BARDZIEJ NIŻ BRACIA
Trzej przyjaciele, najwięksi zawadiacy w okolicy, przysięgają sobie, że będą szanować się i wspierać bardziej niż bracia. Pewnego dnia między nimi staje kobieta.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
BARDZIEJ NIŻ BRACIA
Na Agnieszkę Holmes zawrócili uwagę praktycznie równocześnie, podczas hucznego balu u hrabiny Natalii Ormensk. Dziewczyna miała zaledwie siedemnaście lat i przyjechała karetą ze swoim kuzynem. Szczupła, ciemnowłosa, była śliczna jak z obrazka. Długie, kręcone włosy spadały jej na ramiona gęstymi kaskadami, a sarnie, błyszczące oczy z nieskrywaną ciekawością lustrowały wszystkich gości. Ubrana w wiśniową suknię z gorsetem, który podkreślał jej jędrne, niewielkie piersi, wyglądała wprost olśniewająco. Nie było mężczyzny w sali balowej, który nie zwróciłby uwagi na uroczą dziewczynę. Gdy rozpoczęły się tańce, obaj ruszyli w stronę Agnieszki. Szybszy i bardziej zwinny Marek wyprzedził Roberta o krok i pierwszy stanął przed panną, prosząc ją do tańca. Jego przyjaciel musiał obejść się smakiem i klnąc cicho pod nosem wrócił do stolika, nie mając ochoty na zabawę z inną kobietą. Z trudem ukrywając złość, obserwował wirujące w tańcu pary, wypatrując w tłumie Agnieszki i Marka. Do północy Robert przez większość czasu siedział w milczeniu, popijając wino, aż w końcu nie żegnając się z nikim wyszedł z sali i wrócił do swojej posiadłości. Już dawno nie spotkał dziewczyny, która tak by mu się spodobała od pierwszego wejrzenia, a tym czasem najlepszy przyjaciel sprzątnął mu ją sprzed nosa. Z pewnością nie mógł zaliczyć tej zabawy do udanych i żałował, że w ogóle przyjechał do hrabiny Ormensk. Marek miał dokładnie przeciwne zdanie o balu. Bawił się wprost znakomicie. Szybko nawiązał kontakt z Agnieszką i zabawiał ją rozmową zarówno w tańcu, jak i przy stoliku dziewczyny, do którego nie omieszkał się przysiąść. Dziewczyna perlistym śmiechem kwitowała jego zabawne anegdotki i wpatrywała się w oczy młodzieńca w taki sposób, iż był niemal pewien, że ciemnowłosa dziewczyna zakochała się w nim. Znał się na kobietach jak mało kto i potrafił poznać, jeśli któreś z nich zaczynało na nim zależeć. Po balu odwiózł Agnieszkę swoją karetą i umówił się z panienką na popołudniowy spacer po parku. Od tego czasu zaczęli regularnie się spotykać i z powodu randek z panną Holmes Marek zaczął nawet zaniedbywać swoich przyjaciół, Roberta i Mariusza, co przedtem mu się nie zdarzało. Był do tego stopnia zauroczony nową znajomą, iż spędzał z nią większość dni i wszystkie noce. Robert wiedział o tym, gdyż Marek zawsze lubił chwalić się miłosnymi podbojami i opowiadać wszystko ze szczegółami. Robert słuchał tego z bólem serca, ale nie komentował i nawet nie próbował rywalizować z przyjacielem o względy Agnieszki, gdyż byli związani niepisaną umową o przyjaźni. Umową, którą zakładała, iż będą się szanować i wspierać zawsze i wszędzie, nawet bardziej niż bracia.
*****
Byli praktycznie nierozłączni. Każdą wolną chwilę spędzali razem na hulankach, polowaniach, awanturach, pojedynkach, balach i wyścigach. Mówiono na nich „Trójka ze Strongford”. Absolutnie lojalni wobec siebie, gotowi byli stanąć murem za przyjacielem w każdej sytuacji. Marek Kongerd był z nich najmłodszy i najprzystojniejszy. Średniego wzrostu, krótkowłosy, szczupły, muskularny, zawsze bardzo podobał się przedstawicielkom płci pięknej, co skwapliwie wykorzystywał, czym zasłużył sobie na opinię niepoprawnego kobieciarza. Trzydziestoletni Robert Norman był o dwa lata starszy od swojego przyjaciela, trochę wyższy i dużo masywniejszy. Słynął z olbrzymiej siły i poczucia humoru, ale z powodu dwóch szpecących jego twarz blizn nie miał dużego powodzenia u kobiet. Mariusz Manger miał trzydzieści dwa lata, monotonny sposób mówienia i słabość do alkoholu. Dość mocno zbudowany, zapalczywy, świetnie władający szpadą i pistoletem, często wdawał się w awantury, więc miał duże doświadczenie w pojedynkach. Ich posiadłości znajdowały się w obrębie hrabstwa Strongford. Graniczyły ze sobą, więc rodziny trójki przyjaciół znały się bardzo dobrze. Połączone wspólnymi interesami, odwiedzały się regularnie, a Mariusz, Robert i Marek już od wczesnego dzieciństwa zapałali do siebie sympatią. Gdy osiągnęli wiek męski, stali się dziedzicami majątków ziemskich i największymi hulakami i lekkoduchami w całym hrabstwie. Ich przyjaźń scementowały trzy lata wojny, podczas której służyli w jednym szwadronie kawalerii, dochodząc do stopni oficerskich i przy wzajemnej pomocy nieraz cudem unikając śmierci. Żaden z nich nie myślał jeszcze o tym, bo związać się z kimś na stałe, chociaż zawsze uwielbiali towarzystwo kobiet, zwłaszcza młodych, zabójczo pięknych i nie do końca cnotliwych.
