Inne · 7 min czytania
Znaki Czasu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wiosną dwa tysiące piątego umierał na oczach rozbawionego świata ciężko schorowany Ojciec Święty, Jan Paweł Drugi, pierwszy papież pochodzący z Polski. – Memento mori – jakby mówił na pożegnanie. – Pamiętaj o śmierci, bo szybko przemija życie i nie należy się zbytnio przywiązywać do rzeczy przyziemnych. Umierał w pełnym cierpienia, pokornym milczeniu, szepcząc że wszystko go boli, a rozbawieni ludzie nie chcieli na to patrzeć, bo rozbawieni ludzie chcieli Juwenaliów. – Panem et circenses! – krzyczeli. – Chleba i igrzysk! I kręcił się skołowany świat na karuzeli hedonizmu, i coraz mocniej dawano czadu, i ludziom zaczęło się robić niedobrze. – Dosyć! – krzyczeli. – Na rany Chrystusa już dosyć! Zatrzymajcie ten diabelski młyn! Zatrzymajcie to szatańskie koło śmierci! Nie dawajcie się okradać! Nie dawajcie im pieniędzy! Niech ktoś wyciągnie z gniazdka wtyczkę! – prosili, ale orkiestra grała coraz głośniej. Wzmacniacze rzęziły w oszalałym amoku, a wodzirej w czerwonych okularach krzyczał zachrypniętym głosem, że zabawa potrwa do końca świata, a nawet o jeden dzień dłużej. – Dopóki się diabelski młyn nie rozleci! – obiecywał. – Dopóki Titanic nie zatonie! Róbta co chceta, hulaj dusza, piekła nie ma! I odrywały się góry lodowe, i wybuchały wulkany, i coraz mocniej trzęsła się ziemia, fale tsunami zatapiały kolejne Atlantydy i szykowały się do najazdu na Europę dzikie hordy. Ogon smoka coraz mocniej bił o ziemię i przymierzał się do strącenia z nieba trzeciej części gwiazd. Wiatr przewracał karty Fatimskiej Przepowiedni.
Ojciec Święty, Jan Paweł Drugi, odszedł do Domu Ojca drugiego kwietnia dwa tysiące piątego roku o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem. Odszedł w wigilię Święta Bożego Miłosierdzia, które sam ustanowił w dwutysięcznym roku, wyznaczając termin jego termin na pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Podczas Jego ponad dwudziestosześcioletniego pontyfikatu rozpadło się w Rosji komunistyczne imperium zła i oddaliło się wiszące nad światem widmo nuklearnej zagłady. Rozdarła się rozdzielająca narody Europy żelazna kurtyna zimnej wojny i runęły mury odgradzające czerwone getta od wolnego świata. Wiatr przewracał karty historii.
Ubrał się owej kwietniowej nocy, kiedy umarł Ojciec Święty i poszedł się pomodlić do kościoła. Ukląkł na kościelnymi dziedzińcu pod drewnianym krzyżem i modlił się po cichu w półmrocznych ciemnościach. Oobok klęczało kilka osób. U stóp krzyża paliły się znicze. Dwa, może trzy, cztery, jak to w sennym galicyjskim miasteczku, gdzie z kościelnej wieży słychać wieczorami fanfary i gdzie matki ciągle jeszcze nawołują dzieci do wieczornego pacierza. Wiatr wyciskał łzy wzruszenia i osuszał na policzkach. Jak to Wiatr. Wieje, kiedy chce i dokąd chce. Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Chrystusa powiał po Wieczerniku, a teraz rozkołysał na Wawelu Dzwon Zygmunta. Około dwudziestej drugiej ożyło na wawelskiej wieży serce królewskiego dzwonu i rozniosło się po kraju nad Wisłą żałobne larum. Do mnie dzieci Ojca!
Ludzie zbierali się na Krakowskim Rynku już wcześniej, wieczorem