Wróć do katalogu

Anioły i genomy

Pierwszy rozdział mojej kolejnej powieści

Constantine11, opublikowano , 25 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PROLOG Nie mam na czole błyskawicy. Nikt nie ukradł mi pierścienia. Z dłoni nie wystrzelają mi pajęczyny, a najważniejsza część mojego ciała ukryta jest pod luźnymi bokserkami ze SpongeBobem, a nie pod obciachowymi czerwonymi majtami. Jednak nie znaczy to, że jestem absolutnie normalny. Bo nie jestem. Odrobinę, to może narcystyczne obsadzać się w roli bohatera książkowego, ale czy, dajmy na to, niejaka Izabela Ł. była pokorna? Co zatem jest we mnie niezwykłego, oprócz nieprzeciętnej urody oczywiście? Otóż od zawsze „słyszałem głosy-rady”. Coś jak „nie idź tą drogą”, z tym że osoba mówiąca jest całkowicie trzeźwa. A przynajmniej tak mi się wydaje. Pierwszy raz tajemniczy ktoś, ten obcy, ujawnił się w szóstej klasie podstawówki, podczas jednej z przerw obiadowych. Koledzy zapraszali mnie na fajkę za szkołę. Mówili: „ale, spoko, nic się nie stanie, wciśnie się kit, że byliśmy pograć w piłkę na boisku!”. Nie dałem się jednak rozdziewiczyć w kwestii palenia papierosów. Coś we mnie powiedziało: nie warto, wiesz ile już przez to chłopięcych uszu starto? Coś jak głos Boga, ale chyba nieco za bardzo infantylnie. Była to decyzja udana – jeżeli bajki o graniu w nogę na przerwie nie kupiła nawet nasza polonistka, która do teraz uważa, że bramka jest okrągła, a piłki są dwie, to znaczy, że nikt by jej nie kupił. Bajką z kolei nie były z pewnością wydarzenia, które nastąpiły w domu moich kolegów, po powrocie rodziców z pospolitego, ale jakże niemiłego, „wezwania”. Owego głosu niestety nie zawsze słuchałem, choć nigdy nie radził mi źle. Pamiętam jak kiedyś zbyłem go, podczas „okienka” w trzeciej klasie liceum. Poszliśmy z kolegami z klasy (których z racji profilu humanistycznego, nie było zbyt wielu) na piwo do pobliskiego parku. Słyszałem w sobie: nie kupuj Żywca, weź sobie chipsa. Na żywca, to byłem przestraszony, kiedy przyłapali nas strażnicy miejscy. Szczęściem w nieszczęściu był mandat na 100zł. Śmieciem w koszu było moje niedopite piwo. Nikomu nigdy nie zwierzałem się z mojej „przypadłości”. Nie jestem ani z Tych, ani z tych, którzy płaczą w koszule swoich przyjaciół lub sukienki przyjaciółek. Rodzinę też wolałem trzymać od tego z daleka. Wystarczy, że mama musiała konfrontować się z moimi ocenami… Całą prawdę o tajemniczym głosie poznałem pewnej nocy…