*****
Letni, upalny dzień, kiedy przysięgli sobie wieczną przyjaźń, której nikt i nic nie będzie w stanie rozerwać, rozpoczął się od pojedynku. Wyzywającym jak zwykle był Mariusz Manger, a podejmującym rękawice pochodzący ze starej, arystokratycznej rodziny James Douglas. Powód pojedynku był zgoła prozaiczny. Podczas rautu u lorda Hagenbor podpity Mariusz przypadkowy trącił sir Jamesa w ramię, wylewając mu poncz ze szklanki. Zdenerwowany Douglas bez zastanowienia nazwał Mangera pijacką, zaplutą mordą, a ten natychmiast zażądał satysfakcji. Wraz z sekundantami spotkali się o świcie w ruinach zamku Genberg, wybudowanego przed wiekami na wzgórzu wśród lasów. Mgła powoli unosiła się nad ziemią porośniętą gęstą trawą, gdy dwaj mężczyźni ze szpadami pojedynkowymi w dłoniach stanęli naprzeciw siebie. Z wyciągniętą do przodu i uniesioną na wysokość brody bronią zastygli w oczekiwaniu. Ptaki śpiewały w najlepsze nie wiedząc, że za chwilę będą świadkami dramatu. Ruszyli na sygnał. James Douglas zaatakował z dziką furią. Mariusz bronił się spokojnymi, wystudiowanymi ruchami. Powoli cofał się ufny, iż rozwścieczony przeciwnik nie zdoła przebić się przez jego zasłony. Od czasu do czasu Mariusz kręcił efektowne młyńce, co na chwilę dezorientowało przeciwnika. Gdy sir James zepchnął Mangera zaledwie dwa kroki od rosłego buku Mariusz pomyślał, iż najwyższy czas na zmianę taktyki. Po raz pierwszy w tej walce zrobił błyskawiczny wypad. Zaatakował sztychem i końcem szpady rozorał dłoń przeciwnika. Douglas krzyknął z bólu i wściekłości. Zaślepiony nienawiścią wziął zamach, by z całej siły ciąć Mariusza, który stał z opuszczoną bronią. To był podstęp. James był odsłonięty jedynie przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Manger był szybki. Diabelnie szybki. Jego szpada wbiła się w samo serce Douglasa, wchodząc głęboko. Ptaki umilkły jak nożem uciął. Sir James padł śmiertelnie ranny na trawę, brukując ją szkarłatną cieczą. Próbował jeszcze coś powiedzieć, ale usta zamarły mu w makabrycznym grymasie. Mariusz stał nieruchomo ze szpadą wyciągniętą w kierunku przeciwnika. Potem opuścił ją, włożył do skórzanej pochwy i przeżegnał się. Wsiadł na konia i skinął w kierunku przyjaciół. Mariusz, Marek i Robert odjechali w milczeniu, zostawiając sekundantów i braci Douglasów nad trupem Jamesa, żegnających ich złymi, nienawistnymi spojrzeniami. Mariusz ruchem głowy pokazał przyjaciołom, by skręcili w stronę jego posiadłości. Miał zwyczaj, by po każdym pojedynku upijać się niemal do nieprzytomności, a lubił wówczas mieć towarzystwo. Wychodził z założenia, że skoro znów uciekł grabarzowi spod łopaty, grzechem byłoby tego nie uczcić. Rozsiedli się więc na kamieniach wśród olbrzymich drzew otaczających polanę ukrytą w ogrodzie angielskim, przylegającym do pałacyku Mangera. Raczyli się winem, a sługa regularnie uzupełniał zapasy trunków, pieczywa i mięsa. Przyjaciele wspominali swoje burzliwe przygody, sukcesy i porażki, miłości i rozstania. Nie raz i nie dwa cudem uszli śmierci. Bywało, iż jeden za drugiego nadstawiał karku, ratując mu życie i wyciągając z pozornie beznadziejnej opresji. Im więcej pili alkoholu, tym stawali się wylewniejsi i tym dobitniej obiecywali sobie dozgonną przyjaźń. - Pamiętasz, jak wyciągnąłeś mnie z wody przy przeprawie przez Tamizę? – Robert zwrócił się do Mariusza. - Koń mnie przygniótł i gdyby nie ty, niechybnie bym się utopił! - A jak przyszliście mi z odsieczą wtedy pod Berhill? - powiedział Mariusz. - Już myślałem, że rozniosą nas na strzępy, gdy zaatakowaliście ich od tyłu. - A bitwa pod Worwick? - wtrącił Marek. - Musiałem złamać rozkaz, żeby uratować wam