Bajka o złookim królewiczu (III/III)
"Oczy są zwierciadłem duszy" Ostatnia i najdłuższa część.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Uczucie
Jeszcze tej samej nocy król ciężko zaniemógł. Ilza podświadomie czuła, że tak się stanie. Taki roztrzęsiony wyszedł ze sklepiku Dacjana, przez całą drogę powrotną milczał, nie dając się wciągnąć w rozmowę. Zmarszczone czoło nad czarną przepaską i poruszające się bezgłośnie usta świadczyły wyraźnie, że jest zatopiony w ponurych rozmyślaniach. Po wyjściu z powozu, słaniał się na nogach, sporo trudu kosztowało dziewczynę prowadzenie przybranego ojca, tak mocno się na niej opierał, tak wolno szedł... Kiedy wreszcie przekroczyli próg królewskiej komnaty, władca upadł i długo nie mógł wstać. Zrozpaczona Ilza musiała biec po pomoc. Kilku dworzan zdołało podnieść króla, rozebrać i położyć do łóżka. Duszycki przybiegł chwilę potem. Zbadał chorego i smutnym głosem zakomunikował, że Jego Wysokość ma czterdzieści stopni gorączki, osłabione serce i układ nerwowy w strzępach. Po chwili dodał: „Umrze w ciągu czterech, góra sześciu tygodni, jeśli nic się nie zmieni.” Wszyscy obecni doskonale wiedzieli, co miał na myśli, lecz zmiana ta uchodziła za niemożliwą. Zrozumieli, że już wkrótce pożegnają swego władcę na zawsze. Pod wpływem tego samego impulsu utkwili zatroskane spojrzenia w twarzy chorego, przeciętej przepaską w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się ciepłe, jasne oczy. Szlachetne rysy ściągnięte były fizycznym cierpieniem i jakąś wewnętrzną udręką, z półotwartych ust wydobywał się głośny, świszczący oddech. Niedługo potem dworzanie rozeszli się. Jednak przez całą noc nie opuścili króla Ilza i Duszycki. - Wyręczą mnie przez chwilę – powiedział medyk, kładąc ostatnią pijawkę na obnażonych plecach chorego, który nadal pozostawał nieprzytomny. Usiadł na krześle, obok dziewczyny i westchnął – Bańki nie pomogły... W milczeniu patrzyli na pijawki, wolno przesuwające się po skórze i zostawiające za sobą krwawe ślady. Starzec poruszył się niespokojnie i wymamrotał: - Moja korona... Ilza wstała, lecz konsyliarz uspokoił ją gestem. Spojrzała na niego pytająco. - Bredzi w malignie – wyjaśnił i znów zapadła cisza, przerywana niezdrowym oddechem leżącego. W królewskiej sypialni panował mrok. Ciemności rozpraszała jedynie mała lampka oliwna, oświetlająca plecy chorego z przystawionymi pijawkami i ledwie omiatająca swym nikłym blaskiem dwie zatroskane twarze czuwających. Mimo to, Ilza zdołała zobaczyć oblicze swego towarzysza. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Ciemne, gęste włosy przysłaniały jego uszy i czoło aż do brwi. Spojrzenie jego oczu niosło spokój i otuchę, ale gdzieś na ich dnie dziewczyna zauważyła lęk. - Czy naprawdę nie ma dla niego ratunku? – odważyła się zapytać. - Troska go wykańcza – rzekł smutno Dominik Duszycki i spuścił głowę. – Martwił się już dawniej, gdy obejmowałem posadę królewskiego medyka, ale po śmierci królowej jego smutek przemienił się w coś poważniejszego. Coraz bardziej się zadręczał, to było widać. Utrata oczu dopełniła miary rozpaczy, zapoczątkowała proces wewnętrznej agonii Jego Wysokości. Nerwy, ciężka zgryzota, kolejne ciosy... to wszystko go zabija. Zawsze sądziłem, że jestem do swojego zawodu należycie przygotowany, zdawało mi się, że mam silną psychikę, odporną na widok ludzkiej nędzy... Ale kiedy patrzę na ogrom królewskiego cierpienia, serce mi się kraje. Jestem przekonany, że nie mnie jednemu. - Kamień by się wzruszył, widząc ból tego człowieka – wyszeptała Ilza, ocierając ciche łzy z policzków. - Prędzej kamień zapłakałby nad dolą naszego biednego władcy niż Jaromir będący przyczyną cierpienia ojca – zauważył ponuro medyk, biorąc się za odczepianie pijawek z królewskich pleców. – Nikt nie zdoła unicestwić tego zbrodniarza. Jego oczy nie tylko przerażają, one p a r a l i ż u j ą. Jeden z moich przyjaciół służy w królewskim wojsku. Wczoraj z nim rozmawiałem. Opowiedział mi, jak kilka dni temu, królewicz kazał im zabić dziecko. Z początku nikt się nie ruszył. Wtedy Jaromir powiódł wzrokiem po wszystkich twarzach i powtórzył bezlitosny rozkaz. Mój przyjaciel przysięgał, że nie chciał tego zrobić, ale oczy królewskiego syna pałały piekielnym ogniem... Żołnierze nie byli w stanie mu się sprzeciwić. Ilza przygryzła wargi. Jakże dobrze pamiętała ten straszny dzień, gdy Jaromir wcisnął jej do rąk pojemnik z naftą i kazał lać na drzwi pana Gratla. Z całej duszy nie chciała tego uczynić, ale uczyniła i przyczyniła się do śmierci starego ministra i królowej Walerii, a tym samym do rozzuchwalenia się okrutnego królewicza. - Niewinna krew – rozległ się nagle przejmujący jęk króla. Przewrócił się na wznak i majaczył – Korona ocieka... krew... krew... Ojcze, coś ty zrobił... Nie wolno ci, nie myśl o tym nawet. Miej