i sama ciężko na nią opadłam, nie ma to jak poranna gimnastyka. Wzięłam głęboki wdech, a po chwili zrobiłam wydech stresu, zmęczenia i zmachania, zdecydowanie muszę zacząć wcześniej wychodzić z domu, takie bieganie na ostatnią chwilę nie jest dla mnie. Teraz spokojnie przyglądałam się pędzącym samochodom, które co chwilę na pobliskiej sygnalizacji muszą przerywać swój wariacki wyścig, światło czerwone zdawało się działać na nich jak płachta na byka, widziałam niezadowolone miny kierowców mówiące: szybciej, szybciej, przez te światła nie zdążę! Co więcej, czasem, gdy jest ciepło i dziki kierowca ma uchyloną szybę w samochodzie, to mogę usłyszeć jadowite komentarze w kierunku sygnalizacji – i wtedy już nic nie muszę sobie wyobrażać, po prostu to słyszę i myślę sobie: super, ja czekam na spóźniający się już dziesięć minut autobus i nie narzekam, a ten człowiek ma jeszcze pretensje do Bogu ducha winnych świateł, mimo że to on za późno wyjechał. Czasem zastanawiam się, czy ludzie wraz z polepszeniem swojego komfortu np. zakupem samochodu, automatycznie stają się bardziej leniwi i opryskliwi, bo na podstawie własnych obserwacji coraz bardziej jestem skłonna przyjąć to stwierdzenie jako tezę na temat kierowców. Przemyślenia na tyle mnie pochłonęły, że nawet nie spostrzegłam, że siedzę tutaj ponad dwadzieścia minut, pomyślałam, że i tak jestem już spóźniona, a autobus najwyraźniej nie przyjedzie. Miałam więc kilka opcji, np. mogłam pójść do szkoły pieszo, co zajęłoby mi około czterdziestu minut, mogłam też zaczekać na kolejny autobus lub na ten spóźniony, mogłam pójść na wagary albo wrócić do domu i udawać, że jestem chora. Każda z opcji miała swoje wady i zalety, jeśli nie pójdę do szkoły, to będę miała nieobecność na kilku lekcjach i istnieje możliwość, że rodzice się o tym dowiedzą, jeśli zaś pójdę to i tak jestem spóźniona i nauczyciele będą dociekać, dlaczego wcześniej mnie nie było – i tak źle i tak niedobrze. Spojrzałam na znajdujący się w pobliżu przystanku bunkier, tak mówiliśmy na niewielkie wzniesienie przed moim blokiem. Kiedyś jak byłam młodsza, można było wejść do środka, obecnie ów wejście jest zablokowane stalowymi kratami, w sumie nie wiem dlaczego, jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam, obiekt stoi tam, bo stoi, nikomu nie przeszkadza, po prostu stał się naturalną częścią naszego codziennego krajobrazu. Całe życie go mijam i jakoś nigdy się nie zastanawiałam kto i po co zbudował coś takiego. Gdzieś we mgle wspomnień, przypominam sobie, że chodziłam tutaj z koleżankami na sanki – ile było przy tym śmiechu i zabawy! Ścigałyśmy się kto pierwszy będzie u góry, a później beztrosko zjeżdżałyśmy w dół górki. Jednak te czasy bezpowrotnie już minęły, teraz przechodzę tędy bez refleksji, zresztą pewnie jak większość ludzi. Gwałtownie zerwałam się z ławki i postanowiłam dłużej już nie czekać, choć znając moje szczęście, oddalę się o kilka metrów, a wtedy akurat autobus przyjedzie i nie zdążę do niego dobiec, postanowiłam jednak zaryzykować i pójść na następny przystanek oddalony stąd o kilka minut drogi. Nadal miałam wątpliwości czy jechać do szkoły, czy też nie, analizowałam korzyści, jakie mogą z tego tytułu płynąć i wnioski były dość smutne, jedyną korzyścią było spotkanie znajomych i poznanie nowych plotek, oczywiście można do tego dodać brak zaległości w nauce i przeżycie ekscytujących lekcji – nie ujmując nauczycielom, niektóre lekcje wynikające ze sztywnych ram programowych, po prostu dawały mi do myślenia: kto i dlaczego wpadł na to, aby się czegoś takiego uczyć? I choć nauczyciele robili wszystko, żeby ich przedmiot był ciekawy i zachęcał nas do zgłębiania wiedzy z danej dziedziny, to nie zawsze miałam ochotę w tym uczestniczyć, co swoją drogą było smutne, bo wiem, że się starali, ale z marnym skutkiem. W dodatku dzisiaj miałam mieć dwie godziny z nauczycielką, która od kilku lat powinna być na emeryturze, lecz z niewiadomych powodów z niezłomnością najdzielniejszego rycerza, codziennie pojawia się na polu bitwy i hardo walczy z (jak lubi nas określać) zgrają nicponiów, którym brak manier i ona tych manier za wszelką cenę nas nauczy. W moim odczuciu obrała sobie nieco dziwny cel, ale co ja tam wiem, w końcu zaliczam się do wspomnianej zgrai nicponiów, najgorszych z najgorszych, bo przedmiotu Pani Profesor nie rozumiemy. Pełna obaw, dotarłam na przystanek, jakoś specjalnie się nie spieszyłam i powiem szczerze, że byłoby mi na rękę, jeśli i ten autobus by nie przyjechał albo uciekł. Niestety los się do mnie nie uśmiechnął i musiałam ponieść odpowiedzialność za podjętą decyzję o pojechaniu do szkoły. W autobusie jak zwykle było tłoczno, co nasilało zapach unoszącego się w powietrzu odoru potu, perfum i innych nieznanych mi zapachów, równie nieprzyjemnych, jak zgniłe jajko czy coś podobnego. Jakoś udało mi się przetrwać męczącą podróż, którą śmiało mogę porównać do świadomej próby otrucia, co roku latem w komunikacji miejskiej czuć podobne zapachy, a więc można rzec, że wiedziałam, na co się decyduję, no ale jak to mówią: trzeba się hartować – a to mój sposób na hartowanie. W końcu udało mi się dotrzeć do budynku szkoły, było już pięć minut po dzwonku. Pośpiesznie odłożyłam kurtkę do szatni i bijąc się z przerażającymi myślami, kreującymi najczarniejsze scenariusze tego, co stanie się jak wejdę do klasy,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zapomniana historia cz. I — czytnik · opowiadania