born2die (cz.5)
Zakończenie, czyli finis coronat opus.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
27
Był późny wieczór. Mario prowadził srebrne Audi A6, należące do siedzącego na miejscu pasażera szefa. – No i co teraz, szefie? Toni i Alberto nie żyją, Tino nawiał... – Nie martw się Mario. Zrobimy dobrą akcję i będzie o nas głośno. – Akcję? We dwóch!? – Niech cię o to głowa nie boli. I zwolnij, do cholery! Mario, który podczas tej rozmowy coraz mocniej naciskał pedał gazu zwolnił, okazało się jednak, iż uczynił to o kilkanaście sekund za późno. Samochód został namierzony przez radar i policjant zasygnalizował Mariowi by zatrzymał pojazd. Kiedy auto stanęło policjant podszedł powoli. – No i co, panie kierowco... Dokąd się tak bardzo spieszymy? – Przepraszam, panie władzo, jakoś tak... – Mario zaczął się niepewnie tłumaczyć. – On cierpi na syndrom dorożkarskiej szkapy – do rozmowy włączył się szef. – Szkapy dorożkarskiej? – zdziwił się policjant. – A cóż to takiego? – Nie słyszał pan? No więc, niech pan posłucha. Szkapa dorożkarska przez cały dzień stoi w oczekiwaniu na pasażerów, lub flegmatycznie człapie po ulicach miasta ciągnąc dorożkę. Gdy jednak dzień ma się ku końcowi, a dorożkarz kieruje pustą dorożkę w stronę domu, w szkapę wstępuje nowy duch i przyśpiesza, niczym rasowy rumak, by jak najszybciej znaleźć się w stajni. A my właśnie zbliżamy się do celu naszej podróży. – Rozbawił mnie pan, więc tym razem puszczę wykroczenie w niepamięć. A pan, – zwrócił się do kierowcy – niech od razu zje trochę owsa i jedzie wolniej. Wio! Samochód ruszył i przez kilka kilometrów jechali w milczeniu, a szef co chwilę spoglądał na ekran nawigacji satelitarnej. – Zwolnij i zatrzymaj się koło tego znaku. Mario zatrzymał samochód. – Wyłaź i szukaj pod znakiem. – Czego mam szukać? – Kamienia. – Kamienia? Jakiego kamienia? – Nie pytaj, tylko szukaj! – zniecierpliwił się szef. – No dobra, dobra. Mario wysiadł z samochodu i podszedł do znaku. Pochylił się i przez chwilę macał ręką u podstawy metalowego słupka, po czym wrócił do samochodu, trzymając w ręku kamień wielkości pięści. – Taki może być? – A był jakiś inny? – Nie, tylko ten jeden, ale mogę poszukać gdzieś dalej. – Nie trzeba. Ten jest odpowiedni. – Szefie, a po co panu kamień? – O Boże! – westchnął szef. – Czy ty sądzisz, że kamień jest mi potrzebny do tłuczenia orzechów? To nie jest zwykły kamień, tylko wiadomość z Centrali. – Mario z niedowierzaniem obejrzał kamień – Wygląda, jak prawdziwy. – O to właśnie chodzi. – Odczytamy ją później. Ruszaj! Wiśta, wio! – zaśmiał się szef, wkładając kamień do teczki. Mario uruchomił silnik i ruszył, by na najbliższym skrzyżowaniu skręcić na autostradę w kierunku Rzymu. Szef skierował go w stronę jakiegoś domu na peryferiach i kazał stanąć na podjeździe obok niebieskiego Fiata Punto. Kiedy samochód się zatrzymał szef powiedział: – Bierz teczkę i chodź ze mną! Szef otworzył i weszli do budynku. Po zamknięciu drzwi wejściowych na zasuwę udali się do pokoju. Szef włączył oświetlenie, następnie zapalił stojącą na biurku lampkę i położył na blacie wyciągnięty z teczki kamień. Usiadł za biurkiem i zaczął przy nim majstrować wyjętym z szuflady śrubokrętem. Po chwili kamień rozpadł się na dwie części. W jego wydrążonym wnętrzu znajdowała się niewielka kapsułka, którą szef szybko wrzucił do stojącego na blacie słoika z jakimś płynem. – Myje to pan, czy co? – Nasycają to jakimś paskudztwem, które w ciągu dziesięciu sekund od chwili wyjęcia z kamienia powoduje nieodwracalne zniszczenie tekstu. Ten płyn go neutralizuje, a równocześnie działa jak wywoływacz. Teraz zgaś światło i zaciągnij story. Kiedy Mario wykonał jego polecenie włączył inną lampkę, gasząc równocześnie, tą która świeciła wcześniej. W pokoju zapanowała całkowita ciemność. – Szefie, zepsuła się. Nic nie widać. – Nic nie widać, powiadasz? To spójrz. Po omacku wyjął ze słoika kapsułkę, zgniótł ja w palcach i rozwinął niewielki rulonik, po czym podsunął go pod lampkę. Ukazał się świecący zielonkawo tekst. – Reaguje na podczerwień – mruknął do Maria i skupił się na odczytywaniu informacji. – Podaj mi palmtopa z teczki. Włączył komputer i wprowadził jakieś dane. Po chwili na ekranie ukazała się fragment mapy, z migającym punktem w centrum. Na dole ekranu wyświetlone zostały współrzędne geograficzne. Zatwierdził dane i włączył lampkę. Po kilku sekundach karteczka rozbłysła jasnym światłem i natychmiast uległa spopieleniu. – W porządku, masz tu kluczyki, bierz Punto i jedź do siebie. Po drodze wyrzucisz gdzieś te kawałki kamienia – najlepiej rzeki – każdą część oddzielnie. Masz się do mnie zgłosić za trzy dni o dziewiątej rano. Zrobimy sobie wycieczkę na południe kraju.
