Wróć do katalogu

Bajka o złookim królewiczu (II/ III)

"Oczy są zwierciadłem duszy"

sopocianka, opublikowano , 49 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pogrzeb

Ołowiane chmury zawisły nad królewskim zamkiem i całym państwem. Większość okien w kraju zostało częściowo lub całkowicie zakrytych czarną krepą, teatry i piwiarnie zamknięto do odwołania, flagi spuszczono do połowy masztu. Poddani prawie nie opuszczali swych domostw, a kiedy już to czynili, z ich twarzy można było wyczytać głęboki smutek. Nikt nie miał ochoty do żartów, czy lekkich pogaduszek. Jeśli już ze sobą rozmawiano, to na jeden temat, a finałem tej rozmowy był zazwyczaj wspólny płacz. Król ogłosił żałobę narodową po swojej żonie – królowej Walerii. Minęły trzy dni od strasznego, dla nikogo nie zrozumiałego pożaru, a król nadal nie mógł otrząsnąć się z szoku. Patrzył na wypaloną dziurę we wschodnim skrzydle, gdzie kiedyś była przybudówka i kręcił niedowierzająco głową. Wchodził do stajni, głaskał szóstkę białych koni i wydawało mu się niepodobieństwem, że Waleria, jego najdroższa Waleria nie żyje, że już nigdy jej nie zobaczy. Nie chciał nawet słyszeć o żałobnej uroczystości i tym podobnych sprawach, wszystko załatwiali za niego ministrowie. To oni dopilnowali, aby pozbierano nadpalone kości zmarłej ze zgliszczy, to oni ustalili harmonogram uroczystego pogrzebu, który miał się odbyć za dwa dni, oni wreszcie ułożyli tekst powiadomienia o tragedii dla ludu i ogłosili w imieniu władcy bezterminową narodową żałobę. Król Dionizy chodził po zamku i dworze, kręcąc niedowierzająco głową i mamrocząc coś do siebie. Lękano się o jego zdrowie psychiczne. Królewicz z nikim nie chciał rozmawiać. Każdego dnia wstawał skoro świt, brał swojego konia, strzelbę i ruszał w las na wielogodzinne polowanie. Wracał po zmroku, zmęczony, brudny i milczący. Przestał dokuczać służbie, nawet nie podnosił na nikogo swego diabelskiego wzroku, lecz jego twarz zdawała się być całkiem bez wyrazu. „To diabeł – mówiono. – Jego matka zmarła tragicznie, a on sobie beztrosko jeździ na polowania, jakby go nic nie obchodziło” Jednak wbrew pozorom, Jaromir cierpiał, cierpiał bardziej niż chciał się do tego sam przed sobą przyznać. Nie myślał o matce, ani o pożarze, który z premedytacją spowodował, nie czuł wyrzutów sumienia, ale w jego sercu gorzała bólem głęboka rana. Próbował uśmierzyć ją wysiłkiem fizycznym. Pędził na koniu przez las jak wariat, strzelał do zajęcy i drobnego ptactwa, czasami w drzewa lub w przestrzeń, a kiedy koń padał ze zmęczenia, on biegł dalej, dopóki starczało mu sił. Nic nie pomagało. Nawet przez sen słyszał swój niespokojny puls, nawet przez sen cierpiał i tęsknił za matką, jedyną istotą, którą kiedykolwiek kochał i szanował.

