Fantastyka · 5 min czytania
Zima
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wysoko nad nią płonęły dziesiątki świec. W komnacie było ciepło pomimo mrozu panującego na zewnątrz od wielu dni. Dekolt welurowej sukni ukazywał delikatną, bladą skórę. Zimne, jasnoszare oczy zwróciły się w kierunku mężczyzny. Ten z kolei pełnym gracji ruchem podniósł złoty kielich do toastu. -Za nas. - powiedział szeptem. Uśmiechnęła się lekko, czując zapach dobrego, czerwonego wina. Mężczyzna przyglądał się jej. Patrzył prosto w oczy, szybko jednak spuścił wzrok na rubinowy wisior na jej szyi, onieśmielony spojrzeniem chłodniejszym, niż lód pokrywający pobliski strumień. Gdzieś zza kamiennej ściany słychać było świst śnieżnej zamieci. -Anno, jako twój przyszły mąż obiecuję... - zawahał się na chwilę, nie wiedząc jak sformułować myśl krążącą po głowie. - ...bronić cię. Do samego końca. Będziesz... Najszczęśliwszą kobietą w kraju. Obiecuję oddać życie, jeżeli tylko sobie tego zażyczysz. Narzeczony nie wzbudzał w niej uczucia miłości. Nawet pożądania. Był kolejnym etapem, który jednak musiała minąć. Obowiązkiem, z którego musiała się wywiązać. Naiwny hrabia nie miał pojęcia, że właściwie już spełnił swoją ostatnią obietnicę. Nachylił się nad nią, składając na pełnych, ciemnoczerwonych ustach delikatny pocałunek. - Mam dla ciebie prezent. - powiedział, wkładając jej w ręce małą paczuszkę owiniętą błyszczącym materiałem haftowanym w orientalne wzory. Anna wyczuła przez materiał okrągły kształt flakonu. Mężczyzna pospiesznie wziął łyk wina starając się ukryć zdenerwowanie. Odchylając kielich od ust uronił kroplę trunku, która spadła na obrus. - Wybacz. Zapatrzyłem się na ciebie. - tłumaczył swoją nietrzeźwość. - I to właśnie był twój błąd... - Anna zachichotała cicho, nie wzbudzając podejrzeń narzeczonego, w którego żyłach krążyła już trucizna. Hrabia odpowiedział niemrawym uśmiechem, czując, jak jego powieki stają się coraz cięższe. Walczył chwilę z uczuciem zmęczenia. W końcu jednak poddając się i zapadając w wieczny sen. Kobieta wstała zabierając prezent i żegnając się.
Szła korytarzem, oświetlonym płomieniami pochodni rozmieszczonych co kilka metrów na ścianach. Zbliżając się do wyjścia, minęła grupkę gnących się w ukłonach służących. Szczupła służka pobiegła po