ROZDZIAŁ 1 Godzina 1:43, Kraków. Wąska ławeczka na ulicy Pszona, a na niej ja i dwie puszki najtańszego piwa ze stacji Orlen. Najlepszym samochodem na pobliskim parkingu jest zaledwie nowa Corsa, brudna do tego jak Harry. Nikt nie przychodził, pomimo iż siedziałem pod latarnią. Nawet żaden kibol z Cracovii, do której ponoć należy to osiedle, nie zdecydował się mi „wpierdolić”. Ale co najgorsze, nie zjawiała się też Ona. Może po kolei… Wreszcie udało mi się zaprosić Ją do kina. Na „Śluby panieńskie”, reklamowane mianem komedii roku. Jeśli tak, to „Tylko mnie kochaj” jest techno thrillerem wszechczasów, a nasza „randka” była zajebiście udana… Chodziłem z Anią do liceum. Zawsze mi się podobała, ale nigdy nie próbowałem Jej wyrwać. Może dlatego, że przez długi czas miała chłopaka? Może dlatego, że pomimo, że jestem maksymalnie narcystyczny, jestem także niesamowicie nieśmiały, a najlepsze wyznania miłosne wypowiadam po kilku głębszych lub kilkunastu płytszych? Dopiero teraz, kiedy poszliśmy na studia do Krakowa, zdecydowałem się działać. Oboje po trochu nie umieliśmy się odnaleźć w nowym środowisku, jakoś tak nagle zaczęliśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Trochę też chyba narobiłem sobie zbyt wielkich nadziei, kiedy to po jednej z nocnych libacji w Jej mieszkaniu, bez skrępowania pozwoliła mi zasnąć u swojego boku. Do niczego, prócz wspomnianego wcześniej, narobienia nadziei nie doszło. Liczyłem, że od robienia nadziei do robienia dzieci droga niedaleka. Przynajmniej w tym konkretnym wypadku… Stąd też postanowiłem działać. Zgodziła się dopiero za trzecim razem. Po „niestety muszę się uczyć” i „wracam na weekend do domu”, sądziłem że usłyszę „babcia mi umarła”. Toteż „pewnie, możemy iść” brzmiało o wiele lepiej, niż „stawiam kolejkę” z ust mojego znajomego podczas jednej z niedawnych imprez… Brzmiało to świetnie, ponieważ wydźwięk był pozytywny, ale także dlatego, że Ania ma absolutnie urzekający głos. To fakt. Do tego jest bardzo ładną blondynką. To fakt. I do tego inteligentną. Fakt. We wrześniu 2001 roku doszło do ataku na World Trade Center. To też fakt, ale w tym wypadku całkowicie nieistotny. Fakt faktem – głupi byłem, że zmarnowałem trzy lata, nie próbując wyciągnąć Jej na randkę. W kinie było beznadziejnie, ale to już zasługa pana Bajona. Przed kinem było bardzo przyjemnie – podarowałem Jej kwiaty, mówiąc jak to ukradłem je z parapetu moich sąsiadów. Kupiłem je w kwiaciarni w galerii, ale oczywiście ciiiiiiii, wy nic nie wiecie! Uśmiechała się do mnie co raz, spoglądała co dwa, raczyła praktycznie wszystkim, co łaska! Praktycznie, bo zabrakło tego „czegoś”. Pierwsze minuty randki były absolutnie obiecujące, niestety później U, czyli napięcie, opadło. Po kinie, to już wyścig z czasem, by zdążyć na nocny autobus, przerywany przez „ale Kubuś, nie musisz mnie przecież odprowadzać!”. Mimo to Ją odprowadziłem. Jej blok zobaczyłem. Ale niestety nie zwyciężyłem… „Nie będziesz zły jeśli dzisiaj nie zaproszę Cię do siebie?”, zamiast „może wejdziesz na górę?” i „cześć” zamiast „pa”, to konkretny anal. Nie to, że chciałem ją zaliczyć już na pierwszej randce, nie nie! Po prostu pożegnanie było niesamowicie chłodne. Jak noc, z którą zostałem sam na sam. Nie licząc oczywiście nie nazbyt urodziwej Corsy. Widocznie tak już mam. Jeszcze z żadną dziewczyną mi nie wyszło, to zaczyna robić się męczące. Już wtedy, podczas posiedzenia na tym osiedlu, na tej ławce, na tej ziemi, w tym miejscu, gdzie kiedyś stali nasi, a nie ZOMO, wiedziałem, że z Anią też mi nie wyjdzie. Wiedziałem, że Ona kocha innego. Wiedziałem też, że 2+2 jest 4, ale jakoś nie poprawiało mi to humoru. Z kolei nie wiedziałem jak „małpka” gorzkiej żołądkowej znalazła się w moim organizmie. Jakoś tak wyszło… Schlałem się. No może nie jak świnia. Miałem tzw.: „fajną banię”, tudzież „humorek”. Wystarczyła mi godzina na ławce pod Jej domem z poczuciem porażki i 20zł, co jak na fakt, iż zaopatrywałem się na stacji benzynowej jest wyczynem godnym podziwu. Nie żebym robił z siebie wzór do naśladowania, czy też idola studentów i żuli, ale odrobina dumy nie zaszkodzi… Ale niestety gdzie jest duma, jest i uprzedzenie. W tym wypadku do samego siebie. Gdyby tylko Agnieszka Chylińska była facetem, stwierdziłbym, że piosenka „Niekochana” jest o mnie. A tak stanąłem na „Mniej niż zero” i „Znowu w życiu mi nie wyszło”. Po jakimś czasie doszło do tego „Tak tak, tam w lustrze to niestety ja”. Chciałem jeszcze zanucić „Kiedy się stanę plamą na ścianie”, ale gdy zorientowałem się, że to Bajm, doszedłem do wniosku, że aż tak nisko nie upadłem. I tak użalałem się nad sobą, zjeżdżałem w dół niczym górnik, obwiniałem się za całe zło tego świata, począwszy od kuszenia Jezusa Chrystusa, na debiutanckim albumie Małgorzaty Andrzejewicz skończywszy. To ciekawe, jak bardzo jedna dziewczyna może nadszarpnąć długo budowane i łechtane przez mamę, babcię, co