Królową Walerię kochali wszyscy za ciepło, które rozsiewała dokoła siebie i dobre serce, zawsze otwarte dla każdego, niezależnie, czy był to jej ukochany syn, czy najlichszy żebrak spotkany na drodze. Nie było więc niczym osobliwym, że aby ją pożegnać, przybyły prawie cztery tysiące ludzi z całego kraju. Mimo to, służba porządkowa z trudem radziła sobie z pilnowaniem ciżby. Ubrany na czarno tłum, pogrążony w smutku i przygnębieniu, daleki był, oczywiście, od czynienia nieprzystojnych burd, lecz wiele osób, chcąc być jak najbliżej księdza właśnie wygłaszającego kazanie, usiłowało ominąć poprzeczki oddzielające motłoch od żałobników ze dworu. Najbliżej trumny, oprócz rodziny zmarłej i kapłana, znajdowali się żołnierze stojący na baczność w swych galowych strojach. Byli wśród nich także ci, którzy oglądali królową żywą jako ostatni. Na ich twarzach widniał identyczny wyraz skupienia i powagi. Wiedzieli, że nigdy nie zapomną tej nocy, że nigdy sobie nie wybaczą błędu, jaki wówczas popełnili. Jechali na comiesięczną kwestę i wszystko było w najlepszym porządku, jeśli nie liczyć dziwnego zachowania królowej. Nie drzemała, jak miała w zwyczaju, siedziała niespokojnie na poduszkach i nerwowo miętosiła koronkową chusteczkę. Byli już prawie w połowie drogi, gdy niespodziewanie kazała zawracać do zamku. Woźnica zawrócił konie, lecz to jej nie usatysfakcjonowało. Zaczęła go popędzać, a w jej głosie można było wyczuć nutkę histerii. Kiedy w środku nocy dotarli na plac przed zamkiem, wyskoczyła z karety, nie czekając aż jej otworzą drzwiczki. Chcieli zatrzymać ją chociaż na chwilę, zapytać o przyczynę..., lecz ona odprawiła ich niecierpliwym gestem ręki i szybko pobiegła do wrót wejściowych zamku. Rozmawiali chwilę o dziwnym zachowaniu Jaśnie Pani i wtedy jeden z nich zauważył czarny dym unoszący się nad przybudówką. Teraz każdy z nich zadawał sobie pytanie: „Dlaczego nie pospieszyłem za Jaśnie Panią od razu i nie ustrzegłem jej przed niebezpieczeństwem?” Kilka kroków od trumny stał król – wdowiec, ledwie co przemocą wydobyty z błogiego stanu półświadomości, spowodowanego szokiem. Wzdychał raz po raz. Było mu niezwykle ciężko. Wszyscy dookoła mogli pozwolić sobie na płacz i lament, tylko nie on. Przecież był głową państwa, na nim koncentrowały się wszystkie spojrzenia. Nie wolno mu było płakać, chociaż łzy z pewnością dałyby upust jakiejś części cierpienia, które dławiło go w gardle, odbierało sen i spokój ducha. Najbardziej bolało władcę, że nie zdążył się z żoną pojednać, nie uzyskał jej przebaczenia. Chociaż odzywała się do niego tylko w obecności osób trzecich, Dionizy czuł, że nadal go kochała, mimo że miłość do męża czasowo stłumiona została przez uczucia macierzyńskie. On też ją kochał, w ciągu piętnastu lat separacji był jej całkowicie wierny, nie obraził jej nawet myślą. Liczyła się tylko Waleria, to ona była jego mocą i nadzieją, sensem życia. Często widywał ją przez okna swej komnaty, czasami mijali się w zamkowych korytarzach. Żył dla tych chwil, mimo że nawet na niego nie patrzyła. Skrycie się nią opiekował, podobnie jak w pierwszych latach małżeńskiego szczęścia: w zimie, gdy bywała przeziębiona, osobiście przyrządzał jej mleko z miodem, wiosną zrywał dla niej najpiękniejsze kwiaty, w lecie najdojrzalsze owoce, jesienią, gdy miała urodziny, kupował dla niej najładniejszą biżuterię. Oczywiście robił to wszystko anonimowo: to służąca podawała Jaśnie Pani ciepłe mleko, to ona przynosiła do jej sypialni owoce i kwiaty, biżuterię w kurtuazyjnym geście przysyłał rzekomo zamożny poddany, wdzięczny za pomoc udzieloną chłopom zamieszkałym na jego folwarku. Nigdy do końca nie wyzbył się marzeń o ponownym