28
Przed jeden, pośród długiego szeregu, łudząco podobnych do siebie jednorodzinnych domów podjechało wielkie brązowe kombi. Wysypała się z niego rodzina składająca się z dwojga nastolatków, szczupłej wysportowanej kobiety, oraz zwalistego mężczyzny, który jako ostatni wygramolił się z miejsca kierowcy. Razem z dziećmi wyskoczył na trawnik wielki labrador, który natychmiast zaczął obwąchiwać otoczenie, znacząc je przy tym we właściwy dla „panów domu” sposób. – Wiesz Ron, to były wspaniałe wakacje. Ale przyznam ci się, że stęskniłam się za domem. – Ale chyba najbardziej z twoimi przyjaciółkami? – No, to też. Po przeniesieniu bagaży do domu, Ron wyszedł ponownie i otworzył skrzynkę na listy. Wyjął niej całe naręcze różnego rodzaju przesyłek i, po dokonaniu wstępnej selekcji, wrzucił do pojemnika na śmieci wszystkie ulotki reklamowe. Z kilkoma listami, pocztówkami i grubą, „bąbelkową” kopertą w ręku udał się do na powrót do domu. Wszedł do kuchni, gdzie jego żona już rozlewała do filiżanek herbatę. – Herbaty, Ron? – A nie ma piwa? – Nie ma. – No to niech będzie herbata. Trzeba by zamówić pizzę. – Zaraz zadzwonię. Od kogo poczta? – Z firmy, od twojej mamy, rachunki i jeszcze od kilkorga znajomych. Ron wziął do ręki paczuszkę, – No i jeszcze to – obracał w ręku pakiet – nie ma nadawcy. Ciekawe od kogo... – rozerwał kopertę i wyjął pudełko z płytą CD. – Patrz, płyta. Zaraz posłuchamy. Włączył stojący na kuchennej odtwarzacz i nałożył płytę na tackę. Okazało się jednak, że sprzęt jest niesprawny – z głośników dobiegały tylko niewyraźne szumy. – Ach, prawda. Jeszcze przed naszym wyjazdem odtwarzacz się zepsuł, ale zapomniałam ci o tym powiedzieć. Trzeba będzie go naprawić. – Dobrze, jutro zawiozę go do serwisu.
