Dla dzieci · 28 min czytania
Żółwie opowieści
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nie tak dawno temu i nie tak znów daleko żył sobie mały żółw Max który mieszkał radośnie w półokrągłym domku z Mamą, Tatą i młodszą siostrą. Zycie upływało mu na beztroskiej zabawie i trochę mniej beztroskiej szkole. Jednak szkolne obowiązki również dało się przetrwać, a to dzięki Lili. Ah, kto to Lili pytacie? Cóż, jakieś trzy drzewa i dwa półokrągłe domki dalej, na wielkim baobabie w trzecim gnieździe od prawej żyła pterodaktylica Lili, razem z rodziną oczywiście. Ale zapewne mało was interesują dane personalne, pesel , adres, numer buta i inne biurokratyczne bzdury. A więc streszczając te wszystkie tabelki, literki i cyferki, Lili była najlepszą przyjaciółką Maxa.
Życie ich toczyło by się całkiem spokojnie i normalnie (a czasem nawet romantycznie), gdyby nie pewien niespodziewany gość w miasteczku i … ale nie uprzedzajmy faktów.
Pewnej nocy, gdy chmury odcięły dodające otuchy światło gwiazd, a księżyc zamiast świecić dziarsko nad miastem poszedł na ryby, Maksowi przyśnił się przedziwny sen. Pełen mroku,strachu i przerażającego poczucia samotności.. i ta dziwna muzyka... Nim jednak nasz mały żółw zaczął kojarzyć dźwięki i zdążył przyjżeć się sennej rzeczywistości usłyszał kojący głos mamy: -Synku, zbudź się! Wszystko w porządku, jestem przy tobie… -Mamo, co się dzieje? – spytał zdezorientowany Maks - Strasznie krzyczałeś i rzucałeś się przez sen, pewnie przyśnił ci się koszmar..ale już śpij wszystko w porządku. Jeśli chcesz zostawię Ci zapalone światło. -Tak mamo, proszę. – później pomyślą ,że to straszny wstyd i gdyby Lili się dowiedziała, że śpi przy zapalonej lampce na pewno by go wyśmiała… Cóż,jednak w tamtej chwili wybór miedzy powrotem do krainy mroku a śmiechem koleżanki wydał mu się dość oczywisty.
Następnego dnia rano postanowił że o swym dziwnym śnie musi porozmawiać z Lili, może ona będzie mu w stanie pomóc zrozumieć o co chodziło .A więc czym prędzej zjadł swe śniadaniowe chrupki ślimakowe z mlekiem, ucałował na pożegnanie mamę, tatę, siostrę, sąsiadów oraz pół dzielnicy i pobiegł na spotkanie z przyjaciółką.
Umówili się w swym ulubionym miejscu, w cieniu wielkiego dębu ,w parku miejskim. Dla Maksa wyprawa tam to był już wręcz rytuał, w drodze kupował paczkę prażonych ślimaków i puszkę żurawinowego napoju dla siebie, a dla Lili stonogi w czekoladzie (nie, to nie jest okropne, to wielki przysmak dla pterodaktyli) i grzecznie dreptał by usadowić się w cieniu wielkiego drzewa. Najczęściej zdążył schrupać już ostatnią skorupkę ślimaka zanim pojawiała się Lili.. Cóż, nikt przecież nie mówił, że pterodaktyle są punktualne. Inna kwestia że nasz mały bohater zawsze z wytęsknieniem czekał na pierwsze oznaki przybycia przyjaciółki, delikatny szelest liści choć częściej głośny „krzyk łamanych gałęzi” … latanie precyzyjne też nie było jej najmocniejszą stroną. Tym razem było jednak inaczej, Maks nawet nie zauważył zbliżającej się pterodaktylicy (która i tym razem popisała się” brawurowym” lądowaniem ) , gdyż rozmyślania nad ostatnim snem pochłonęły go bez reszty. -Tobie też to się śniło , prawda? – Zapytała bez żadnego dzień dobry Lili. - Tak… nie wiem o co chodzi, miałem nadzieje ze wytłumaczysz mi to, a tak w ogóle to cześć. - ,odparł zaskoczony i odrobinę zdezorientowany nagłym pojawienie się koleżanki Maks. - tak, tak cześć, ale nie mamy czasu na kurtuazyjne pogawędki. Musimy iść do cyrku. - Ja tu przeżywam, śnie o koszmarach a Ty mi z cyrkiem wyskakujesz? -Głuptasie, nie tylko tobie się to śniło, poza tym w cyrku znajdziemy odpowiedź. – „jest taka bystra” pomyślał maks.. i od razu po tym zadał najmniej odpowiednie pytanie –a dlaczego w cyrku?- rzekł z rozbrajającą miną - Na pewno śniło Ci się to samo? Ta muzyka, te barwy.. to musi być cyrk. Poza tym akurat ,bardzo przypadkow , jeden taki cyrk przyjechał wczoraj do miasteczka.. – eh… masz racje – przyznał maks ze skruchą – a więc, postanowione, idziemy do cyrku – skwitowała Lili i w końcu zajęła się paczką stonóg w czekoladzie. Reszta przedpołudnia upłynęła im na radosnych gonitwach po parku, rzucaniu kamieniami do wody i innych bardzo ważnych dziecięcych zajęciach.