wspólnym szczęściu, choćby w dalekiej przyszłości, kiedy syn, który ich poróżnił, będzie dojrzałym mężczyzną i może wyjedzie za granice państwa. Teraz wszystko przepadło i nic nie miało już sensu dla króla Dionizego. Nawet los państwa przestał go obchodzić. Najchętniej rzuciłby się na okrytą kwiatami trumnę i umarł. „Walerio! Moja najmilsza Walerio! Dlaczego posłuchałaś przeczucia i wróciłaś wcześniej? Cóż ja pocznę bez ciebie? Skąd będę czerpał dalsze siły do życia i rządzenia?” Nagle dotarło do niego z całą jasnością, że po śmierci żony, cała odpowiedzialność za Jaromira spadnie na jego barki. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Jak zdoła utrzymać tego diablego łotra w ryzach? W jaki sposób powinien z nim rozmawiać, skoro nienawidził tego chłopca, bał się jego szarych, zimnych oczu i nigdy nie wiedział, jak ma się zachowywać w jego obecności, on – ojciec i władca! Król Dionizy przerwał na moment niewesołe rozmyślania i spojrzał na syna, który stał po lewej jego stronie, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyprostowany i poważny, cały w czerni. Oczy miał spuszczone, trudno było zgadnąć, czy maluje się w nich zwykły wyraz okrucieństwa i złośliwości, czy może wyjątkowo widnieją w nich jakieś ludzkie uczucia. Wtem oczy władcy rozszerzyły się, bowiem wyraźnie ujrzał, jak spod przymkniętych powiek królewicza wypłynęły dwie duże łzy. Jaromir nie otarł z twarzy zdradliwych oznak słabości. Uznał, że będzie to wyglądać bardziej podejrzanie, niż ewentualne późniejsze ślady. Płacz zawsze napawał go pogardą i odrazą, jego własne łzy zdumiały go i przeraziły. Nie zdarzyło mu się to od najwcześniejszego dzieciństwa. Wszyscy wiedzieli, że był twardy i bezwzględny. W końcu z zimną krwią usiłował zabić Gratla. Teraz gorzko tego żałował. „Stary nadal żyje. Zamiast niego spaliłem własną matkę! – pomyślał, łykając kolejne łzy. – Ale nie dam się zgnębić wyrzutom sumienia jak byle gałgan!” Z całej siły zacisnął pięści. Kiedy mowa księdza dobiegła końca, on już był całkowicie opanowany. Zebrał razem wszystkie przepełniające go uczucia z przewagą poczucia winy, gniewu i smutku i przemienił je w gorącą nienawiść do całego świata, nienawiść pulsującą żądzą zemsty, która nie mogła się nasycić nigdy Rozległy się honorowe salwy i wkrótce potem uroczystość była zakończona. Ciżba powoli zaczęła się rozchodzić, a osoby mieszkające we dworze pospieszyły ku zamkowi, gdyż król na dziedzińcu urządził wspominki, spodziewano się wspaniałej uczty. - Chciałbym z tobą pomówić – zwrócił się wdowiec do Jaromira. – Wróć do zamku i czekaj na mnie w mojej komnacie. Przybędę niebawem. Młodzieniec skinął głową w odpowiedzi, ale w środku aż się gotował ze złości. Wiedział, że ojciec idzie odwiedzić Gratla, który z własnej woli od czasu pożaru przebywał w zakładzie dla obłąkanych, najpewniej ze strachu. Królewicz nie mógł uwierzyć, że jego zemsta nie przyniosła pożądanego skutku. Starzec co prawda odniósł dotkliwe poparzenia rąk i połowy twarzy, ale zdołał uratować życie, wyskakując z okna sypialni. Skok z wysokości dwunastu metrów kosztował byłego ministra skomplikowane złamanie obu nóg, zwichnięcie obojczyka i kilka niegroźnych zadrapań. Jednak to nie mogło usatysfakcjonować chłopca, zwłaszcza że w pożarze zginęła jego ukochana matka. Zasępiony rozparł się na poduszkach królewskiego powozu i wyjrzał przez okno. Większość żałobników zdążyła już opuścić cmentarz, pozostali właśnie się rozchodzili. Grabarze zabrali się do pracy, ostrożnie opuścili trumnę w głąb wykopanego dołu i zaczęli go zasypywać. Piasek upadał na drewno z osobliwym dźwiękiem, któremu wtórował kobiecy szloch. Ilza. Klęczała niedaleko