tyłki, bo pułkownik Longben kazał mi z atakiem czekać do świtu w obozie. Do dziś nie mogę uwierzyć, że uniknąłem wtedy sądu wojennego - I dzięki ci za to, przyjacielu – Robert przepił do niego kielichem po brzegi wypełnionym czerwonym winem. Zapadł już zmrok, kiedy Mariusz polecił sługom rozpalić wielkie ognisko. Gdy zapłonął ogień, a przyjaciele zostali sami, gospodarz wstał i trzymając w dłoni duży kielich wina powiedział uroczystym tonem: - Myślę, że to jest dobry moment, aby przypieczętować naszą przyjaźń. Kiedyś byli trzej muszkieterowie, a teraz jesteśmy my – „Trójka ze Strongford”! Proponuję braterstwo krwi! - Zgadzam się! – odpowiedział Robert i podniósł się z kamienia. - Ja również! – Marek stanął obok przyjaciół. - Dobrze. W taki razie zróbcie to samo co ja. Mariusz wyjął nóż i wykonał nim na dłoni dwa długie na kilka cali, głębokie nacięcia, krzyżujące się pod kątem prostym. Robert i Marek bez wahania poszli w jego ślady. Wtedy Mariusz podniósł nad głowę mocno krwawiącą rękę i powiedział: - Mówcie za mną! Przysięgamy sobie dozgonną przyjaźń i to, że zawsze i wszędzie będziemy się szanować i wspierać, bardziej niż ojciec i syn, bardziej niż mąż i żona, bardziej niż bracia! Nigdy nie będziemy działać przeciw sobie i nigdy nie wejdziemy sobie w paradę, a w razie potrzeby zrobimy wszystko, by sobie wzajemnie pomóc, nawet z narażeniem życia. Kobieta przyjaciela jest święta i żaden z nas nawet nie będzie próbował jej odbić przyjacielowi. „Trójka ze Strongford” zawsze będzie trzymać się razem i nikt i nic nie rozerwie naszej przyjaźni. Tak nam dopomóż Bóg! Przyjaciele powtarzali za Mangerem słowa przysięgi z uniesionymi, krwawiącymi dłońmi. Potem wymienili długie, mocne uściski dłoni, tak długo przytrzymując swoje prawice, aż krew wymieszała się ze sobą i każdy z nich oprócz swojej miał na dłoni również krew przyjaciół. Rozstali się dopiero o świcie w głębokim przekonaniu, iż dotrzymają słów przysięgi.
*****
Bal u lorda Ferdon w założeniu miał być jeszcze większy i wystawniejszy od tego, który kilka miesięcy przedtem wyprawiła hrabina Ormens. I taki właśnie był. Zaproszono ponad sto szlachetnie urodzonych dam i gentelmenów, przebogato zastawione stoły wprost uginały się się mnogości wybornego jadła i szlachetnych trunków, a znakomita orkiestra przygrywała do tańca aż do porannego brzasku. Marek wszedł na sale pod rękę z panną Agnieszką Holmes. Dumny jak paw, uśmiechał się od ucha do ucha, zadowolony z wrażenia, jakie zrobiła jego prześliczna towarzyszka. Damy przyglądały się jej z ledwo skrywaną zawiścią, a panowie z trudem ukrywali pożądanie i zachwyt nad jej młodziutką, dopiero rozkwitającą kobiecością. Mariusz, który niedawno przeżył zawód miłosny, chwilowo od kobiet wolał alkohol, więc nie wylewał za kołnierz i tańczył sporadycznie, za to Robert wprost nie mógł oderwać oczu od ciemnowłosej piękności. Jak zwykle w jej obecności serce zaczęło mu mocno bić, a myśli obsesyjnie krążyć wokół dziewczyny. Skrycie podkochiwał się w pannie Holmes, ale za żadne skarby nie przyznałby się do tego, zwłaszcza przed Markiem. Jednak przy pierwszej okazji nie omieszkał poprosić Kongerda o pozwolenie na taniec z jego kobietą. - Oczywiście, przyjacielu, że nie mam nic przeciwko temu, żebyś zatańczył z moją Agnieszką – odpowiedział z uśmiechem Marek. - Baw się dobrze i nie deptaj po palach – zaśmiał się wesoło. Słysząc to Robert porwał dziewczynę do tańca. Wirując z nią w walcu, bezwiednie spoglądał panience w oczy, ciesząc się jej bliskością. Agnieszka nie spuściła wzroku i świadoma wrażenia, jakie robiła na mężczyznach, pierwsza rozpoczęła rozmowę: - Bacznie mnie