Psychologia · 4 min czytania
Zmierzch
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Otacza mnie zmierzch. Cała ta kraina jest zmierzchem, a zmierzch wieczny – krainą. Nie istnieje nic innego. Tylko on – zmierzch odwieczny, nieskończony, sam w sobie zamierzchły. Idealny...
Cienie, niebo bezbarw, mój cień, cień młota, cień dłuta w cieniach mego cienia dłoni. Jestem zmierzchem; ciężki młot, chłodna stal dłuta, są nim również. Kamienna płyta, wieńcząca nagrobny kurhan omszałych cieniem głazów – także. Wszystko jest zmierzchem, odpryski kamienia spod mych rąk
(...)
Wykuwam w płycie zmierzchu epitafium – własne. Wplatam w nie każdą moją myśl i każdy gest. Imiona wiernych jak śmierć przyjaciół, mroczne klątwy niedołężnych wrogów. Ciszę, w której unosi się zmierzchu kraina. W której, na równi z samym zmierzchem, skąpane są moje pierwsze i ostatnie uczucia, myśli, sny.
Wykuwam epitafium, cierpliwie i godnie, słowo po słowie. Tak było od dni mych zmierzchem okrytych początku, tak będzie po ich kres. Muszę w nim ująć wszystko, co mnie dotyczy – a więc i zmierzch, nieskończony zmierzch. Zmierzch niedotykalny, jak każda nieskończoność – a wszystkie one są ostatecznie zmierzchem.
Nie zdążę – w przeciwieństwie do zmierzchu, czas, dany mi na skończenie mego dzieła, nie jest nieograniczony. Lecz mimo to uparcie wykuwam słowo – po słowie. Grzbiet mój zgięty od wieków skamieniał, pozbawione czucia nogi wrosły w głazy i kamienie. Jestem posągiem, wieńczącym własny grób – grób, bo przecież leżę tam, na dole, przygnieciony zmaterializowanym w kamieniu zmierzchem. Gdybym odsunął nagrobną płytę, o brzegu pokrytym już milionami wykutych cieniem mej ręki zmierzchłej wersów (ileż jeszcze pozostało tej pustej, deprymującej przestrzeni! Ale i ona nie obejmie zmierzchu, bo doń należy, jest jego częścią, jego…