grobu i płakała głośno, kryjąc twarz w dłoniach. Była do swojej pani bardzo przywiązana. Jaromir przyglądał się jej chwilę obojętnie, a potem rozkazał jechać. Król przybył niebawem. Wszedł do swojej komnaty zafrasowany, ze spuszczoną głową. Zdawał się nie pamiętać, że umówił się z synem. - Ojcze – przypomniał o sobie młodzieniec. – Chciał ojciec ze mną mówić. Jak się miewa Gratl? - Umarł – odparł. Kąciki ust królewicza nieznacznie uniosły się do góry, lecz władca tego nie zauważył, zajęty tym, co zamierzał powiedzieć – Dziś pochowałem swoją żonę, a ty – matkę. Wierzę, że kochaliśmy ją obydwaj, i że dla ciebie jest to równie bolesna strata jak dla mnie. Od dzisiaj musimy radzić sobie sami, dlatego sądzę, że powinniśmy dojść do jakiegoś porozumienia, zacząć spędzać ze sobą więcej cza... Urwał w pół słowa, usłyszawszy szyderczy chichot Jaromira. Podniósł umęczoną głowę i spojrzał na niego z mieszaniną zgrozy i wyrzutu. - Słucham uważnie – rzekł chłopiec nieprzyjemnym tonem. Król westchnął. Naprawdę nie był w stanie, aby silić się na jakiekolwiek próby zbliżenia się do tego raroga. Postanowił skrócić tę rozmowę do niezbędnego minimum. - Dotychczas matka dbała o twoje wykształcenie. Teraz, kiedy... kiedy jej zabrakło, ja jestem za ciebie odpowiedzialny. Za kilka dni postaram się o jakiegoś guwernera, który... - To zbyteczne – przerwał królewicz oschle. – Sam zadbam o swoją edukację. Ani słowa, ojcze. „Jak on mnie traktuje!?” – obruszył się król w duchu, ale nic nie powiedział. Nastała długa chwila niezręcznej ciszy. Wreszcie król potarł palcami zmęczone oczy, przełknął ślinę i zapytał z nadzieją: - Może pragniesz wyjechać za granicę, aby poszerzyć horyzonty? - Chcesz się mnie pozbyć, ojcze – stwierdził Jaromir z cynicznym uśmieszkiem. – Przykro mi, ale nigdzie się nie wybieram. Zostanę przy tobie. Króla Dionizego zatkało. Złowroga ironia w głosie piętnastolatka, zimny wyraz jego oczu przyprawiły go o trwogę i zdumienie. Mimo to, spróbował raz jeszcze: - Synu – rzekł i na moment umilkł, sporo kosztowało go wypowiedzenie tego słowa. – Doskonale wiem, że nigdy nie mieliśmy ze sobą dobrego kontaktu... - Nie mieliśmy ze sobą kontaktu w ogóle! – uściślił młodzian. - Być może – zmieszał się król. - ...I już nie będziemy mieć. Czy kiedykolwiek, ojcze, starałeś się mnie poznać, zrozumieć, czy spędziłeś ze mną chociaż pół godziny, nie licząc oficjalnych okazji? Nie, ojcze, od samego początku traktowałeś mnie jak podrzutka. Tylko matka mnie kochała, tylko ona troszczyła się o mnie... Teraz nie mam już nic do stracenia. Z nikim nie zamierzam się liczyć. Będę robić to, co mi się spodoba, a ty, ojcze, będziesz na to patrzeć! Nigdzie nie wyjadę, zostanę w zamku i nie dam ci zapomnieć o swojej obecności, tatusiu – zakończył zjadliwie i zaczął się śmiać złym, szyderczym śmiechem, pełnym nienawiści. Król zbladł jak płótno, wargi mu drżały. Słowa Jaromira nie mieściły mu się w głowie. I ten okropny śmiech... - Jesteś diabłem – powiedział cicho i spiesznie się oddalił. Wyszedł z zamku i szybko, aby nie zobaczył go nikt z biesiadujących na dziedzińcu, dotarł do furtki ogrodowej. Wślizgnął się ukradkiem do środka i odetchnął. Potrzebował spokoju. Musiał przemyśleć wiele spraw, a przede wszystkim porządnie się wypłakać. „Oto wielki król Dionizy – myślał gorzko, idąc przed siebie. – Idealny władca, sprawiedliwy, rozumny, mężny rycerz w potrzebie, potrafiący stawić czoła wszelkim kłopotom, nie lękający się niczego... Człowiek ten, tak doskonały w oczach poddanych, jest w istocie jedynie nikczemnym mięczakiem, nie umiejącym sobie poradzić z krnąbrnym nastolatkiem, własnym synem, jest tchórzem, którego stać tylko na epitety, będące