obserwujesz, Robercie. Czyżbym ci się podobała? - Skłamałbym, gdybym zaprzeczył. - Ale wiesz przecież o tym, że jestem teraz z Markiem? - Oczywiście! I boleję nad tym – odparł szczerze Robert. - Dlaczego? - spytała robiąc duże oczy i minę niewiniątka. - Bo w takim układzie nawet nie będę próbował cię zdobyć. Kobieta przyjaciela jest święta. - Rozumiem... Chwilę tańczyli bez słowa, aż panna Holmes odezwała się cicho, uwodzicielsko trzepocząc rzęsami. - Podobasz mi się, Robercie. Jesteś taki silny i męski. Słyszałam, że w naszym hrabstwie nie ma mocniejszego od ciebie. - Możliwe, chociaż pewności nie mam. Za to wiem na pewno, że piękniejszej kobiety od ciebie nie znajdzie się ani w tym hrabstwie, ani nawet w całej Anglii. - Och, nie przesadzajmy – spuściła wzrok, zadowolona z komplementu. Gdy orkiestra zrobiła przerwę, wrócili do stolika, a kiedy muzyka znów rozbrzmiała, tym razem Mariusz poprosił Agnieszkę do tańca, chwilowo przenosząc przyjemność zabawy z dziewczyną ponad mocne trunki. - Urocza jest ta moja kocica, nieprawdaż? - odezwał się Marek. - Prawdaż – odpowiedział Robert. - Jesteś prawdziwym szczęściarzem. - Tylko jest jeden szkopuł... - Mianowicie jaki? - Po prostu jej nie kocham. Jest śliczna, zabawna, świetna w łóżku, ale po prostu jej nie kocham. Lubię Agnieszkę, ale nic więcej. To chyba nie jest kobieta, z którą chciałbym spędzić resztę życia. Powiem ci coś nawet w tajemnicy. Tylko ani pary z ust! - Mów! Przecież wiesz, że możesz mi zaufać – ponaglił go Robert. - Mam na oku pewną miłą, apetyczną blondyneczkę! Jest ładna i choć może nie dorównuje urodą pannie Holmes, ale gdy patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczętami, czuję, jak przechodzą mnie ciarki. Mówię ci, bracie, ogień! Muszę ją mieć! - To znaczy, że chcesz się rozstać z Agnieszką? - Tego nie powiedziałem! Dlaczego nie mógłbym mieć dwóch sikorek naraz? Już ja zadbam o to, by nie dowiedziały sie o sobie! Przecież wiesz, że z jednej dziury to żaden kot nie wyżyje – Marek zaśmiał się z własnego dowcipu.
*****
Kilka dni później Robert zjawił się w dworku Marka, korzystając z zaproszenia, jakie otrzymał od panny Agnieszki podczas tańca. Dziewczyna obiecała, że pożyczy mu książkę przywiezioną z podróży do Paryża. Był to prawdziwy biały kruk, rarytas wśród powieści awanturniczych - „Gorzki smak zwycięstwa” Aleksandra Delzaka. Norman zjawił sie we wczesnych godzinach popołudniowych, ciesząc się z perspektywy zobaczenia Agnieszki i rozmowy z Markiem. Jednak przyjaciela nie było w domu, a od służby dowiedział się, że poprzedniego dnia pan wyjechał w interesach do Londynu. Agnieszka przyjęła go w swoim saloniku. Ubrana w mocno wydekoltowaną sukienkę jak zwykle zrobiła na Robercie piorunujące wrażenie, z czego najwyraźniej była bardzo zadowolona. Mężczyzna usiadł na sofie, a dziewczyna podeszła do małej biblioteczki i wyszukała w niej pięknie oprawioną w czerwoną skórę książkę Delzaka. W tym czasie służąca przyniosła herbatę i ciasteczka i dyskretne wycofała się, zamykając za sobą drzwi. Panna Holmes położyła powieść na stoliku i ku zdziwieniu Roberta usiadła koło niego na sofie, pochylając się w stronę męzczyzny. Słodko pachniała lawendą i maciejką. Uśmiechnęła się do Normana, a w jej oczach zagrały wesołe, kuszące ogniki. Sącząc herbatę z porcelanowych filiżanek zaczęli dyskutować o literaturze francuskiej i angielskiej, a Robert utwierdził się w przekonaniu, że Agnieszka jest inteligentną i zabawną rozmówczynią. Co jakiś czas dziewczyna zmieniała pozycję, jakby bezwiednie przesuwając się coraz bliżej Roberta, aż w pewnym momencie pochłonięty rozmową i zauroczony Agnieszką mężczyzna zauważył, iż