litość! To twój brat! Nie... nie... Złap jego rękę... Ojcze, twój uśmiech pełen okrucieństwa... uśmiech mojego syna... Zabić go! Nie, czekajcie... Czyż nie wiecie, że tylko dobro... Oczy, moje oczy! Starzec niespokojnie kręcił głową, wymachiwał rękami i coraz głośniej krzyczał. - Królu! – Duszycki gwałtownie potrząsnął chorym – Proszę się ocknąć! Postać na łóżko znieruchomiała. - Czy Wasza Wysokość mnie słyszy? - Synu wyrodny! – zawołał władca, wyciągając wskazujący palec w stronę medyka. –Przyszedłeś obciąć mój język, abym nawet krzykiem nie mógł dać ujścia dławiącej mnie rozpaczy? Zabij mnie lepiej od razu, zabij i zostań królem. W koronie ociekającej krwią będzie ci bardzo do twarzy. Jednak zanim podniesiesz rękę na mężczyznę, który dał ci życie, obdarzę cię moim ojcowskim przekleństwem! - Jaśnie Panie, to ja, Duszycki. - Łżesz! - Tato! – Ilza z płaczem rzuciła się starcowi na szyję. Uspokoił się od razu. - Słyszę głos mojej córki – powiedział. – Gdzie jesteś? Zbliż się. - Jestem przy tobie – zapewniła dziewczyna, całując przybranego rodzica w czoło. - Czy rzeczywiście? Ależ tak, jesteś tu... Jesteś... – drgającą ręką pogładził ją po głowie. – Przed chwilą był tu Jaromir. Mam nadzieję, że nie zrobił ci nic złego. - Nikogo nie było. To tylko konsyliarz. Cały czas czuwamy nad tobą, ojczulku. Wtem król wydał okrzyk przestrachu i usiadł w pościeli. Ścisnął Ilzę za ramię i zapytał niespokojnym, zdradzającym gorączkę, głosem: - Powiedz mi, powiedz... tylko mnie nie oszczędzaj... Ile czasu minęło, od kiedy... odkąd byliśmy u guślarza? - Kilka godzin – odparła. - Mówisz tak, żeby mnie uspokoić, a tymczasem jutro lub za tydzień mój niegodziwy potomek osiągnie pełnoletność i doprowadzi królestwo do zguby... - Mówię prawdę. - Bogu niech będą dzięki – odetchnął władca i opadł na poduszki. – Mam jeszcze trochę czasu. Tylko muszę intensywnie myśleć... Wymyślę jakiś sposób... Muszę... Muszę... - Musisz odpocząć, ojcze – powiedziała Ilza łagodnie, kładąc dłoń na rozpalonym, królewskim czole. – Wyzdrowieć, nabrać sił. Kiedy wydobrzejesz, razem się zastanowimy. Wszystko się ułoży, wszystko będzie dobrze. Duszycki siedział z boku i bez słowa obserwował rozdzierającą scenę. Słuchał głosu Ilzy, która przemawiała czule i łagodnie jak do dziecka, lecz widać było, że jest u kresu swoich możliwości. Król stopniowo się uspokoił i zapadł w twardy, krzepiący sen, tym razem bez majaków. Wtedy dopiero dziewczyna wstała z królewskiego łoża. Chwiejnym krokiem podeszła do okna. Ramiona zaczęły jej drgać od tłumionego szlochu. Medyk nie mógł na to bezczynnie patrzeć. Podszedł do płaczącej i po prostu wziął ją w ramiona. Z wolna cichła, słysząc równe bicie jego serca. Z uścisku Duszyckiego płynęła siła i bezpieczeństwo. - Dziękuję. Tego mi było trzeba – szepnęła, podnosząc na niego zapłakane oczy. – Winna ci jestem wyjaśnienia. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego zwracam się do króla „ojcze”. Sam to zaproponował. Zastępuję mu dziecko, które nie obdarzyło go należnym szacunkiem i miłością. Nawet więcej: moje oczy są jego oczami – powiedziała poważnie. Jednocześnie odkryła, że człowiek stojący naprzeciwko stał się jej przedziwnie bliski. – Wyobrażasz sobie, ile razy chciał płakać? Nawet ja nie wiem, jak bardzo cierpiał, nie mogąc dać ujścia swojej udręce. Przez to się rozchorował, jestem tego pewna. Boję się, że jego serce nie wytrzyma dłużej tego bólu. Tak bardzo go kocham... Jeśli on umrze, ja razem z nim. - Nie dopuszczę do tego – odparł Duszycki, łagodnie ocierając łzy z jej policzków. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby wyzdrowiał. Nie płacz więcej. Nie możesz wypłakać sobie oczu, które dzielisz z Jego Wysokością. To nie uchodzi – zażartował i wreszcie się uśmiechnęła. Za oknem rozległy się krzyki. To Jaromir Bożydar karał niesubordynowanych żołnierzy. Niemal codziennie na zamkowym dziedzińcu odbywały się publiczne tortury tych, którzy ośmielili się odmówić wykonania rozkazu lub chociaż zawahać przed spełnieniem woli okrutnego królewicza. Praktyki te odbywały się na mocy dekretu podpisanego przez króla Dionizego. Pismo to wisiało na zamkowym dziedzińcu, aby każdy zainteresowany mógł się przekonać, że widnieje na nim królewska pieczęć. Nikt jednak nie chciał wierzyć, by dobry, miłosierny władca świadomie wyraził zgodę na takie barbarzyństwo. W rzeczy samej król Dionizy złożył swój podpis dopiero w obliczu groźby Jaromira dotyczącej Ilzy. - Chyba zbiorę się na odwagę i pójdę prosić, żeby przestał – powiedziała. – Nie mogę już słuchać, jak ci biedni ludzie krzyczą. - Nie – pokręcił głową medyk. – Narazisz się tylko na niebezpieczeństwo. On nikogo nie słucha, nic go nie powstrzyma od czynienia zła. Cicha odpowiedź Ilzy zlała się z okrutnym śmiechem królewicza jakby na potwierdzenie słów mężczyzny.