świadectwem rozpaczy i bezsilności. Oto czym jestem!” Już miał się rozpłakać, gdy zauważył dziewczynę pochyloną nad brzegiem rzeki, płynącej przez ogród, jeszcze tydzień temu zamarzniętej. Wiedział, że w tym miejscu szaleją najstraszliwsze prądy, nie ulegało wątpliwości, jakie zamiary sprowadziły tu tą młodą osobę. Dzieliło go od niej jakieś trzydzieści metrów. - Stój! – krzyknął i zaczął biec. Spojrzała w jego stronę i trochę odsunęła się do brzegu. Po chwili król, dysząc ciężko, stanął obok klęczącej. Poznał w niej służącą swojej żony. - Wasza Wysokość – wyjąkała. - Coś ty zamierzała uczynić, nierozważna dziewczyno? – zapytał ostro. – Królowa zginęła, lecz życie wciąż trwa, świat nadal się kręci. Gdyby było inaczej, sam bym wskoczył do tej rzeki. Nic nikomu nie przyszłoby z twojej śmierci, przyniosłabyś tylko zgryzotę rodzinie. - Ja nie mam rodziny. Zostałam podrzucona na próg zamku jako niemowlę. Jaśnie Pani zlitowała się nade mną i zaopiekowała się sierotą, nauczyła czytać, pisać, dała zajęcie... Król chrząknął zakłopotany. Wydarzenia ostatnich dni i godzin przytłoczyły go, sprawiły, że stracił zdolność właściwego reagowania na najprostsze sytuacje. - Teraz wszystko się dla mnie skończyło. Woda miała mnie oczyścić z popełnionych grzechów – powiedziawszy to dziwne zdanie, zaczęła płakać. - Ilzo... – szepnął władca, kucając obok dziewczyny. Udzieliło mu się jej wzruszenie, obawiał się, że nie zapanuje nad łzami, które powoli zbierały mu się pod powiekami. – Ilzo... Posłuchaj... Czy nie chciałabyś teraz służyć mi, tak jak służyłaś mojej żonie? Nie proponuję ci tego z litości, mam powód, bardzo osobisty... Ty znałaś Walerię, widywałaś ją kilka razy dziennie, rozmawiałyście... Byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś zechciała mi trochę o niej opowiedzieć, bo jak zapewne wiesz, nie żyliśmy ze sobą w przyjaźni. Potrzebuję tego, będę czerpał siłę z twoich słów, jak niegdyś ze skrytego obserwowania mojej żony i dawania jej rozmaitych podarków przez twoje ręce. Pomóż mi, dziewczyno, pomóż, bo inaczej biedny, stary król oszaleje. Ilza z wdzięcznością ucałowała królewski sygnet. Zgodziła się, mimo trwogi przed Jaromirem, który po śmierci swojej matki mógł się zmienić tylko na gorsze.

Ślepota

Minęło kilka miesięcy. Stopniowo wszystko zaczęło wracać do normy. Królowa Waleria umarła, ale jej mąż, dobry król Dionizy nadal żył i sprawował nad wszystkim pieczę. Można było zatem spokojnie wrócić do zwykłych zajęć, do zwykłych żartów i pogaduszek. Po chłodnej, wietrznej wiośnie nadeszło ciepłe, pachnące słońcem i zielenią lato, piwiarnie i teatry otwarto, a ludzie znów zaczęli być towarzyscy i weseli. Dobry król Dionizy po krótkim okresie szoku i bezrozumnej rozpaczy ponownie chwycił ster wielkiej łodzi, jaką jest państwo, co więcej przejął część obowiązków swojej świętej pamięci żony, nawet brał udział w kweście. Nie, absolutnie nie było powodu do zmartwienia. A jeżeli, uchowaj, Boże, Jego Wysokości miałoby się stać coś złego, był jeszcze jego potomek: Jaromir Bożydar. Piękny chłopiec, o niemal dziewczęcej urodzie, na pewno równie prawy i szlachetny jak jego ojciec. Błyszczące, złotobrązowe włosy, sięgające ramion, smukła sylwetka, usta przypominające dzieło najwybitniejszego rzeźbiarza, nos foremny, bez najmniejszego garbka, czy zakrzywienia wprawiały w zachwyt. Tylko oczy królewskiego syna stanowiły dla wszystkich zagadkę. Kolejne portrety królewicza wciąż ukazywały go ze spuszczonymi powiekami. Opowiadano sobie, że jego oczy nie przedstawiają miłego widoku, gdyż w dzieciństwie cierpiał na tajemnicze schorzenie (Gratl umarł, ale jego bajeczka nadal żyła). Tak z grubsza przedstawiały