niemal dotykają się nogami. Wtedy czarnowłosa gospodyni miękkim ruchem położyła szczupłą dłoń na jego udzie i stłumionym głosem powiedziała: - Dajmy już spokój Szekspirowi i Balzakowi. Porozmawiajmy lepiej o tobie. Dlaczego nie masz kobiety? Taki cudowny mężczyzna jak ty bez problemu mógłby mieć każdą. - Chyba żartujesz? Widziałem siebie w lustrze i myślę, że nie jestem zbyt przystojny - pokazał palcem na szramę na policzku. - Blizny tylko dodają mężczyźnie uroku i tajemniczości. W dodatku jesteś świetnie zbudowany, bardzo miły i zabawny. - Naprawdę podobają ci się moje blizny? - zdziwił się Robert. - Tak. Więc dlaczego jesteś sam? „Bo tylko ty mi się podobasz, a należysz do mojego przyjaciela” - pomyślał Robert, jednak nie ośmielił się tego powiedzieć. - Może jeszcze nie znalazłem tej jedynej? - wymyślił na poczekaniu odpowiedź. - Czyżby? - Agnieszka położyła mu rękę na ramieniu i uwodzicielsko spojrzała w oczy. - Na balu twierdziłeś, że ci się podobam... - mówiąc to pochyliła się tak mocno w kierunku Roberta, że mógł zajrzeć dziewczynie za dekolt. - Bo to prawda, ale Marek jest moim... - Nie mówmy o Marku! - przerwała mu gwałtownie. - Jego tutaj nie ma! Zresztą nie wiem, czy nadal chcę z nim być. On mnie nie kocha. Nie patrzy na mnie tak jak ty. Wiem, że zrobiłbyś dla mnie wszystko! Nagle objęła go mocno za szyję i namiętnie pocałowała go w usta. Robert odsunął ją delikatnie., ale stanowczo. - Proszę cię, przestań! - powiedział zdenerwowany. - Marek to mój najlepszy przyjaciel!. Przysięgliśmy sobie, że nigdy nawet nie będziemy próbowali odbić przyjacielowi kobiety! - Tak, słyszałam o tej waszej przysiędze i nacięciach na dłoni! - krzyknęła Agnieszka - Jesteśmy dorośli i nie możemy się przejmować takimi może i romantycznymi, ale niepoważnymi rzeczami. Myślisz, że Marek miałby skrupuły w takiej sytuacji? - Oczywiście, że tak. - A ja jestem pewna, że nie! Dziewczyna poderwała się z sofy i zręcznym ruchem rozpięła zamek na plecach. Jedwabna suknia miękko zsunęła się w dół po jej ciele. Agnieszka stała przed mężczyzną zupełnie naga, uśmiechając się łobuzersko i przyjmując wyzywającą pozę. Jej śnieżnobiała, gładka skóra, sterczące piersi i lekko rozchylona kobiecość sprawiły, iż Robert poczuł olbrzymie podniecenie. Dziewczyna przyciągnęła jego głowę do biustu i szepnęła: - Wiem, że mnie pragniesz! Nie odmówisz mi, chcesz tego równie mocno jak ja... - Nie, nie mogę! - mężczyzna lekko odepchnął Agnieszkę od siebie. - Przecież widzę, co się z tobą dzieje! – nie zrażona chwyciła go za powiększoną do granic możliwości męskość, która niemal rozrywała obcisłe spodnie. - Zrób to, co każdy mężczyzna z ochotą uczyniłby na twoim miejscu! Weź mnie tu i teraz! Natychmiast! Dziewczyna wpiła się w jego usta, nadal trzymając męskość Roberta. - Przestań! Natychmiast! - Norman chwycił Agnieszkę za ręce, wstał i zdenerwowany popchnął na ścianę. - Powiedziałem, że nie mogę tego zrobić! - Dlaczego?! - wzgardzona kobieta spojrzała na niego z nienawiścią mogącą zabić na odległość. - Bo przyjaźń jest dla mnie ważniejsza od pożądania! Żegnam panią! Robert chwycił za klamkę, a wtedy usłyszał obelgę: - Impotent! Cholerny, żałosny impotent! - Nie! Złożyłem przysięgę! A ja po prostu nie rzucam słów na wiatr! - wzburzony zatrzymał się w półkroku i odwrócił, by spojrzeć na dziewczynę. - Żal mi ciebie! Nigdy nie będziesz miał kobiety! A teraz zejdź mi z oczu! Pożałujesz tego, co mi zrobiłeś! Mężczyzna trzasnął drzwiami, wypadł na dwór i wskoczył na konia. Odjechał zmuszając konia do cwału i nie oglądając się za siebie. Dziewczyna obserwowała go przez okno, przeklinając w głos i poprzysięgając zemstę.
