A może nie ma mnie...?
"(...)trywialne historie miłosne (ona kocha, on nie, lub zobaczyli się w parku w ostatnim błysku zachodzącego słońca) nie mają żadnych szans i są eliminowane jako pierwsze"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szalony śnieg sypał bezszelestnie. Mimo dość wczesnej godziny, zaczynało się już ściemniać. W tym chłodzie i zmroku, w bramie rozsypującej się już niemal kamienicy, dostrzec można było szczupłą, niemal dziecięcą sylwetkę. W łachmanach, bez butów i kurtki, z zapadłymi policzkami – przedstawiał obraz godny pożałowania. Płatki śniegu zmieszanego z deszczem opadały na jego wąskie ramiona, przetartą czapkę i wystające spod niej przemarznięte uszy. Na rozłożonej gazecie, w iście wojskowym szyku, układał w rządkach pudełka zapałek. Zachwalał ich kunszt przechodniom, usilnie namawiając do kupna. W ten właśnie sposób utrzymywał się od wielu miesięcy. A może lat…? Tego, niestety, nie umiał dziś ustalić. - To nie może być prawda! – krzyczał, gdy rzuciła go żona. Spakowane walizki wystawiła na ulicę – tu właśnie, w tej bramie. Odeszła, stukając podkutymi obcasami. Melancholia, smutek, depresja? Ależ nie! Ostateczna znieczulica, przyjemny wewnętrzny spokój. Wizje snute na widok pomarszczonych bab. Omotane wełnianymi chustami, zdawały nie nadawać się absolutnie do niczego. - Niechlujne porcje nieświeżego mięsa. – mruczał jedynie pod nosem, by następnie przyjąć grosze od wdzięcznego nabywcy jednego czy dwóch pudełek. Po trzech miesiącach próbował nawet wrócić – błagał, płakał, przynosił polne kwiatki. Potem przyszła zima, na łąkach zapanował mróz a w jego sercu zapomnienie. Na wiosnę zdziczałe kwiatki nie nadawały się do powtórnego oswojenia. A może raczej po prostu przywykł do nocnych wizji nieba, do hotelu z miliardami gwiazdek, do najwyższego wskaźnika sprzedaży zapałek w okolicy…? Inna sprawa, że wieczorami wciąż tęsknił za nią jak wariat. Nieraz wracał wspomnieniami do poczekalni, chłodnego gabinetu, ascetycznego wnętrza biura. Godzinami tkwił w fotelu na przeciwko, wpatrując się w jej ciepłe miodowe usta. Z jej oczu sączyły się jakby drobne krople porannej rosy. Śmiała się w nim, a on w niej. Radowała się jego uszami. I gdy tego wieczoru zachodzące słońca zdawały się wchodzić w końcową fazę tego wdzięcznego procesu, jeszcze raz, ten ostatni, zdecydował się udać do niej. W konkury. Spakował niesprzedany towar, następnie zwinął gazetę z zamiarem wrzucenia do kosza, by po chwili zastanowienia rozprostować ją nabożnie, chuchnąć, przetrzeć rękawem powyciąganego swetra. Zdecydował się zachować ją na raz następny, bo to była naprawdę niezła gazeta. Naciągnął głębiej czapkę na uszy i, pełen wiary w zwycięstwo, pogwizdując cicho pod nosem – ruszył w drogę. Mieszkała trzy przecznice dalej – odległość niewielka, lecz całe tony zlodowaciałego śniegu na chodnikach stanowiły przeszkodę niemal nie do przezwyciężenia. Łacno można było się poślizgnąć i rymnąć na nieogolony pysk. Tak więc uważał, ostrożnie stawiał kroki, nieustannie patrząc pod owłosione nogi. Pod jej drzwiami, jak zwykle, zastał ogromną kolejkę. Liczba interesantów wciąż rosła w zastraszającym tempie. Nieśmiało