się sądy poddanych króla Dionizego w dniu, kiedy wydarzyło się nieszczęście, mające zmienić opinię publiczną na królewskie rządy. Na dworze i w zamku panował mniejszy spokój. Widać było, że Jego Wysokość, mimo doskonałego wypełniania swoich obowiązków, słabł, starzał się w oczach. Przy pięćdziesięciu pięciu latach, wyglądał na osiemdziesięcioletniego starca. I był smutny, rozdzierająco smutny. Można było odnieść wrażenie, że podstępny robak zgryzoty toczy go od środka. Znano imię tego robaka. Był postrachem całego dworu. Przed śmiercią królowej Walerii jeszcze nie wiedziano, kto jest sprawcą przeróżnych szkód i okrutnych kawałów, które działy się w okolicy, chociaż już wtedy czyste zło, będące źródłem tych uczynków, było doskonale wyczuwalne i niepokojące. Teraz dworzanie znali jego imię i twarz, bo Jaromir Bożydar po śmierci matki stracił wszelkie skrupuły. Nie wstydził się swych haniebnych czynów, wcale ich nie ukrywał, raczej się nimi chełpił, budząc zgrozę i strach we wszystkich sercach, od królewskiego do małego serduszka pięcioletniego pucybuta. Nikt nie miał odwagi otwarcie przeciwstawić się okrutnemu królewiczowi. Nikt nie chciał o tym mówić, ani nawet myśleć, ale zdawano sobie sprawę, że stary Gratl nie zginął przez przypadek. Stary minister dał nauczkę królewiczowi i jeszcze tej samej nocy wybuchł pożar, to nie mógł być zbieg okoliczności. Król również potrafił łączyć fakty, ale odsuwał od siebie tę myśl, dopóki Ilza nie wyznała mu całej prawdy. Stało się to w pierwszym tygodniu służby. Władca był wstrząśnięty i zdumiony. Chciał wezwać syna, lecz dziewczyna padła przed nim na kolana i płacząc, błagała, aby tego nie robił. Bardzo szybko przekonał się władca, że Jaromir nie rzucił słów na wiatr w dniu pogrzebu matki. Rzeczywiście robił, co mu się podobało, a on król i ojciec musiał na to patrzeć. Początkowo starał się wpłynąć na młodzieńca, ale robił to z lękiem i bez wiary w powodzenie. W końcu zaniechał. Był całkowicie bezsilny, przerażony i pełen rozpaczy. Do czasu pożaru nie miał pojęcia, jak bardzo zły jest jego syn. Teraz, gdy zabrakło Walerii, wszystkie skargi spływały wprost do jego królewskich uszu: - Przepraszam Jaśnie Panie, że się ośmielam, lecz Jaromir Bożydar powybijał wszystkie okna w moim domu... - Wybaczy Wasza Wysokość, ale królewicz wciąż straszy nasze dzieci, wręcz je terroryzuje... - Pański syn otruł siedem moich najlepszych koni, a one stanowiły moje główne źródło utrzymania... - ...prawie uwiódł moją siostrzenicę... - ...ciężko ranił kucharkę, tylko dlatego, że skończył się brązowy cukier, a ona była brzemienna... - ...zakatował naszego malutkiego braciszka, a potem twierdził, że to był wypadek... W końcu ktoś odważył się powiedzieć: - Wasza Królewska Mość powinien coś z tym zrobić. Królu, bądź sprawiedliwy! Przecież twój syn to zbrodniarz, ukarz go więc surowo, nie bacząc na więzy krwi, ani na nic innego. Ludzie prawie nie opuszczają swoich komnat ze strachu, że natkną się na tego, z przeproszeniem Jaśnie Pana, potwora. Władca zdawał sobie sprawę, że do niego należy obowiązek ukrócenia skandalicznego zachowania Jaromira. Teoretycznie posiadał królewską i ojcowską władzę i jeśli ktoś mógł zatrzymać lawinę dziejącego się okrucieństwa, to tylko on. Nie mógł przecież do końca życia przepraszać i płacić odszkodowań. Zdawał sobie sprawę, że musi podjąć jakieś radykalne kroki, zdecydować się na coś, co jest przeciwne jego łagodnej naturze. Przez trzydzieści lat panowania nie skazał nikogo na śmierć, a najwyższą karą, którą zarządził była publiczna chłosta. Na szczęście lud był cichy i na ogół żył w zgodzie z prawem państwowym i kościelnym. Nie tak jak jego syn...