*****
Od tego dnia Agnieszka i Robert na wszelkie możliwe sposoby unikali swojego towarzystwa. Gdy już byli zmuszeni przebywać razem, nie odzywali się do siebie ani słowem. Marek nie zwrócił na to uwagi, za to Mariusz zaczął coś podejrzewać, bo kiedyś spytał Roberta na osobności: - Co ty jej zrobiłeś? Zła jest na ciebie jak osa! - Nic. Zupełnie nic. - Mnie nie oszukasz. Znam się na ludziach. Dziewczyna zachowuje się tak, jakbyś śmiertelnie ją obraził. Wiesz, że potrafię dochować tajemnicy. Jeśli będziesz chciał kiedyś o tym porozmawiać, jestem do dyspozycji. - Dzięki, przyjacielu. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Kilka tygodni później Robert dowiedział się od Mariusza, że Marek znalazł sobie nową miłość i znudzony Agnieszką rzucił ją jak niepotrzebną już zabawkę, każąc jej się wynosić i dając kilka godzin na zabranie swoich rzeczy. - Tak, przyjacielu – powiedział Mariusz, gdy siedzieli w jego salonie przy butelce czerwonego wina z Bordeaux. - Złamał dziewczynie serce i wcale się tym nie przejął. Już taki jest nasz Mareczek. - A ona jak to przeżyła? - Kiepsko. Po prostu fatalnie. Probowała się otruć, ale na szczęście przesadziła z dawką i wszystko zwróciła. Potem wsiadła na statek i popłynęła do Hiszpanii. Pewnie więcej już nie ujrzymy tej ślicznotki o ciele greckiej nimfy. - Żal mi jej - cicho powiedział Robert, wbijając wzrok w stół. - Tylko żal? Myślisz, że nie wiem, co do niej czułeś? Znam cię jak własną kieszeń, widziałem jak na nią patrzyłeś! - Więc co do niej czułem? - Kochałeś tę małą na zabój! I nawet nie próbuj zaprzeczać. Lepiej opowiedz mi, co zaszło między wami, że w twoim towarzystwie Agnieszka robiła miny, jakby napiła się octu. Dobierałeś się do niej i dostałeś po łapach? - Wprost przeciwnie – Robert opowiedział Mariuszowi całe zajście z panną Holmes w dworku Marka - Dobrze zrobiłeś – Mariusz skomentował zachowanie Roberta.- Żadna kobieta, nawet tak ładna jak Agnieszka, nie może zniszczyć naszej przyjaźni. Kobiety przychodzą i odchodzą, a przyjaciele pozostają. Zresztą powiem ci, że panna Holmes nie była ciebie warta. - O czym ty mówisz? - Agnieszka jest wprawdzie śliczna i powabna, ale prawdziwa z niej żmija. Dowiedziałem się od Marka, że już w czasie balu u lorda Ferdona zarzuciła mu niewierność. Wynajęła kogoś, by śledził Marka i ponoć miała dowody, iż spędzał czas z inną piękną damą, bynajmniej nie na konwersacji. Podejrzewam, że chciała cię uwieść i zaciągnąć do łóżka, by zemścić się na wiarołomnym Marku. Jestem z ciebie dumny, przyjacielu, że pozostałeś niezłomny. Mogę się tylko domyślać, ile cię to kosztowało. Wyobrażasz sobie, co czułby Marek, gdyby dowiedział się, że Agnieszka zdradziła go właśnie z tobą? Nigdty by ci tego nie wybaczył. - Wiem, to zniszczyłoby naszą przyjaźń raz na zawsze. - Nie przejmuj się zakłamaną panną Holmes. Po prostu zapomnij o niej. Jestem pewien, że prędzej czy później znajdziesz wspaniałą kobietę, z którą będziesz szczęśliwy. - Oby, przyjacielu. Oby!