Mimo starań Duszyckiego, król wracał do zdrowia bardzo powoli. Apatia i brak chęci do życia wyraźnie opóźniały rekonwalescencję. Medyk prawie nie opuszczał królewskiej komnaty, nie tylko lecząc Jaśnie Pana, także podnosząc na duchu jego przybraną córkę. Razem siedzieli przy łożu ciężko chorego władcy, rozmawiając lub milcząco patrząc sobie w oczy. Zżyli się ze sobą i kiedy po dwóch tygodniach król Dionizy zaczął wstawać, Dominik w dalszym ciągu przychodził do królewskich apartamentów pod pozorem doglądania zdrowiejącego pacjenta. Rozmawiał z królem, ale jego spojrzenie co chwilę uciekało w stronę dziewczyny, która z rumieńcem uśmiechała się w kierunku przybranego ojca i medyka, lecz jej uśmiech przeznaczony był dla jednego z nich. Król był ślepy i osłabiony długotrwałą gorączką, jednak wzajemna skłonność młodych nie umknęła jego uwadze. Z całego serca cieszyło go, że Ilza znalazła sobie zalotnika, który, władca był tego pewien, w razie potrzeby zaopiekuje się nią. Koniec nieubłaganie się zbliżał. Dionizy nie myślał już o ratowaniu życia i królestwa, wiedział, że nie ma sposobu na Jaromira, który już za dwa tygodnie będzie mógł samodzielnie władać państwem. Czekałby na to biernie, jedynie z bolesną rezygnacją i poczuciem zawiedzenia poddanych, gdyby nie troska o przybraną córkę. Nie chciał, żeby umarła razem z nim. Teraz staremu władcy zrobiło się lżej na sercu. Duszycki był człowiekiem prawym i szlachetnym, godnym zaufania. Postanowił niezwłocznie powierzyć jego opiece to, co miał najdroższego. - Podejdźcie do mnie oboje – polecił Ilzie i konsyliarzowi pogrążonym w cichej rozmowie, sądzili bowiem, że starzec drzemie. Kiedy posłusznie stanęli przy poręczach fotela, na którym siedział, drżącymi ze wzruszenia rękami ujął ich dłonie i połączył nad swoimi kolanami. Młodzi spojrzeli na siebie zmieszani i zaskoczeni. - Myśleliście, że skoro nie mam oczu, nie wiem, co się święci – uśmiechnął się, doskonale wyczuwając ich nastroje. – Rad jestem, że się zaprzyjaźniliście. Więcej: będę szczęśliwy, jeśli pobierzecie się jeszcze dzisiaj. Jestem stary, ślepy, wkrótce umrę, za dwa tygodnie... – przerwał, nie chcąc mącić ich niespodziewanej radości. – Będzie wam razem dobrze. Otrzymacie ode mnie pozostałości królewskiego skarbca i szczere błogosławieństwo. Zakochani rzucili się królowi do nóg. Dziękowali i zasypywali stare dłonie pocałunkami pełnymi uszanowania i wdzięczności. - Jest jeden warunek – zastrzegł władca poważnie. – Zaraz po ślubie wyprowadzicie się z zamku i wyjedziecie poza granice królestwa. - Ależ, ojcze! – zawołała Ilza. – Nie opuszczę cię. - Zrobisz to. Nie wolno mi narażać cię na niebezpieczeństwo. Wkrótce zostanę pozbawiony życia, a wtedy nie będę mógł cię bronić, jeżeli można nazwać obrońcą ślepego, niedołężnego starca. Pan Duszycki jest młody, silny i zaradny, będzie cię chronił lepiej niż ja, przy nim zapomnisz o piekle, jakie spędziłaś w zamku, pogodzisz się z moją śmiercią i... - Nigdzie nie pojadę – sprzeciwiła się stanowczo. – Nie mogłabym... Serce by mi pękło, gdybym opuściła mego dobroczyńcę, który ocalił mi życie w dniu pogrzebu królowej, który dał mi posadę, a później pokochał jak córkę... Zostawić cię, ojcze, na pastwę tego okrutnika... Nigdy! Jeżeli taki jest ojca warunek, trudno, przestanę się widywać z Dominikiem... ale zostanę przy ojcu do końca! – zawołała łamiącym się głosem. Wzruszenie odebrało królowi mowę. Uścisnął dłoń Ilzy i spuścił głowę zawstydzony ultimatum, jakie przed nią postawił. Przecież znał jej miłość i przywiązanie, dlaczego zatem zmusił ją do wyparcia się osobistego szczęścia? - Przepraszam, moja droga – wyszeptał. – Pobierzcie się i zostańcie przy mnie, jeśli tego chcecie. Jednak błagam na wszystko: w dniu osiemnastych urodzin Jaromira wyjedźcie. Nie czekajcie na moją śmierć, bo może być za późno... Obiecajcie mi to! Nie odmawiajcie tej jednej prośbie starego, odchodzącego od zmysłów ślepca! - Dobrze, Wasza Wysokość. Obiecujemy – powiedział Duszycki uroczyście.
Louis Havieux
Ślub Ilzy i Dominika odbył się jeszcze tego samego wieczora w ścisłej tajemnicy. Noc poślubną i wszystkie noce do czasu wyjazdu państwo młodzi mieli spędzić osobno, tak jak dotychczas. Nikt we dworze nie mógł się niczego domyślić. Było to ważne ze względu na bezpieczeństwo zakochanych. Jaromir był nieobliczalny i uwielbiał burzyć cudze szczęście, zadawać ból. Nazajutrz po ceremonii, kiedy Ilza głośno czytała najnowszą powieść obyczajową, a Dominik ukradkiem całował ją, to w rękę, to w kark, a król z uśmiechem słuchał głosu przybranej córki i cichutkich cmoknięć jej męża, rozległo się władcze pukanie do drzwi. Młodzi gwałtownie odsunęli się od siebie. Drzwi otworzyły się, a potem zamknęły. Nikt nic nie mówił. Dionizy zrozumiał, że do komnaty musiał wejść Jaromir. „Czyżby już nadszedł mój czas?” – pomyślał, przygryzając wąsy, zaraz jednak godnie wyprostował ramiona i podniósł głowę. Nie okaże strachu, umrze z kamienną twarzą, jak przystało na prawdziwego władcę. - Niech służąca wyjdzie, medyk także – rozkazał królewicz bez żadnych wstępów. – Szybciej! Szybciej! Chcę zostać z ojcem sam. Dionizy żachnął się na arogancję syna, ale nic nie powiedział. W milczeniu czekał na jego słowa lub czyn. Odetchnął głęboko i oczekiwał śmiertelnego ciosu. Usłyszał szyderczy śmiech. - Widzę, że do samego końca pozujesz na dumnego męża stanu. Już od dawna nie widziałem cię tak napuszonym, ojcze – zauważył podejrzliwie Jaromir i podszedł bliżej. – A może... może sądzisz, że przyszedłem, aby cię zabić? Król zacisnął zęby. Poczuł twarz pierworodnego tuż przy swojej, jego usta przy swoim uchu. - Czy naprawdę sądzisz, że pod ubraniem ukrywam sztylet lub sznur? – szepnął królewicz, a po plecach władcy przeszedł zimny dreszcz. – Czekasz na chłodne ostrze przebijające skórę, a potem serce, oczekujesz zaciskającej się na szyi pętli? Widzę to, wyraźnie to dostrzegam w całej twojej godnej postawie... Z trudem panujesz nad drżeniem rąk, nic nie mówisz, aby przypadkiem nie okazać strachu... - To nie strach – odrzekł król głucho. – To bolesne zdumienie i zgroza, że własny syn pragnie mojej śmierci. - A więc jednak myślałeś, że cię zabiję – powiedział młodzian, na którym słowa ojca nie uczyniły najmniejszego wrażenia. Odsunął się trochę i usiadł na fotelu obok. – Muszę przyznać, iż rzeczywiście ostatnimi czasy przemyśliwam nad... hmm... jakby to łagodnie ująć, żeby nie uchybić etykiecie... - Daruj sobie – rzekł król już pewniejszym głosem. – Mów, co cię sprowadza. Kolejny okrutny dekret, który każesz mi podpisać? Póki pamiętam: proszę cię, nie przeprowadzaj egzekucji na dziedzińcu, pod moim oknem. Każdego ranka budzą mnie krzyki torturowanych żołnierzy. - Przynajmniej wiesz, że twój syn trzyma poddanych twardą ręką – zaśmiał się królewicz – i przejdzie do historii jako władca silny, nieprzejednany... - ...okrutny. - Być może – odparł Jaromir. – No, dobrze... Nie będę ojca zanudzał. Przyszedłem w sprawie balu. Według tradycji w dniu pełnoletności swojego dziecka król urządza na jego cześć wielki bal. Zaprasza całą arystokrację, w naszym kraju wyjątkowo wątłą, władców z przygranicznych państw i wszyscy wspaniale się bawią przy znakomitej uczcie i tańcach. Nie można oczywiście zapomnieć o toaście o północy za zdrowie jubilata wznoszonym osiemnastoletnim winem. Cóż to, ojcze, podnosisz brwi? Może nie bardzo podobają ci się moje rządy, ale tradycja jest dla mnie rzeczą świętą. - Dlaczego chcesz się bawić w bal? - Rani mnie twoja podejrzliwość, ojcze – rzekł młodzieniec drwiąco. – Ale zgodzisz się, prawda? - Wiesz dobrze, że już od dawna robisz, co ci się żywnie podoba. - Ma ojciec słuszność. Sam mogę wszystko urządzić, jednak czynienie honorów zostawię tobie. Chyba mi nie odmówisz, mój ojcze? - Ironia w twoim głosie jest zabójcza – powiedział starzec. Poczuł, że chyba nie wytrzyma nerwowo dalszej rozmowy. - Nie na tyle, aby cię wykończyć – wyszeptał młodzieniec zimno, a głośno rzekł – Rozumiem, że się zgadzasz. W takim razie jutro rozpocznę przygotowania, powysyłam zaproszenia. Przyjedzie między innymi Havieux – król Francji, z tego, co pamiętam gadatliwy człowiek. Sądzę, że podniesie cię na duchu. Na moim balu, ojcze, masz sprawiać wrażenie zadowolonego – ostatnie zdanie wypowiedziane zostało tonem groźby. Po chwili Jaromir odszedł, a król z jękiem ukrył umęczoną twarz w dłoniach.