Wiele bezsennych nocy spędził władca, zanim wydał kilku najdzielniejszym żołnierzom okrutne dyspozycje. Wzdragał się na myśl o treści własnego rozkazu, ale nie zamierzał go odwołać. Dla dobra królestwa nie mógł tego uczynić. Jednak w wyznaczonym czasie, wczesnym rankiem nie spał, czuwał, w napięciu licząc minuty pozostałe do wypełnienia kaźni. Oczekiwał krzyku młodzieńca, chociaż zdawał sobie sprawę, że dzieli ich spora przestrzeń i grube, zamkowe mury. Nerwowo przygryzał wąsy, bijąc się z myślami. Przypomniał sobie te lata, kiedy on i Waleria starali się o potomka, jak bardzo marzyli o dziedzicu królestwa, o dziecku, które byłoby ich najdroższym szczęściem... - Szczęściem! – prychnął gorzko. On oczywiście myślał o synu głównie jako o następcy tronu. Pragnął, aby władzę w państwie sprawowali jego potomkowie. Dopóki nie spojrzał dziecięciu w oczy, wyobrażał sobie pięknego, dobrego młodzieńca, który przy ojcowskim boku, z miłością i szlachetnym zainteresowaniem, będzie poznawał arkana mądrego i sprawiedliwego rządzenia krajem. Po śmierci żony król Dionizy stracił wszelkie złudzenia w tym względzie. Więcej nawet: osobiście postanowił uniemożliwić Jaromirowi objęcie władzy w przyszłości, poprzez wyłupienie jego diabelskich oczu. Kandydat na króla musi mieć wszystkie zmysły zdrowe, dosłownie i w przenośni. Ślepota skutecznie odsunie królewicza od tronu, nie pomoże mu nawet prawo dziedziczenia. Ministrowie nie wyrażą na to zgody. Król Dionizy skrzywił się. Nagle zrobiło mu się strasznie gorzko, nie tylko w ustach, więcej na sercu. Tak bardzo chciał mieć syna, a teraz najchętniej by go zgładził... Westchnął i wstał, aby skorzystać ze spluwaczki. Raptem poczuł straszliwy ból w lewym oku. Ryknął donośnie, zamykając powieki i mocno przyciskając dłoń do twarzy. Upadł na przetykany złotem dywan i krzyczał. Chyba płakał, bo czuł, że przez palce przepływa mu jakaś ciecz. Usłyszał odgłos otwieranych drzwi, tupot pospiesznych kroków i wreszcie przerażony krzyk służącej: - Panie mój! Nie zdołał odpowiedzieć, bo nadeszła nowa fala potwornego bólu, tym razem w prawym oku. Wrzasnął tubalnie, wijąc się przy tym, jak dziecko udające węża. Dłonie jego były lepkie i wilgotne. Nie widział ich, gdyż wciąż kurczowo zaciskał powieki, licząc na zelżenie nieznośnego bólu. - Królu... – usłyszał płacz Ilzy. – Twoje oczy... Zaraz wrócę, pobiegnę po ratunek. Wybiegła z komnaty, wzywając pomocy rozdzierającym, pełnym rozpaczy głosem. Został sam. Wciąż skręcał się z bólu, wciąż przyciskał dłonie do twarzy. „Oczy... – myślał. – Oczy... Czy to możliwe... Ależ tak, to nie łzy miałem w dłoniach, tylko...” Nie pozwolił sobie na dokończenie tej przerażającej myśli, lecz nie musiał tego robić. Znał ją i wiedział, że była prawdziwa, chociaż do końca nie uświadomił sobie jeszcze powagi sytuacji, na to jego umysł był zbyt oszołomiony. Jęcząc głośno, oderwał dłonie od dwóch ognisk piekielnego bólu i oparł się na rękach, usiłując wstać. Czuł się bardzo słaby i mizerny. Po kilku próbach zdołał usiąść. Nic nie widział. Nagle we wszechogarniającej ciemności rozległy się spokojne, miarowe kroki. - Ilzo... – zdołał powiedzieć, a jego głos zabrzmiał jak głuchy jęk. - Dzień dobry, drogi ojcze – usłyszał cichy, dobiegający jakby z daleka głos Jaromira, był to głos ujmująco…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych