Przygoda · 8 min czytania
Życie po śmierci (część 1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Shaunee, idź z Braunem na spacer! Nie chcę, żeby mój nowy dywan był dla niego czymś, na co może się załatwić… znów. – ze świata słodkich marzeń wyrwała mnie mama. Uwielbiałam błądzić między snem ,a rzeczywistością. Czerwona z wściekłości podniosłam się z kanapy i powlokłam psa na spacer. Postanowiłam, że gdybym troszeczkę dłużej została w lesie i popuściła wodze wyobraźni, to nic by się nie stało. Spuściłam Brauna ze smyczy i usiadłam pod drzewem. Wyobraźnia leniwie przeciągnęła się w mojej głowie i włączyła projektor snów. W mojej głowie pojawiły się obrazy. Zniszczenie, miłość, śmierć. Tak często nad tym dumałam. Nagle coś pisnęło. Podskoczyłam przestraszona i nasłuchiwałam czujnie. Pisk powtórzył się trzykrotnie. Pobiegłam w las. Ocierałam się o gałęzie, a jeżyny kaleczyły mi kostki. Przystanęłam, bo przez zarośla ujrzałam coś nieprawdopodobnego. Na poszyciu siedział wilk, a obok leżał zakrwawiony Braun. Delikatnie obchodziłam wilka, tak by go nie zaniepokoić i by bezszelestnie zanieść Brauna do domu. Za chwilę coś trzasnęło pod moimi nogami. Przeklęta gałąź! Wilk popatrzył się na mnie. Przestraszyłam się, ale jednocześnie nie mogłam odwrócić wzroku od jego oczu. W jednej chwili jakiś pryzmat współczucia przemknął przez jego ślepia. Były takie ludzkie! Jednak nie trwało to długo. Za chwilę wilk zerwał się z groźnym warknięciem i jednym susem doskoczył do mnie. Niesiona strachem i adrenaliną uciekłam z potrzasku i podbiegłam, by zabrać Brauna. On jednak nie dał za wygraną. Zagrodził mi drogę i poszarpał pazurami rękę. Wyrwałam mu się i razem z Braunem pobiegłam ile sił w nogach. Słyszałam tętnienie łap za sobą, ale nie zatrzymywałam się, by sprawdzić, czy krewni przyszli mu z pomocą. Gdy dobiegłam do latarni obok swojego domu, przewróciłam się. Odwróciłam się instynktownie i zobaczyłam, jak wycofuje się do lasu. Warczał przeraźliwie. Zabrałam Brauna i pobiegłam do domu. -Coś ty zrobiła temu biednemu psu?! – wrzeszczała mama nie przejmując się tym, że sama jestem ranna. – Moje biedactwo… - powtarzała jak mantrę głaszcząc Brauna po pysku. Czułam jak słone łzy spływają mi kaskadami po policzkach. -Dość tego! Mam dość tego, że cię nie obchodzę! – wrzasnęłam, ale za chwilę poczułam jak pieką mnie policzki. – Przepraszam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło… - bąknęłam. Miałam już iść do swojego pokoju, ale mama złapała mnie za ramię i zaczęła nim trząść. W dzikim uniesieniu wyrwałam jej się i wybiegłam z domu. Nie mogłam zostać w świecie ludzkiego bezpieczeństwa. Nie podobało mi się to. Jedyne wyjście, jakie przyszło mi do głowy, to las. Wbiegłam do niego i usiadłam na poszyciu. Płakałam rzucana spazmami psychicznego bólu. Za chwilę coś zawyło. -Choć tu! Tym razem możesz mnie zjeść. Smaczne mięsko tutaj! – krzyczałam przez łzy. Nagle coś położyło mi łapę lub rękę na ramieniu. Podskoczyłam i zapiszczałam. Odwróciłam się i odetchnęłam z ulgą. Myślałam, że wilk posłuchał moich rad i przyszedł się posilić. Pomyliłam się. Na moim ramieniu pewnie spoczywała ręka młodzieńca. Nie byle jakiego. Miał krótkie czarne włosy i oczy o dziwnym odcieniu. Były brązowe, ale jakby od czasu do czasu tańczył w nich cień dzikości. Miał też wydatne kości policzkowe i idealne usta. Ubrany był w koszulkę i dżinsy. Nie miał jednak butów. Zdziwiło mnie to. Poszedł na spacer i tak przez przypadek nie wziął butów! -Nic ci nie jest? – spytał z ciepłym uśmiechem wymalowanym na doskonałych ustach. -Ja..?-spytałam z niedowierzaniem.-Ja tylko…-jąkałam się, a w jego oczach widać było coraz większe współczucie. -Wyglądasz trochę…na zmęczoną. Skąd się tu wzięłaś. – zapytał. -Matka wyrzuciła mnie z domu. A nie, zaczekaj…Ja sama się wyrzuciłam! – rzuciłam z goryczą. Wstałam otrzepałam się z liści i wysunęłam dłoń w jego stronę. – Jestem Shaunee, a ty? – wahał się przez moment, ale ostatecznie uścisnął mi dłoń. -Matt. Matt Wolfe. – odpowiedział z wyraźną niechęcią. – W takim razie nie masz dachu nad głową. Może zamieszkałabyś ze mną? Zająłbym się też …