poniektóre znajome, ale i przez co poniektórych znajomych, ego. Co z tego, że żeńska część mojego gimnazjum, w tym starsze koleżanki, rozczulały się jaki to jestem słodki, kiedy Ania nie chce się ze mną związać. A skoro nie chce się ze mną związać, to uważa, że nie jestem słodki, proste. I kto ma rację? To chyba oczywiste. Choć wypity alkohol uderzał w tętnice, to autobus nie taplał się w śniegu. Taplałem się za to ja, w bagnie swojego życia. Trochę już osiągnąłem, nie jestem bezużyteczny jak odkurzacz w moim mieszkaniu, wygrałem niejeden konkurs literacki i, podobno, przede mną świetlana przyszłość. Ale to w tamtym momencie nie miało żadnego znaczenia. Bardziej niż karierą (a co za tym idzie – pieniędzmi, szybkimi samochodami, drogimi ciuchami i prostytutkami), przejmowałem się blondwłosą pięknością, rodem z nieba. Była jak anioł. Jak cud. Jak miód. Jak orzeszki. Jak Jean Claud Van Damme w „Krwawym sporcie”. Była po prostu zajebista. I nie zmieniał tego fakt, że zostawiła mnie samego na pastwę losu, na wąskiej i nadszarpniętej nieco przez czas, ławeczce. Siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, a czas ciągnął się równie niemiłosiernie, co Tobie, Drogi Czytelniku, podczas czytania kilkunastu poprzednich słów. Ale ja naprawdę siedziałem! Liczyłem, że się doczekam, liczyłem, że wróci, jak Lessie. Zegar na moim telefonie komórkowym wskazał 2:00, a Jej wciąż nie było. Wstałem. Powiedziałem, że nie jestem sam, ale nie uwierzyłem we własne słowa. Postanowiłem coś zrobić. Otępienie spowodowane procentami zawartymi w wypitych uprzednio trunkach, sprawiło, iż zdecydowałem się odwiedzić jakąś dyskotekę. Nie ma sensu wracać do pustego mieszkania. Każdy z trójki moich współlokatorów, gdzieś dzisiaj wybył – Brodaty był u swojej lubej, Pepek wrócił do domu do Pogwizdowa, a Dżejkob poszedł na imprezę. A umówmy się – jak Dżejkob idzie na imprezę, to przed świtem nie wraca. Chyba, że jest to stypa. I kiedy poczyniłem pierwszy krok, ponoć ten najtrudniejszy, znów usłyszałem tajemniczy głos. Nie rób tego, idź do mieszkania swego. Nadawca chciał, żebym wrócił do łóżka i zasnął spokojnie. Dziś na pewno śniłbym o Ani, a to skończyłoby się polucją i koniecznością wyprania pościeli. Marnowanie wody, lepiej zmarnować trochę wódy! No proszę, jedna kreseczka, a człowiekowi od razu robi się cieplej na duszy. Godzina była późna, ale Kraków to nie Cieszyn, żebym o drugiej w nocy miał do wyboru tylko dwie stacje benzynowe. W tym pięknym mieście, mieście Królów Polskich, wyrażenie „witaj w klubie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Trzeba się tylko było jakoś dostać do centrum, tam dyskotek jest tyle, co przyszłych dni bez Ani, które już zaczynałem liczyć. Nie żebym był pesymistą czy też masochistą. Realista brzmi znacznie lepiej. Oczywiście najlepiej brzmiałby „mąż Ani”, ale z wiadomych przyczyn, niestosowne byłoby używanie takiego frazesu tamtej nocy. W drodze na przystanek autobusowy, intrygująco nazwany „Pilotów”, obejrzałem na żywo spektakl pod tytułem „Romeo i Julia – wersja menelska”. Kiedy szedłem chodnikiem, zza zakrętu wyłonili się Państwo Żulowie i ruszyli odważnie w moją stronę. Odważnie, gdyż każdy kolejny krok w stanie takiego upojenia alkoholowego był aktem niesamowitego męstwa. I tak idą sobie idą, kiedy nagle Pan Żul, odgrywający rolę Romea, schyla się i podnosi coś z ziemi. Zadowolony z siebie, dobiega do nieco podirytowanej wolnym tempem swojego ukochanego, Pani Żul, czyli Szekspirowskiej Julii. Trzymając w ręku swe cenne znalezisko, Pan Żul przysuwa twarz do twarzy Pani Żul i szepcze z uczuciem: „Masz kochanie, znalazłem Ci”, a następnie wręcza jej podarunek. Tajemniczym znaleziskiem okazuje się niedopalony papieros. Romantyczne to jak diabli i to dosłownie, gdyż niedopaloną fajką okazał się Black Devil. Szczęśliwi Państwo Żulowie oddalili się ku zachodzącemu już w ich kierunku patrolowi straży miejskiej. A ja? Podbudowany nieco, ale i zawstydzony trochę (czymże jest mój bilet na „Śluby panieńskie”, przy miłości Pana Żula?) dotarłem na przystanek. Kolejny nocny autobus miałem za 20 minut. Dobry to wynik, biorąc pod uwagę niepowodzenia, które spotkały mnie tego feralnego, o ile nie najgorszego w życiu, dnia. Usiadłem kulturalnie na ławce i oczekiwałem na nadjechanie pojazdu z numerem 609. Robiło się zimno. Ale nie za sprawą wiatru, deszczu czy śniegu. Robiło się zimno z powodu braku Słońca. Mojego Słońca. Moje Słońce, to Ania. Docierało do mnie coraz bardziej i nachalniej, jakiego będę miał strasznego kaca przez następne kilka dni i bynajmniej nie za sprawą tych 200ml żołądkowej gorzkiej tradycyjnej. Zacznę sobie przypominać jak miło było z Anią, kiedy jedliśmy wspólnie obiady, kiedy śmiała się z moich dowcipów, kiedy brała mnie pod rękę, by nie wywrócić się na źle wybrukowanej nawierzchni, kiedy piła piwo przez słomkę siedząc

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych