Psychologia · 5 min czytania
Zła zawsze była
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Leżąc w łóżku, spędzała resztki snu z powiek. Szło jej to bardziej opornie niż zazwyczaj. Marzyła o tym by znów zapaść w błogą nieświadomość, rozpłynąć się w sennych marzeniach. Lecz czas naglił, dzień wzywał by podjąć aktywność. Po raz kolejny więc z ciężkim westchnieniem odkryła kołdrę. Cóż mogła wiedzieć o tym, że niepokorny los szykował dla niej zgoła odmienny scenariusz od tego do jakich zdążyła się już przyzwyczaić? Przywykła do swej samotności. Do pustego łóżka, wstydliwie chowanego misia- do którego przytulała się w nocy, pojedynczych nakryć i ciszy. Ciszę najtrudniej było jej znieść, więc kiedy tylko mogła wypełniała ją muzyką. Muzyka była jej towarzyszem w trudnych chwilach, muzyka odprężała, z muzyką świętowała swoje sukcesy- jak dotąd tylko zawodowe. Wyszła z domu, jak zwykle z nienagannym makijażem, skrupulatnie ułożoną fryzurą i melancholią ukrytą na dnie serca. Pogoda była jej sprzymierzeńcem, siąpił drobny deszcz, niebo zasnute chmurami okrywało świat niczym kopuła, sprawiając że było szaro i zimno. Wczesnym rankiem, przy takiej aurze, na mieście- zazwyczaj tętniącym życiem było niewiele osób. Z rzadka mijała ją co jakiś czas przygarbiona, okapturzona postać, gdzieniegdzie kobiety- te bardziej przewidywalne zmagały się ze swymi parasolkami, usiłując jak najdłużej zachować świeżość makijaży i perfekcyjność fryzur. Szła więc obserwując ten przygnębiający krajobraz, a w duchu ciesząc się, że choć raz jej nastrój nie odbiega tak bardzo od szczęśliwych, zadowolonych twarzy osób, które pozostały wraz ze swoim szczęściem w domu. Melancholia skryta na dnie serca poczuła się swobodniej w tym swojsko-smutnym krajobrazie więc postanowiła wyjść z ukrycia i umościła się wygodnie na jej ramieniu. Idąc tak ze swoją towarzyszką, przyglądała się dyskretnie swemu odbiciu w szybach wystawowych sklepów. Zazwyczaj butików z markowymi ciuchami, pełnymi najnowszych kolekcji, dla kobiet zawsze starannych i z klasą. Karciła siebie w myślach za rozkojarzenie, które kazało jej zapomnieć parasolki. Ale jakieś nie wiadome COŚ, kazało jej iść przed siebie. Iść mimo wzmagającego się deszczu i wiatru, mimo, że dawno minęła sklep spożywczy w którym ZAWSZE kupowała pieczywo na swoje jednoosobowe, starannie robione śniadanie. Szła, choć wiedziała, że powinna zawrócić, bowiem deszcz i wiatr…