Przygotowania do wielkiego balu były głośne i nerwowe. Królewicz od rana do późnego wieczora jeździł po dworze i okolicznych miastach, wydając rozkazy i nadzorując ich wypełnianie. Całym sobą oddawał się urządzaniu balu, zniósł nawet poranne dręczenie żołnierzy. Jego krzyki, drwiący śmiech, a zwłaszcza straszliwe oczy sprawiały, że służbie wszystko leciało z rąk. Uwijano się jak w ukropie, z lękiem oglądając się na wszystkie strony, czy znienacka nie pojawi się Jaromir Bożydar ze swoim demonicznym spojrzeniem i nie ukarze surowo ociągających się jego zdaniem ludzi. Bano się jego okrucieństwa, o którym wiedziano już w niemal całym państwie. Sprzątano, przygotowywano rozmaite potrawy, robiono przegląd zawartości piwnic królewskich, przystrajano okolicznościowymi dekoracjami cały dwór i pobliskie miasteczka, szkolono służbę mającą obsługiwać szanownych gości, prowadzono pertraktacje z orkiestrą, zamawiano kolorowe lampiony, wykwintne meble i arcydzieła malarstwa. Na brak zajęcia nikt nie narzekał. Król w posępnym milczeniu słuchał odgłosów dobiegających z dziedzińca i zamku. Wnoszono i wynoszono meble, trzepano dywany, czyszczono stajnię, wyładowywano fury jedzenia, a wszystko przy wtórze okrzyków służby typu: „Bliżej podjedźcie”, „Ostrożnie z tym stołem!”, „Daj, no, widły Franek”, „Kapustę niech panowie położą obok kartofli”. Nad wszelkimi dźwiękami do niedawna dominował głos Jaromira, rozkazujący, bezwzględny, budzący trwogę. - Dlaczego tak mu zależy na tym balu? – zastanawiał się król jeszcze w przeddzień urodzin syna. – Mógłby po prostu mnie zabić i w ten sposób uczcić swoją pełnoletność. - Ojcze, nie mów tak. Może on wcale nie zamierza pozbawić cię życia – zaoponowała Ilza z mocą. Odkąd została żoną Duszyckiego była pełna jakiejś naiwnej nadziei i radości. - Może – zgodził się. Cóż bowiem miał powiedzieć? Powtórzyć słowa Jaromira i tym samym odebrać jej złudzenia? Nie mógł tego zrobić. - Niczym mu nie zagrażasz, ojcze, na pewno nie posunie się do morderstwa – usłyszał jej pogodny głosik. – Może wobec tego ja i Dominik... - Nawet nie kończ. Wszystko jest już gotowe do drogi, jutro wieczorem wyjedziecie – powiedział autorytatywnie. – Jaromir, zajęty balem, nie zauważy tego, inni też nie. Nawet jeśli rzeczywiście nie podniesie na mnie ręki i pozwoli mi dożyć naturalnego kresu, będę spokojniejszy, jeżeli wyjedziesz i schronisz się w bezpiecznym miejscu, przy boku szlachetnego mężczyzny. Błagam, nie sprzeciwiaj mi się. Pamiętaj, że jestem twym przybranym ojcem, a wola ojca jest święta – uśmiechnął się z trudem.. - Czyli to jest nasz ostatni wspólny wieczór? – spytała ze smutkiem i ujęła starca za rękę. – Któż, ojcze, będzie ci czytał twoje ulubione książki, któż w ciepłe dni wybierze się z tobą do ogrodu? Kto będzie teraz twoimi oczami, roniącymi łzy, kiedy będziesz chciał płakać? - Rodzona córka nie byłaby lepsza – powiedział król drżącym głosem. – Nie martw się. Poradzę sobie. Pożegnam cię z żalem, ale będę szczęśliwy, bo ty będziesz szczęśliwa. Tak, ochłoniesz po mojej śmierci i będziesz bardzo szczęśliwa z Dominikiem. Zaszyjecie się w jakimś cichym, ustronnym miejscu, założycie rodzinę i będziecie pędzić spokojne, beztroskie życie. Może kiedyś spotkasz gdzieś staruszka z przepaską na oczach i pomyślisz o mnie ciepło. Ja zawsze będę o tobie pamiętać, a kiedy umrę, będę cię wspierać z niebios. Ilza objęła mocno przybranego ojca, starając się zapanować nad rozpaczą. Tak bardzo chciała, aby również wyjechał! Ale nie zaproponowała tego głośno. „On jest jak kapitan tonącego okrętu. Nie uratuje się, choć ma możliwość ucieczki. Zginie razem ze swoim państwem.” Władca tulił dziewczynę do piersi i nie był w stanie odezwać się słowem. Cierpiał na myśl o rozstaniu z Ilzą. „Jutro, kiedy odjadą, przyjmę śmierć z otwartymi ramionami. Mam nadzieję, że Jaromir nie będzie zwlekał”. Zapukano do drzwi i po chwili dał się słyszeć głos: - Najjaśniejszy Panie! Przybył król Francji z córkami! - A mój syn? – zadał pytanie władca. - Nie widziałem go dzisiaj. - Dziękuję. Proszę podać podwieczorek. Za chwilę przyjdę. Schodząc po schodach wsparty na ramieniu Ilzy, Dionizy zastanawiał się, czy Jaromir w ogóle nocuje w zamku. Służba nie widywała go już od kilku dni. Przygotował wszystko do balu i przepadł. Zjeżdżający się goście wciąż pytali o królewicza, a starzec nie wiedział, co im odpowiedzieć. Bal był już jutro, a królewicz dotychczas nie przywitał się z nikim. Obowiązek podejmowania gości spadł na barki jego niewidomego ojca. Od dwóch dni kilkanaście razy dziennie wychodził na dziedziniec, aby powitać przybywających. Było to bardzo męczące; musiał rozmawiać, uśmiechać się wbrew własnemu sercu przepełnionemu rozpaczą i smutkiem. Na szczęście król Francji był ostatnim z zaproszonych. Ostatnim, ale i najbardziej wymagającym towarzysko. Dionizy zdawał sobie sprawę, że musi zmobilizować wszystkie siły, aby wykrzesać z siebie serdeczność i entuzjazm, z jakim powinien przyjąć dalekiego krewnego świętej pamięci żony. Kiedyś Louis Havieux był częstym gościem w zamku, ale od kilku lat zaprzestał odwiedzin, ograniczając się do dwóch okolicznościowych kartek rocznie, nawet na pogrzeb Walerii nie przyjechał. Dionizy zapamiętał go jako wysokiego, barczystego mężczyznę o delikatnych, niemal kobiecych rysach twarzy, krzaczastych, czarnych brwiach, denerwującym śmiechu i działającym na nerwy usposobieniu. Kreował się na dandysa, zawsze wypielęgnowany, zawsze w lśniącej, kędzierzawej peruce i obszernym białym kołnierzu. Był to jednak obraz sprzed siedmiu lat, dziś Havieux mógł być zupełnie innym człowiekiem. Powoli wkroczyli do komnaty. Przywitał ich cichnący dziewczęcy śmiech i męski głos, wyrażający teatralną radość: - Kochany Dionizy! Niechże, cię uściskam! - Witaj w moich skromnych progach – skinął głową ślepiec, niezręcznie wysuwając się z objęć Francuza. Z irytacją pomyślał, że krewny jego żony, przynajmniej z zachowania, wcale się nie zmienił. „Nie widzieliśmy się tak długo, właściwie się nie znamy, a ten ściska mnie jak rodzonego brata. Jeśli jeszcze nazwie mnie szwagrem, jak czynił przy każdym spotkaniu...” - Tak bardzo się cieszę z twojego zaproszenia. Mam nadzieję, że pamiętasz, że ja również wielokrotnie zapraszałem cię na pierwsze bale moich córek? A właśnie... Dziewczyny, chodźcie się pokłonić! Zanim tu podejdą, pozwól, że zapytam: Kim jest ta młoda osoba obok ciebie? - Moja córka. - Aaaaa – Havieux wydał zdumiony okrzyk. – Nic nie wiedziałem! A może nawet Waleria o tym nie wiedziała? – szepnął konspiracyjnie. - Ilza jest moją opiekunką, ale traktuje ją jak córkę – wyjaśnił Dionizy, siląc się na spokój. - Właśnie tak czułem, bo sądząc z jej wyglądu... – zaczął król Francji, lecz widząc zmarszczone czoło gospodarza, zmienił temat. – A teraz, szwagrze, zdejmij z twarzy przepaskę i podziwiaj moje piękne latorośle. Jesteś trochę za stary na zabawę w piratów. - Jego Wysokość stracił oczy blisko trzy lata temu – powiedziała chłodno Ilza, w której niedelikatność tego wyfioczonego człowieka budziła odrazę. - Tak mi przykro – rzucił Havieux lekko, a w następnej sekundzie rozpoczął prezentację swoich córek. – Bliźniaczki, najstarsze i zarazem najpiękniejsze z mojej gromadki, Klarysa i Flora, dalej Teresa, już zaręczona, potem mające licznych adoratorów Maria, Anna, Małgorzata, ta ostatnia jest rówieśniczką twojego syna i najmłodsza moja córka, zaledwie szesnastoletnia Zet. Panny kolejno podawały starcowi rękę, Izy, za przykładem ojca, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Tylko najmłodsza podniosła na nią smutne, zielone oczy. Ilza uśmiechnęła się z wdzięcznością (dotychczas wszyscy goście traktowali ją z góry), lecz tamta znów miała wzrok utkwiony w ziemię. - Zet? – zdziwił się Dionizy. - Naprawdę nazywa się Zete...re... eee... – jąkał się król Francji, w końcu machnął lekceważąco ręką. – Nie pamiętam. Nikt nie umie tego wymówić, dla wygody już od wczesnego dzieciństwa nazywamy ją Zet. Tylko jej matka, nieboszczka, umiała wymówić to dziwaczne imię, szkoda, że tak wcześnie zmarła. Ale opowiem ci tę historię jutro podczas