Filozofia · 9 min czytania
Zwyczajne...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ZWYCZAJNE...
Byłam kiedyś zwykłym dzieckiem, tak mi się wydaje, ale to są właśnie te wspomnienia, które zatarły się z upływem czasu, tak po prostu, jak oszlifowane wodą kamienie, straciły swą barwę i pierwotny kształt. Byłam kiedyś dzieckiem, które bało się ciemności, burzy, skrzypienia pod podłogą, tak mi się wydaje. Pamiętam, że wtedy przybiegała do mnie mama, nawet w środku nocy, i mocno przytulała, a potem odprawiała swoje zaklęcia, by złe sny odeszły, a niebo znów stało się rozległe i pogodne. To były te chwile, gdy czułam się szczęśliwa i bezpieczna. Wystarczyło bym zanurzyła twarz w gęste włosy mamy, w jej przepastną suknię, czując przy tym zapach świeżo ściętych, polnych kwiatów, od razu zapominałam o strachu, płaczu, bólu. To było takie łatwe, takie oczywiste. Może właśnie dlatego tamte lata umknęły z pamięci, szybko, zostawiając po sobie tylko zapach uschniętych roślin.
Ojciec zawsze był daleki. W każdym znaczeniu tego słowa. Często wyjeżdżał w interesach, a gdy był z nami, prawie się do nas nie odzywał. Nie wiem czy kochał moją matkę. Mówili, że to było małżeństwo z rozsądku. Różnili się od siebie tak bardzo. Zdaje się, że był bardzo samotnym człowiekiem. Byłyśmy zatem we dwie, ja i mama. Bawiłyśmy się na wzgórzach. Zamykałam oczy i liczyłam swe kroki. Wiedziałam, że ona nade mną czuwa i nigdy nic nie może mi się przytrafić. Gdy stąpałam nieostrożnie, gdy kamienie uciekały spod moich dziecięcych bucików, w pobliżu mogłam odnaleźć jej wyciągniętą rękę. Była ciepła. Zawsze. Pewnej zimy jednak ona zachorowała. To był trudny rok dla nas wszystkich. Ojciec chodził podenerwowany, interesy szły marnie, letnie susze i jesienne ulewy zmarnowały plony. Nie jadaliśmy już tak dostatnio jak wcześniej. Mama chciała jakoś pomóc, wykazać się zaradnością, dobrą wolą, udzielić się w gospodarstwie, ale była zbyt słaba, delikatna. Pamiętam jak służąca zawołała mnie do niej tego wieczoru, gdy na dworze szalała zawierucha. Siedziałam zasłuchana w odgłosy zza okna, przez które niemal nic nie było już widać, gdy Roza powiedziała, że moja matka pragnie mnie zobaczyć. Pobiegłam do niej uradowana, chciałam jej się pochwalić, że już nie boję się ciemności, że przy domowym piecu czuję się dobrze i za nic na świecie nie wyszłabym na dwór, na mróz i śnieg. Gdy jednak weszłam do jej pokoju, poczułam dziwną woń, która zupełnie do niej nie pasowała. Nic nie mówiła. Oczy miała zamknięte, sine. Wyciągnęła do mnie swą wychudłą dłoń.
- Córeczko... - szepnęła i dotknęła mojego policzka. Nie miała sił by mówić. Kazali mi jej nie męczyć i iść do siebie. Nie pozwolili mi jej dłużej oglądać. Mojej mamy.
Następnego ranka wstałam jak gdyby nigdy nic. W białej koszuli snułam się po domu, czekając, aż zawołają mnie na śniadanie. Jednak tego dnia nikt nie pamiętał o śniadaniu dla małej dziewczynki. Trzeba było umyć i przebrać panią domu. Trumnę zamówiono już tydzień wcześniej.
Część 22 / 2
Potem wszystko się zmieniło. Nie byłam już bezpieczna. Zostawiono mnie samą w wielkim pustym domu. Mój ojciec nie chciał mnie znać, chyba tak było od początku, ale dopiero teraz ten fakt widziałam z całą wyrazistością. Miałam siedem lat, zostałam sierotą. Byłam przezroczystą córką wiatru i samotnych wzgórz, porzuconą przez świat ludzi.
Każdy dzień zaczynał się i kończył tak samo. Nikt nie troszczył się czy jem i czy, a raczej gdzie, sypiam. Przestałam się czesać i myć. Biegałam po lesie i polach, śpiewałam piosenki, które sama wymyślałam. Wymyślałam wiele rzeczy, wiele historii, które nigdy się nie zdarzyły. Mówili, że opętał mnie demon, że dziczeję, staję się zwierzęciem. Może tak faktycznie było. Nie wiem. Wiem tylko, że rozpaczliwie tęskniłam do mamy, do jedynej osoby, która okazywała mi miłość. Czasem jeszcze czułam, nieco instynktownie, ale czułam co to słowo znaczy. Zwłaszcza wtedy, gdy zmęczona ściganiem się z chmurami, zasypałam pod wielkim, błękitnym sklepieniem i wydawało mi się, że ktoś mnie dotyka, głaszcze moje stargane włosy, rzęsy, policzki. Przez chwilę było mi tak ciepło jakby naraz zajaśniało tylko dla mnie wielkie, zachodzące nad równiną słońce.
- Mamo...- szeptałam – mamo, mamusiu. - i budziłam się z tymi słowami i smakiem łez na ustach. Jedyna modlitwa dzieciństwa jaką zachowałam w pamięci tak się właśnie zaczynała.
Przyszedł czas, gdy mój ojciec przypomniał sobie o mnie. Miałam dwanaście lat a on, jak gdyby nigdy nic, stwierdził, że trzeba zająć się moją