Część 22 / 2
Maks wrócił do domu idealnie na obiad, ale szczerze mówiąc zbyt głodny nie był, gdyż wszystkie możliwe myśli zaprzątał mu cyrk. Postanowił przy pierwszej nadażającej się okazji zapytać rodziców , czy mógłby iść.. i oczywiście czy by mu tą przyjemność zafundowali. Nie dokończywszy jeszcze steku, z pełną buzią maks zapytał –Młambo, młlubm iłśbć.. – Synu, poczekaj aż przełkniesz - upomniał tata. Nasz dzielny bohater posłuchał rady ojca i po pewnym czasie zaczął jeszcze raz, tym razem bez przeszkadzającego mu steku. – Mógłbym iść jutro z Lili do cyrku? – zapytał – Oczywiście synu.. ale pod jednym warunkiem- W głowie maksa pojawiła się wizja kolejnego, chyba już tysięcznego(o zgrozo) sprzątania pokoju. .– weźmiesz ze sobą Emmę – Tato.. ale wiesz, ja i Lili, we dwoje.. romantycznie, sam rozumiesz – argumentował – Jeśli chcesz byśmy zafundowali ci tą pseudo randkę , musisz ze sobą wziąć siostrę, wiesz jak bardzo kocha cyrk. Poza tym pieniądze na coś do jedzenia dla ciebie, Lili i siostry też ci się pewnie przydadzą, co nie? – eh.. zgoda….
W końcu naszedł wielki dzień. Maks nie mógł spać i już od piątej rano siedział w kuchni gotowy i ubrany do wyjścia. I nieważne ,że z Lili umówił się dopiero na jedenastą.. Między nami... nie denerwował się tak dlatego, że niepokoiły go sny , skądże. Stresował go fakt ,iż jest to pierwszy wypad z Lili w takie miejsce prawie sam na sam (cóż, jakby nie patrzeć Maks ,choć żółwim był jednak chłopcem). Jego rodzice i siostra wstali dopiero o godzinie wpół do dziesiątej, a on do tego czasu zdążył już zjeść cały zapas budyniu ślimakowego z lodówki ( niektórzy dziwnie reagują na stres).Chyba nie musze mówić jaka mordęgą było dla niego czekanie ,aż Emma łaskawie przyodzieje różową sukieneczkę i okulary słoneczne ,i w końcu stwierdzi ,że jest gotowa do wyjścia. Oczywiście najpierw jeszcze cała rodzina musiała przeszukać każdy zakamarek domu w poszukiwaniu Toma, tzn. pluszowego króliczka Emmy, bez którego ta urocza czterolatka nie raczyła ruszyć się z domu (co jest w gruncie rzeczy zrozumiałe, patrząc po dorosłych którzy np. nie wyjdą z domu bez małych pudełeczek wypełnionych gazem czy też telefonów komórkowych… Szczerze mówiąc, ja bym wolała jednak pluszowego królika). Gdy byli już w komplecie, tzn. Maks, Emma, która zdążyła już ubrudzić sukienkę i Tom oczywiście usłyszeli ostatnie pouczenia rodziców: -Emmo, proszę Cie, nie odchodź od Maksa ,żebyś się nie zgubiła – powiedziała życzliwie Mama -Synu, nie waż mi się spuścić jej z oczu – powiedział dużo mniej życzliwie Tata -dobrze Tato – odburkną Maks -Dobzie mamusiu – odpowiedziała rozpromieniona Emma I po tych słowach zaczęli kolejną rytualną wyprawę pod wielki dąb, gdyż właśnie tam umówili się z Lili (to było trudne do przewidzenia, prawda?)