*****
Trzej przyjaciele ze Strongford umówili się na wspólny wyjazd do Londynu, by odwiedzić starych znajomych i dowiedzieć się z pierwszej ręki, co słychać w świecie polityki. Słyszeli niepokojące wieści o ponoć nieuchronnie zbliżającej się wojnie, a gdyby plotki się potwierdziły, musieli zadbać o swoje interesy, nim rozszaleje się wojenna zawierucha. Planowali wrócić jak najszybciej, więc zrezygnowali z podróżowania karetą i postanowili wyruszyć konno skoro świt z dworku Mariusza Mangera. Służbie kazali zostać w domu, ufni w swoje siły i reputacje mężczyzn, z którymi nie warto szukać zwady. Robert przykłusował na swym karym ogierze pół godziny przed czasem, ale Marek spóźniał się. Zniecierpliwieni czekaniem postanowili pojechać po niego, podejrzewając, iż najzwyczajniej w świecie zaspał. Byli już w połowie drogi, gdy z gęstwin lasu wyjechało pięciu uzbrojonych w szpady jeźdźców, otaczając ich i spoglądając złowrogo. Przyjaciele od razu poznali mężczyzn z klanu Douglasów. Ich miny zdradzały, iż spotkanie bynajmniej nie będzie miało przyjacielskiego charakteru. - W końcu się spotkaliśmy, morderco! - sir Francis krzyknął w twarz Mariuszowi. - Morderco?! To był uczciwy, honorowy pojedynek! Równie dobrze to ja mogłem zginąć! - odparł Manger. - Gdyby był uczciwy, mój brat nie leżałby teraz w grobie! Był niezrównanym fechmistrzem. Specjalnie ustawiłeś się tak, by słońce świeciło mu w oczy i tylko dlatego przegrał! - Gadasz brednie! - Wyplujesz te słowa, nim cię zabiję! Przekonacie się, jak biją Douglasowie! - Czy tak postępuje szlachcic z zasłużonej dla kraju arystokratycznej rodziny? - Mariusz był spokojny i powoli cedził słowa. - Gdy rozejdzie się wieść, że mściliście się za śmierć w pojedynku jak ludzie bez honoru, sami skażecie się na infamie! - Nie rozejdzie się, bo nikt nie znajdzie waszych trupów – zaśmiał się w głos sir Francis. - Załatwimy to po cichu, bez huku muszkietów! Brać ich! Ruszył na Mariusza z impetem, a dwaj bracia poszli w ślady Francisa. Ojciec i stryj zabitego Jamesa zaatakowali z kolei Roberta, biorąc go w dwa ognie. Przyjaciele z ledwością zdążyli wyciągnąć szpady z pochew i odeprzeć pierwszy atak. Mariusz zanurkował pod bronią Francisa, obrócił błyskawicznie swojego wierzchowca i ciął Stephena w szyję. Ranny mężczyzna spadł z konia. Jego bracia naparli na Mangera i zaatakowali równocześnie. Nie widząc innego wyjścia Mariusz zeskoczył z konia i skoczył w gęsty, młody las. Robert, ranny w bark i z trudem odbijając ataki napastników, poszedł w jego ślady. Chcąc nie chcąc Douglasowie również zeskoczyli z siodeł. Z żądzą mordu na twarzach ruszyli na dwójkę przyjaciół. Mariusz zdjął płaszcz i owinął nim sobie lewą rękę, tworząc substytut tarczy. Francis napierał na niego z prawej strony, a Wilhelm z lewej. Manger parował ich ciosy, opierając się o drzewa i broniąc się jak przed rozwścieczonymi bulterierami. Z najwyższym trudem krył się za coraz wymyślniejszymi paradami. Czuł, że siły go opuszczają z każdą chwilą, a dłoń ze szpadą poruszała się coraz wolniej. Wilhelm już dwa razy zdołał lekko ranić Mariusza w rękę. Manger wiedział, że jeśli w krótkim czasie nie zabije jednego z braci, co wyrównałoby szanse, jego los będzie przesądzony. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Wykonał fintę znaną tylko arcymistrzom szpady. Oszukany nią Francis poruszył szpadą w lewo, odsłaniając się na mgnienie oka. Broń Mariusza z szybkością błyskawicy wyskoczyła do przodu. Rozpłatała gardło Douglasa. Krew trysnęła gęstą fontanną. Manger odruchowo podniósł lewą rękę. Uratowało mu to życie, gdyż w tym momencie Wilhelm ciął go w pierś. Szpada trafiła Mariusza w lewe przedramię, przecinając płaszcz jak gazetę. Manger zrobił wypad lewą nogą w przód. Chciał dosięgnąć sztychem Wilhelma. Mężczyzna uskoczył w tył, o milimetry umykając śmierci. Nagle ktoś rzucił dużym, myśliwskim nożem. Jego czubek trafił Mariusza w czoło. Manger padł na kolana. Zanim krew zalała mu oczy ujrzał, że Stephen chwiejnie stoi, trzymając się konia. Na twarzy miał grymas tryumfu. Potem Mariusz przewrócił się na twarz i wyzionął ducha. W tym czasie Robert ostatkiem sił walczył z ojcem i stryjem braci Douglasów. Opierał się o drzewo, by zabezpieczyć sobie tyły. Poważnie ranny w udo i brzuch, czuł ciepłą krew spływającą w dół