Fantasy · 7 min czytania
„Znają się – czyli wieczór Tybo”
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Znają się – czyli wieczór Tybo”
Nie lubił Litosa, ale podziwiał. Śledził każdy jego krok. Każdego dnia można było dostrzec jakąś myśl, jakiś gest czy ruch, który nie był zwykły. Patrzył i bał się. Zbyt wiele już widział, by się nie bać. Litos był po prostu nienaturalny. Wyglądał jak normalny człowiek, umięśniony, suchy, żylasty, zawsze spokojny, zawsze w luźnych najczęściej szarych szatach. Przy jego pasie na konstrukcji z sznurków wisiały dwa miecze. Długie, cienkie, lekkie, brązowe pochwy skrywały srebrne ostrza. Tybo czuł się przy Litosie gorszy. Czuł, że Litos z którym dzielił życie od urodzenia jest lepszy prawie we wszystkim a do tego po prostu szczery. On sam nie był. Wiele razy zdarzało mu się opowiadać o tym co zrobił Litos. Opowiadał z pasją pływając w jego chwale. Jego historie powoli ewoluowały. Czynił z nich całkiem nieświadomie małe narzędzie zemsty. Dodając szczegóły, które z Litosa robiły, zimnego, bezdusznego i strasznego. A wszystko co mówił jakoś doskonale pasowało do jego chłodnych oczu, wyważonej mimiki, braku uśmiechu i tej chłodnej samotności. Litos nie mówił i nie opowiadał o tym, co robił, z kim był, kogo pokonał. Tybo nie lubił go również za to, że nie cieszył się z tego, czego dokonał, że nawet nie słuchał gdy ktoś opowiadał o nim. Litos nie odzywał się nawet jeśli w jego towarzystwie ktoś podważał lub przekręcał to co zrobił. Litos w ogóle unikał takich sytuacji. Unikał ludzi. Wycofywał się w cień, znikał z tłumu, ze spuszczoną głową. Tybo często zostawał. Litos tak jak znikał tak samo również pojawiał się, gdy tylko coś się działo. Po prostu nagle okazywało się, że jest. Stoi z już wyjętymi mieczami dokładnie tam gdzie zaraz poleje się krew albo już ma w ręku igłę lub swój plecak z medykamentami. Litos zabijał i leczył, ale nigdy nie robił tego na raz. To było również bardzo nienaturalne, że nigdy nie zabił kogoś, kogo leczył i w drugą stronę, nigdy nie leczył kogoś, kogo pokaleczył. Tak... Litos nie zawsze zabijał i co więcej Tybo przez te lata zauważył, że chyba Litos nie lubi zabijać. Że w ogóle nie lubi wyciągać mieczy. Co w tym wszystkim było takie nienaturalne. Nie to, że nigdy nie był nawet draśnięty. Nawet nie to, że podchodził identycznie do niedoświadczonych wojowników jak i do elit tego świata – tak samo konsekwentnie, zawsze dwoma mieczami, zawsze z pełną uważnością i prostotą. Nienaturalny był fakt, że czas wyjęcia mieczy, zawsze był dłuższy niż cała walka. A miecze wyciągał uważnie i szybko... Litos walczył tak jakby od niechcenia, wyciągał miecze i czekał kiedy wróg się zbliży lub sam delikatnie podbiegał. Potem dwa może trzy pełne ruchy przeciw każdemu i już stał nad ciałem zalanym krwią, ze spuszczoną głową z mieczami gotowymi do walki. Milczał, gdy rzucali się do ataku na niego, milczał gdy ich ranił i zabijał, milczał gdy leżeli przednim lub krzyczeli i zwijali się z bólu. Tybo widział już setki walki i choć wydaje się to nie możliwe zawsze wydawało mu się, że Litos walczył inaczej, zawsze najprościej jak się dało. Zadawał rany najkrótszą z możliwych dróg, co więcej Tybo mógłby przysiąc, że Litos gdyby chciał mógłby zadać cios również w sto innych miejsc w tym samym czasie, ale zawsze wybierał jakiś istotny punkt.…