balu. Gdzie Jaromir? Czy nie zje z nami? - Właśnie, Louis, siadajmy do stołu – zdołał wtrącić władca. – Ilzuniu, bądź łaskawa pomóc mi usiąść obok mego gościa. Podwieczorek składał się z maślanych bułeczek, rozmaitych ciast i ciastek, owoców oraz lodów w kilku smakach. Początkowo posiłek przebiegał w ciszy, lecz już wkrótce pan Havieux znów zaczął mówić. - Ile dobroci! Lody są wyborne! A ciasta – palce lizać! Nie masz przypadkiem wina owocowego? My Francuzi do wszystkich posiłków pijemy wino, dlatego nie mamy sercowych problemów, dosłownie i w przenośni – zaśmiał się charakterystycznym śmiechem, przypominającym nieco rżenie konia. – Tobie również przydałaby się kropelka, siedzisz taki ponury nad tą herbatą, nic nie jesz, nic nie mówisz... zupełnie jakbyś miał jutro umrzeć. Władca wzdrygnął się i mocniej zacisnął palce na uszku ozdobnej filiżanki. - Powiedziałem coś złego? Już wiem, żałujesz mi wina, szelmo jeden. Odbiję to sobie jutro – żartował król Francji, pakując sobie do ust dwa ciasteczka na raz. – Córki moje, nie objadajcie się tak bezwstydnie! Zdradź mi przynajmniej, drogi szwagrze, co ofiarujesz jutro swemu jedynakowi. No, mów, przecież mu nie powtórzę... - Koronę i berło królewskie – odpowiedział gospodarz głucho. Louis Havieux umilkł na moment zaskoczony, a potem roześmiał się na całe gardło. Jego koński śmiech, przerywany potokiem głupich i nieprzemyślanych słów rozbrzmiewał w całym zamku aż do wieczora, przez całą zaś noc – w głowie nieszczęsnego króla Dionizego.
Bal
Zbliżał się wielki wieczór. Stary gmach zamku (i nowe mury zasklepiające miejsce gdzie kiedyś zaczynał się korytarzyk do przybudówki) milczał, wszystkie jego korytarze ziały pustką. Był to jednak pozorny spokój, albowiem w każdej komnacie królewskiej siedziby panował gwar rozmów, śmiechu i przygotowań do uroczystości. Goście robili wykwintne toalety, ćwiczyli przed lustrami dystyngowane miny i ukłony, ewentualnie kroki taneczne; służba w pocie czoła rychtowała salę balową i dokonywała kulinarnych cudów w kuchni. Atmosferę podniecenia i gorączkowego oczekiwania wyczuwali wszyscy, ale aura unosząca się w królewskim zamku była czymś głębszym, bardziej złożonym, nie dla każdego dostępnym. Gdyby ktoś przestał na chwilę myśleć o balu, nakręcać własną ekscytację i próbował wsłuchać się w kamienne ściany, odczułby tajemniczy, prawie nieuchwytny fluid, jakby zapowiedź niezwykłych wydarzeń. Coś szczególnego wisiało w powietrzu już od dnia narodzin królewicza, jednak dopiero osiemnaście lat później dało o sobie znać nielicznym, którzy tłumaczyli to sobie ogólnym podnieceniem wywołanym perspektywą balu. Nikt nie przypuszczał, że wieczorem będą się ważyć losy całego kraju, a także szczęście kilku młodych osób i starego króla. Osiemnaste urodziny Jaromira Bożydara były ważnym wydarzeniem nie tylko dla dworu i całego królestwa, również dla możnych zza granicy. Dzisiejszy jubilat miał zostać kiedyś królem, warto było zatem już dziś pokazać się następcy tronu z jak najlepszej strony, wkupić się w jego łaski. Paczki przychodziły z całego królestwa, goście zaproszeni na bal również nie zapomnieli o pięknych podarkach dla królewicza. Zalegały one całą salę konferencyjną, były także w stajni (powszechnie znano zamiłowanie młodzieńca do konnej jazdy i polowania). Wszystkie prezenty próżno czekały zainteresowania adresata, podobnie jak zniecierpliwieni z lekka goście. Król również w napięciu wyczekiwał pojawienia się syna i stale pytał o niego służbę. Do balu pozostała już tylko godzina, a królewicz nadal się nie pojawił. Dionizy zastanawiał się, co powie gościom, jeśli jubilat w ogóle nie przyjdzie na swój bal. Gryzł wąsy i co chwilę wzdychał. Nawet Ilzy przy nim nie było, bo razem z mężem kończyła przygotowania do wyjazdu. Tego ranka pożegnał się z nią serdecznie, wiedząc doskonale, że na balu nie będzie mógł tego zrobić. Tulił ją długo do siebie i pocieszał, tłumaczył, że wyjazd jest potrzebny dla ich wspólnego dobra, że sobie sam poradzi, że wszystko się ułoży, że spotkają się jeszcze na lepszym świecie. Ilza nic nie odpowiadała, płakała tylko, a on głaskał ją po głowie, pełen wewnętrznej boleści. „Ta boleść nie opuści mnie do śmierci - myślał król. – Ona jedna przy mnie zostanie. Oby tylko nie doprowadziła mnie wcześniej do szaleństwa”