Droga do cyrku upłynęła im na sympatycznych pogawędkach i radosnym podśpiewywaniu Emmy. W pewnym momencie dostrzegli monumentalny żółto- czerwony namiot cyrkowy wyłaniający się zza pagórka, A dokoła pełno przedziwnych postaci, clownów, akrobatów i tak dalej. Maks stał oczarowany ,podziwiając ten gwarny i pełen życia obraz. Pewnie ostał by sie tak w Tym zamyśleniu do końca tygodnia ,gdyby nie jak zwykle niezastąpiona Lili. -Maks, gdzie masz bilety? -Bilety? – spytał wybitnie roztropnie... -No tak, bilety. Dla Ciebie, Dla Emmy i dla mnie.. -Maks, nie mów ,że zapomniałeś…-Maks lekko spanikowany odrzekł -Nie.. nie, zaraz pobiegnę i kupię, o widzisz, tam jest kasa,– mówiąc to wskazał na biało-czerwoną budkę, niedaleko wejścia do namiotu cyrkowego. -No dobrze, biegnij. Jednak ,im Maks był bliżej biało-czerwonej budki, tym większe miał wątpliwości. Nie słyszał żadnych dźwięków, ani też nie widział z daleka żadnej postaci wewnątrz. Pomyślał, że to dziwne i zląkł się ,że kasa już jest zamknięta. Jednak gdy podbiegł na odległość 2 metrów ,dostrzegł jak bardzo się mylił…Budka w żadnym wypadku nie była pusta, wewnątrz siedziała, a może raczej stała rurka. Tak, zwykła rurka do picia, z tą śmieszną harmoniką pod koniec, dzięki której mogła się zginać.. Była w biało-czerwone pasy, dlatego Maks jej wcześniej nie dostrzegł.. aha, i jeszcze jeden mały detal – miała ona prawie dwa metry wzrostu. Po prostu wielka 2-metrowa rura. Maks przestraszył się nie na żarty gdy zwróciła swój łeb w jego stronę (jako że anatomia rurek jest dość skomplikowana,dla ułatwienia - łeb rurka ma tuż za miejscem ,gdzie się zgina, tzn. tam gdzie jest na górze otwór),. -W czym Ci chłopcze pomóc mogę? – głos dochodził jakby z głębi studni i odbijał się wielokrotnym echem -Dzień,dzień,dzień..dobry – Maks w końcu wykrztusił -Pytałam czy w czymś pomóc Ci mogę. Maksowi udało się w pewnym stopniu opanować zdenerwowanie – Ch..ch..chciał bym 3 bilety na pokaz za trzydzieści minut .W odpowiedzi Słomka zaczęła się głośno i donośnie śmiać, wypełniając swym rechotem cały plac cyrkowy, a i może całe miasto. Maks skulił się zlękniony. -Chłopcze, wysprzedane bilety zostały czas dłuższy temu – rzekła rurka z trudem powstrzymując śmiech. Maks pomyślawszy o zawiedzionej minie Lili i płaczącej Emmie zapytał-Ale na pewno nic się nie da zrobić? Nie zostały jakieś w ostatnim rzędzie, czy coś?- Rurka spojrzała na niego podejrzliwie. Tzn… spojrzała. To złe słowa, po prostu nachyliła nad nim swój górny otwór i zamarła w bez ruchu. -W rzeczy samej, coś dla mnie zrobić byś mógł… -Słucham, bardzo chętnie pomogę! – Krzyknął Maks rozpromieniony - Widzisz chłopcze, problem Ci ja mam. Goście nieswojo się czują ,gdyż na kogo spoglądam nie wiedzą.. a więc gdybyś rozwiązał problem ten… -tzn.? -Oczy chłopcze drogi, oczy bym chciała ,by goście raźniej się czuli -Oczy?– odrzekł osłupiały Maks i niewiele myśląc (i nie żegnajac się również) rzucił się pędem ,by streścić dziewczynom słomkową propozycje nie do przyjęcia.