ciała. Wymachując szpadą jak oszalały czyhał na najmniejszą szansę, by trafić któregoś z napastników. W końcu otrzymał ją. Stryj podszedł zbyt blisko. Norman natychmiast to wykorzystał, mocno kopiąc go w jądra. Zwinął się w pół, jęcząc z bólu i chwilowo będąc niezdolny do walki. Wtedy Robert wyprowadził straszliwe cięcie, uprzedzając atak ojca Douglasa. Mężczyzna sparował cios, ale jego siła wytrąciła mu broń z ręki. Nim zdążył ją podnieść, pchnięcie szpady trafiło w pierś, pozbawiając życia. Robert obrócił się na pięcie. W samą porę, by zobaczyć ostrze stryja spadające na jego głowę. Broń niemal dosięgła już celu, gdy nagle Douglas padł jak rażony gromem. W jego plecach tkwiła głęboko wbita szpada. Norman poznał ją po kunsztownie zdobionej rękojeści. Należała do Marka. Wilhelm obrócił się, pamiętając, iż ma jeszcze jednego przeciwnika i chcąc pomóc w jego zabiciu. Ujrzał dwóch mężczyzn idących w jego kierunku. W ich oczach nie była ani krzty litości. Z twarzami wykrzywionymi wściekłością przeszli obok martwego Mariusza, leżącego twarzą w dół ws ogromnej kałuży krwi. Douglas wiedział, że nie ma z nimi szans w walce. Postanowił uciec. Wyskoczył z lasu i dosiadł konia. Wtedy jakaś potężna siła ściągnęła go z siodła, rzucając jak zabawką w pył drogi. Robert i Marek pozwolili mu wstać i podnieść szpadę. Wtedy Norman mocarnym uderzeniem wytrącił mu ją z dłoni. Marek wziął zamach i ciął z precyzją chirurga, rozcinając Wilhelmowi tętnicę szyjną. Gdy mężczyzna dogorywał, przyjaciele ruszyli w stronę zabójcy Mariusza. Stephen był tak osłabiony upływem krwi, że nie miał siły zrobić ani kroku. Czekał w milczeniu na nieuchronną śmierć. Przyjaciele nie dali mu żadnych szans, zadając kilka śmiertelnych pchnięć. - Dlaczego się spóźniłeś? - spytał Robert, gdy już pochowali zwłoki. - Byłem u kochanki i trochę się zasiedziałem – odpowiedział cicho Marek, spuszczając wzrok. - Gdybyś się nie spóźnił, to Mariusz by żył! - krzyknął Norman. - Ale ty nie mogłeś na czas przyjechać, bo musiałeś rano zrobić to z nią jeszcze raz! Kongerd nie odpowiedział. Przygryzł usta i wbił wzrok w ziemię.
*****
Była już późna jesień, gdy Robert wybrał się na wieczorną przejażdżkę konną. Kłusował po okolicznych polach,łąkach i lasach bez żadnego celu, od tak, dla zabicia czasu. Zapadał już zmierzch, więc postanowił wrócić do domu. Zawrócił wierzchowca i wyjechał z sosnowego lasu na dużą, zajmującą kilkanaście hektarów łąkę. Wtedy ujrzał niecodzienną scenę. Na siwym ogierze cwałowała długowłosa kobieta, a kilkanaście metrów za nią gnało trzech mężczyzn, doganiając ją i głośno pokrzykując: - Stój, głupia dziwko! I tak cię złapiemy! - Zatrzymaj się! Nie zrobimy ci krzywdy! - Pomocy! - krzyknęła kobieta na widok Roberta! - To zbójcy! Chcą mnie zabić! - Nie zabić, tylko pokochać! – zarechotał brodaty pościgowiec. Robert spiął konia ostrogami i ruszył w pogoń krzycząc: - Zostawcie ją, szubrawcy! - Odstąp, jeśli ci życie miłe! - odkrzyknął brodacz, będący najbliżej dziewczyny. Norman miał najlepszego konia, więc w szybkim tempie dogonił grupę mężczyzn. Gdy zrównał się z ostatnim z nich, chwycił zbójcę za kołnierz. Nim ten zdążył zareagować, pociągnął z całej siły i zwalił z siodła. Nie oglądając się za siebie Robert popędził dalej. Mężczyzna w futrzanej czapie odwrócił się i ciął rapierem. Norman pochylił się. Klinga przeszła mu nad głową. Wyprostował się i zadał sztych szpadą. Trafił w skroń. Ciężko ranny upadł w trawę. Robert kontynuował pogoń. Do brodatego rzezimieszka dzieliło go ponad dwadzieścia metrów, gdy ten obrócił się w jego kierunku. W ręce zbójcy pojawił się muszkiet. Padł strzał. Kula lekko raniła Roberta, rozpłaszczonego na grzbiecie konia, rozrywając mu skórzaną kurtkę na barku. Przestraszony wierzchowiec dziewczyny zarżał i stanął dęba, zrzucając dziewczynę na ziemię. Kobieta rozciągnęła się jak długa i znieruchomiała, leżąc twarzą w dół. Brodacz zatrzymał konia i ruszył w stronę Normana wiedząc, że nie uniknie starcia. Wyrzucił muszkiet, którego i tak nie zdążyłby nabić. Dobył rapiera i zaatakował. Robert sparował cięcie w pierś. Jego szpada mocno wygięła się pod naporem cięższej i twardszej broni. Napastnik wziął zamach, celując w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robson
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…