Po ostatecznym przygotowaniu powozu do trudów podróży, Duszyccy rozstali się. - To widzimy się w tym miejscu o północy – powiedział Dominik z uśmiechem. – Już nie mogę się doczekać. Wreszcie będziemy mogli w spokoju cieszyć się naszym szczęściem, bez konieczności ciągłego ukrywania się przed światem. Żona spojrzała na niego z wyrzutem. - Przepraszam, zapomniałem, co nasz wyjazd oznacza dla ciebie. Nie martw się, nie zostawimy Jego Wysokości bez opieki. Jutro poproszę kuzynkę, aby zajęła się nim. Albo wiesz, w tej chwili do niej pójdę. Żebyś była spokojniejsza. Nie płacz, kochanie, proszę. Tutaj nawet nie mogę cię przytulić, bo mógłby nas ktoś zobaczyć. - Idź już – poprosiła. – Chciałabym, aby twoja kuzynka jeszcze dzisiaj zamieszkała z ojcem. - Już pędzę – Dominik rozejrzał się, szybko pocałował policzek żony i pospieszył w stronę miasta. Ilza była już w połowie dziedzińca, gdy usłyszała za sobą tętent końskich kopyt. Po chwili wrony koń zastąpił jej drogę. - Witaj, Ilzo – rzekł jeździec, którym był nie kto inny jak jubilat. - Witam Jaśnie Królewicza. Przepraszam, spieszę się – powiedziała, starając się wyminąć przeszkodę. - Nie tak prędko. Chciałbym z tobą pomówić. Pozwól ze mną, muszę odstawić rumaka do stajni – rzekł, a potem zaśmiał się nieprzyjemnie. – Czytam w twoich oczach. Gdybym chciał to zrobić, zrobiłbym to tutaj, na środku dziedzińca. Byłby to miły prezent urodzinowy. A może dałabyś mi chociaż buziaka z własnej, nieprzymuszonej woli? - Przepraszam, ale nie. - Odważne z ciebie stworzenie. Nieczęsto ktoś mi odmawia – zeskoczył z konia i spojrzał na Ilzę z osobliwym rodzajem podziwu. – Niestety nie mam teraz czasu, aby forsować twój sprzeciw. Wkrótce bal, a ja muszę błyszczeć i jaśnieć jak wschodząca gwiazda na atramentowym firmamencie. Czyż nie jestem poetą? – zaśmiał się szyderczo i pociągnął konia za uzdę, drugą ręką nakazał dziewczynie iść za sobą. W stajni było ciepło i przytulnie, pachniało świeżym sianem i zadbanymi końmi. - Gdzie się wszyscy rozpierzchli? – zastanowił się na głos Jaromir. – Do czego to doszło: sam sobie muszę być stajennym! Widzę, że goście już przybyli, boks mojego Szatana zajęty. -Tutaj jest wolne miejsce – zauważyła Ilza, wskazując ręką kąt stajni. - Mój koń nie będzie stał w kącie. Odwiąż tamtego siwka i przywiąż tu, żeby mój ulubieniec zajął należne mu miejsce. Po tej zamianie, królewicz z zadowoleniem otrzepał ręce i zapytał: - Mam nadzieję, że wszystko już gotowe do przyjęcia? -Tak, już dawno. Wszyscy o Jaśnie Pana pytają, król się denerwuje. - Wyobrażam sobie. Możesz go uspokoić, że pojawię się na balu i będzie dumny z mojego nienagannego zachowania. Ilza odwróciła się, aby wyjść, ale chwycił ją za ramię. - Chyba jednak wezmę sobie malutki prezencik – uśmiechnął się lubieżnie. Objął talię dziewczyny i gwałtownie przycisnął usta do jej warg. Przez kilka sekund czuła na twarzy jego gorący oddech, a potem nagle ją puścił. – Po balu liczę na większe zaangażowanie z twojej strony. Nie odpowiedziała, tylko w popłochu wybiegła ze stajni. Pragnęła gorąco, żeby już była północ, marzyła, aby znaleźć się obok Dominika w powozie, podążającym w bezpieczne miejsce, gdzie Jaromir nigdy ich nie odnajdzie.
Królewicz głaskał chwilę czarny, lśniący pysk swojego ulubieńca, czekając aż Ilza dotrze do komnaty ojca. Uznawszy, że minęło wystarczająco dużo czasu, wyszedł ze stajni i udał się do zamku. Przemierzał spiesznie opustoszałe korytarze, a odgłos jego kroków odbijał się od kamiennych ścian, jakby szepcząc imię młodzieńca. „Jeszcze dzisiaj zostanę królem – myślał – Zamek już o tym wie, dlatego pozdrawia mnie z respektem. Już niedługo cały świat padnie przede mną na kolana.” Wkrótce znalazł się w swojej komnacie. Wezwał łaziebnego
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…