-Przykro mi Lili…- rzekł Maks zdyszany -Nie ma biletów, tak? – zapytała zirytowanym głosem Lili. -Tak – odrzekł Maks z żalem – Tzn.. bileter, bileterka nie wiem co dokładnie, powiedziała, że jest szansa… ale to bez sensu. - Mów Maks, musimy się tam dostać. -Oczy, rurka zażądała oczu… - Maks spojrzał na Lili z mieszaniną podziwu i przerażenia – Twoja mina nie wróży nic dobrego. chyba nie zamierzasz dopaść kogoś w jakimś ciemnym załuku i załatwić pary niebieskich.., prawda? -Maks, powiedz mi dokładnie co powiedziała rurka, słowo w słowo – Żółw na prośbę przyjaciółki streścił jej bardzo dokładnie rozmowę z rurką a Emma w tym czasie zdążyła obiec po raz setny małą topole obok której stali. W końcu siadła pod nią zmęczona i zaczęła się bawić swoimi różowymi okularami. Dostrzegłszy to Lili, krzyknęła - Emma, jesteś genialna!! – wzięła ją na ręce przytuliła mocno i zapytała – Pożyczysz mi swoich okularów, prawda? -Dobzie Lili, ale choźmy w końcu do tego ciyrku – mówiąc to podała Lily parę różowiutkich okularów. Maks stał i patrzył osłupiały na całą tą scenę. -Lili, o co Ci chodzi ? – w końcu wydukał. -Słomka nie mówiła że potrzebuje oczu by widzieć, tylko by inni widzieli gdzie patrzy głuptasie. Okulary są idealne do tego celu. – Maks stał jak wryty ,podziwiając w myślach geniusz przyjaciółki. -Bierz okulary i biegnij po nasze bilety, i proszę Cię, pośpiesz się Maks, bo nie mogę się doczekać- Nasz mały dzielny żółw został wyrwany z letargu tymi słowami i ile sił w nogach pognał do biało – czerwonej butki.
Rurka spisała się na medal, załatwiając im za ta małą przysługę -miejsca w pierwszym rzędzie, tuż przy arenie cyrkowej. Gdy już nasza gromadka usadziła sie na wyznaczonych krzesłach z obowiązkową porcją ślimaczego popkornu i żurawinowego soku, rozległy sie werble i zgasły światła.. - Panie i Panowie, witam w wielkim cyrku Monty Pingiwna - rzekł pingiwin w zawadiacko przekrzywionym cylindrze i z binoklami na oczach. -To co dzisiaj tu zobaczycie sprawi, że już nigdy nie będziecie naszego cyrku chcieli opuścić. Dziwy, magia i fantazja to wszystko czeka na was, a więc nie bójcie się i wkroczcie w świat niesamowitości - powiedziawszy to zniknął w oparach zielonkawo-niebieskiego dymu. Emma na ten widok pisnęła cichutko z ekscytacji, a może też i odrobinę ze strachu . Maks uśmiechną się ciepło do Lili i zaczął wpatrywać sie w mrok sceny. Nagły błysk (zresztą oślepiający wszystkich) ukazał 4 klaunów na scenie którzy rozpoczęli swe standardowe wygłupy i sztuczki. Jedynie ich smutne twarze nie pasowały do tego typowego obrazka... Byli akrobaci, tresowane myszy, ślimak na jedno-kołowym rowerku i wszystkie inne dziwy jakie 4-letnia dziewczynka mogła by sobie wymarzyć, a każdy z tych pokazów przybliżał widzów do wielkiego finału: żyrafy akrobatki i największego clowna ze wszystkich clownów - t-rexa. Po 15 - minutowej przerwie ,oczywiście z obowiązkowym sikaniem i zdjęciem Lili na wielbłądzie, cała gromadka wróciła do namiotu cyrkowego i z coraz większym podnieceniem oczekiwała wielkiego finału. Gdy zgasło światło wszyscy zrozumieli, że to już (a Lili dyskretnie złapała Maksa za rękę. Wiecie,że niby strach przed ciemnością nią kierował). -Panie i panowie - rzekł wyłaniający sie jak zwykle z kłębów dymu pingwin - oto przed wami jedna z dwóch największych atrakcji naszego cyrku, żyrafa Gertruda! Nie bójcie sie i podziwiajcie! Gdy konferansjer skończył swą niezbyt długą przemowę, silna lampa punktowa ukazała żyrafę z parasolem w ręce, przy samej kopule cyrku. Stała na małej drewnianej półeczce, 25 m nad ziemią .a przed nią rozciągała się lina o długości bagatela 50 m ,zakończona kolejną niezbyt solidną półeczką na przeciwległym słupie ,podtrzymującym namiot cyrkowy. Żyrafa dygnęła z gracją, otworzyła swój wielobarwny parasol i…