Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 6 min czytania

Życie jest piękne...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część 1

Moje powieki opadają jak kilkusettonowe ciężary. Czuję się rozbity, dziwnie zmęczony, bolą mnie nogi. Tak zaczyna się mój dzień. Chlust lodowatej wody stawia mnie na równe nogi. Przeraźliwe spojrzenie w lustro w poszukiwaniu nowego dnia. Kęs za kęsem kanapki, która jest dla mnie jak zbawienie. I zaczyna się mój rajd na przystanek. W uszach słyszę muzykę, która delikatnie pieści mój umysł. Moje ukochane reggae, które dodaje mi sił. "Rasta trans, reggae danse..." I tak dalej. Docieram na przystanek po kilkuminutowym biegu, orientując się, że mój upragniony autobus ruszył tuż przed chwilą. Podchodzę do drzwi. Macham rękami, błagając kierowcę, żeby wpuścił mnie do środka. Czuję się jak bezdomny, który prosi przed kościołem o kromkę chleba. Patrzę, czy gość okaże się litościwym władcą ruchu, czy bezczelnym chamem. Mężczyzna pokazuje dłońmi na odjeżdżające samochody przed autobusem chcąc powiedzieć mi, że jestem do niczego. Nie zdążyłem, przegrałem swoje życie. "Rasta, to znaczy być wolnym...". Rozpoczyna się wyścig numer 2. Na kolejny przystanek. Mijam ludzi w biegu niczym poprzeczki na bieżni. Dostaję parasolką po brzuchu, ale nie ma to dla mnie w tej chwili znaczenia. W końcu osiągam swój cel. Patrzę na młodego chłopaka, który ogląda się za zgrabną nastolatką, na kobietę po trzydziestce, która zaciąga się papierosem- swoim codziennym chlebem, a także na faceta po pięćdziesiątce, który nerwowo spogląda na zegarek. Już trzy minuty spóźnienia. 180 sekund. Wszyscy czekają na swój transport. Czuję się jak zwierzę w lesie. Garść nikomu nieznanych osób, którzy czekają dokładnie na to samo- upragniony autobus linii 185. Nikt do nikogo się nie odzywa, nikt nie reaguje na pozostałych, nikt nie podejmuje próby rozmowy. W końcu zjawia się nasz niczym król słońce, tak długo oczekiwany pojazd. Zatrzymuje się, kierowca z łaski otwiera przyciskiem wszystkie drzwi. Zaczyna się kolejna walka- tym razem o miejsca. Już na starcie jestem stratowany. Ludzie rzucają się na siedzenia z przerażającą szybkością. Nawet nie mam siły walczyć. Zajmuję spokojnie miejsce przy szybie, łapiąc poręcz dłonią. Mam ochotę na choćby odrobinę snu. Przymykam oczy, oddaję się muzyce. Jedziemy. To już dobrze. Chwilę później zaczynam czuć czyjś oddech na mojej szyi. Moje powieki podnoszą się z ogromną trudnością. Nie chcę, ale muszę. Odwracam się oglądając gościa- właściciela oddechu. To jakiś dziadek, który widząc moje spojrzenie nie wykonuje choćby najmniejszego gestu. Z jego miny mogę wyczytać- "Daj se spokój, koleś. I tak tu będę stał". Wracam

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Życie jest piękne... — czytnik · opowiadania