zajął ostatnią, z góry przegraną pozycję. Nikt jakoś nie kwapił się, by zagaić z nim rozmowę. W palcach miętosił skrawek przemokniętej czapki. Gdy wreszcie doczekał się swojej kolejki, całe jego uprzednia pewność siebie ulotniła się, nie wiedzieć kiedy, nie zostawiwszy po sobie nawet najmniejszego śladu. Z miną skrzywdzonego zwierzątka nieśmiało zapukał do drzwi. - Kto tam? – przemówiła Ona. Dostojnie a zarazem trafnie. Przenikliwie, lecz jakże radośnie! Co on zrobił? Na jakie wiatraki się porwał? Po co w ogóle tu przychodził? - Nikt – odrzekł głosem dwudniowego wisielca i już miał zamiar zbierać się do wyjścia, gdy usłyszał: - Wejdź, Antoś. - tak po prostu. Nacisnął klamkę. Fala ciepłego, perfumowanego powietrza zakręciła mu w nozdrzach. Zrobił dwa kroki, rozejrzał się. „Nic się nie zmieniło…” – pomyślał. Może tylko jego własna pozycja w tymże gabinecie. Niegdyś – dumny małżonek, na utrzymaniu jakże wspaniałej kobiety o równie imponujących piersiach i zarobkach. A dziś? Cóż, dziś nie dysponował nawet własnym wizerunkiem. - No, Antoś, z czymże dziś przybywasz? Co zmieniło się u ciebie od wczoraj, przedwczoraj… od listu-anonimu – pod drzwiami, przed godziną; od zajączka posłanego prosto w moje okno; od głuchych telefonów z niemal wszystkich budek w okolicy. Z jaką sprawą dziś do mnie przybywasz? Zawstydzony, intensywnie przygryzał dolną wargę. Kropla krwi spłynęła mu po brodzie. Oczyścił twarz podaną mu chusteczką. - Nie potrzebujesz zapałek? – zapytał. Milcząc, przyglądała się jego spierzchniętym wargom z pewną dozą zaciekawiona. „Pewnie zastanawia się, ile wziąć pudełek” – przemknęła mu przez głowę ta jedna myśl, dość zresztą abstrakcyjna, biorąc pod uwagę fakt, że kto jak nie on miał wiedzieć najlepiej, iż w jej kamienicy w ogóle gazu nie zakładali – wszystko było na prąd. - Dziesięć pudełek, Antosiu. Usiądź. Z westchnieniem ulgi, zajął miejsce wprost naprzeciw niej, w wygodnym fotelu pokrytym syntetyczną żółcią. - Tak, Małgosiu. Dlatego przyszedłem. Chciałem choć na chwilę usiąść. Zacznij - od samego początku. I tak rozpoczęła opowieść: o zającach w antosinych klatkach i jej uczuleniu na sierść; o porannych pobudkach i strachu przed zimną wodą; o niedopasowaniu, niechęci do dzieci, stosach brudnych naczyń. Czasem podnosiła głos, innym razem zniżała, przechodziła już niemal do szeptu, by znowu wybuchnąć ze zdwojoną siła. I: „tum, pata bum, pata bum”. I: „plele, morele, w kościele”. Jej słowa, niczym szmer górskiego strumyka, spływały po nim obojętnie. Wreszcie – skończyła. Spostrzegła się, jak to ona, w samiusieńką porę. Ostrożnie wyjęła mały diamentowy nożyk z jego skostniałych dłoni. Bez słowa podłączyła się do stojącego nieopodal, specjalnie na tę chwilę przygotowanego respiratora. Zdecydowanym ruchem dłoni przecięła dwa pierwsze sznureczki. Reszta mimowolnie rozplątała się sama. Gestem przywołała go do siebie. Spojrzał przez lekko uchylony brzuch. Gdy myślał o tym spotkaniu, wyobrażał sobie wiele, może aż nazbyt wiele. Wizje potworów z Marsa nawiedzały go niemal co…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Moritura
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…