29
Dwa dni później szef z Mariem jechali autostradą na południe. – Mamy sporo czasu. – odezwał się szef. – Zatrzymamy się, by coś przekąsić. Zjechali na zjeździe Catanzaro i skierowali się do Catanzaro Lido. Tam spożyli obfity posiłek w jakiejś trattorii, potem udali się na plażę. Mario wykorzystał chwile relaksu na kąpiel i opalanie. Szef natomiast, ukryty w cieniu zadaszonego tarasu, w znajdującym się na plaży barze ograniczył się do sączenia drinków i obserwacji urodziwych plażowiczek. Zaczynało robić się ciemno, kiedy szef przywołał Maria. – No, dosyć przyjemności! Teraz obowiązki. Około dziesiątej musimy być na miejscu. Wsiedli do samochodu – przy czym Mario zastąpił za kierownicą będącego pod wpływem wchłoniętych kilku drinków szefa i wyruszyli na północny wschód w kierunku Crotone. Przez całą niemal drogę towarzyszyła im To_Ya śpiewająca swoim aksamitnym głosem odtwarzanym z płyty kompaktowej ustawionej przez Maria na odtwarzanie „w pętli”, najnowszy hit pod tytułem Bambino. Mario próbował jej nieudolnie wtórować do czasu, aż szef kategorycznie mu tego nie zabronił. Kilka kilometrów przed Crotone skręcił w prawo, na gruntową drogę wiodącą na Capo Rizzuto. Po upływie około pół godziny Mario zatrzymał samochód w niewielkim zagłębieniu terenu, w którym droga skończyła się nieodwołalnie. Opuścili samochód, by po przejściu kilkuset metrów stanąć na wysokim klifie. Świecąc sobie latarkami znaleźli wąską, wykutą w zboczu ścieżkę i po chwili znaleźli się na spłachetku piaszczysto- kamienistej plaży. Usiedli na głazach rozrzuconych u stóp urwiska i zapalili papierosy. Szef w niewielkim zagłębieniu w skale postawił zapaloną latarkę i od czasu do czasu obserwował morze przez lornetkę. – Na co czekamy, szefie? – zaczął się niecierpliwić Mario. – Czekaj spokojnie, to zobaczysz. Po wypaleniu kolejnych papierosów i wypiciu dwóch filiżanek kawy z termosu w oddali dojrzeli wyłaniający się z wody peryskop, a za nim kiosk, oraz kadłub okrętu podwodnego. Na sygnał świetlny nadany z pokładu szef odpowiedział błyskiem latarki i po chwili od okrętu odbiła mała łódka dinghy z dwoma osobami na pokładzie, z których jeden obserwował otoczenie, drugi zaś wiosłował ku brzegowi. Gdy łódka dobiła do plaży, szef – polecając Mariowi, by pozostał w cieniu skały – podszedł do samej niemal wody, przybyły zaś przeskoczył na brzeg. – Dobry wieczór. Długo kazaliście na siebie czekać – powiedział szef z pretensją. – Panie, tutaj nie my rządzimy, lecz straż przybrzeżna. Musieliśmy bardzo uważać. Oto przesyłka dla was. Macie to podłożyć razem z niewielkim ładunkiem wybuchowym w jakimś licznie nawiedzanym przez ludzi miejscu. – A co to właściwie jest? – Do widzenia. –przybysz nie miał zamiaru, czy też nie potrafił odpowiedzieć na pytanie szefa. – Życzę powodzenia. – odwrócił się i wskoczył ponownie do pontonu. Marynarz natychmiast rozpoczął wiosłowanie w kierunku okrętu, a szef wraz z Mariem zaczęli wspinać się na urwisko. Po chwili dotarli do samochodu. Szef siadł na miejsce kierowcy, uruchomił silnik, po czym ruszyli w drogę powrotną. Kiedy nad ranem minęli S. Eufemia Lamezia dobiegł ich głos syren. Szef spojrzał we wsteczne lusterko i dostrzegł samochód Straży Granicznej oraz dwa samochody policyjne. Tknięty złym przeczuciem szef przyśpieszył, odskakując nieco, lecz po chwili ścigający zbliżyli się wyraźnie i zaczęli sygnalizować długimi światłami, by szef zatrzymał samochód. Kiedy ten przyśpieszył jeszcze bardziej, z samochodu policyjnego oddano strzał ostrzegawczy. – Strzelaj, Mario! Mario wyjął z ukrytej pod ramieniem kabury rewolwer, wychylił się przez okno, ale nie mógł sobie poradzić lewą ręką, strzelił więc przez tylną szybę. Pocisk zrobił w niej niewielki otwór, cała jednak tafla pokryła się siatką pęknięć uniemożliwiających obserwację szosy. Przeszedł zatem do tyłu i kolbą powiększył otwór. Strzelił ponownie. Policjanci nie pozostali mu jednak dłużni i również otworzyli ogień. Jeden z pocisków trafił w oponę pędzącego z dużą szybkością Audi, w wyniku czego samochodem mocno zazuciło, kierownicę wyrwało z rąk szefa, po czym auto wypadło z trasy, przerwało barierę ochronną i zaczęło zsuwać się po wysokim zboczu, uderzyło w pień drzewa i zaczęło koziołkować. Przednia szyba rozsypała się, a przez powstały otwór wypadła otrzymana przez szefa na plaży puszka i potoczyła się dalej. W końcu doszczętnie rozbity samochód znieruchomiał. Po zboczu podbiegli do wraku policjanci i wyciągnęli z samochodu mocno poturbowanego Maria i nie przejawiającego oznak życia szefa. – Jak się czujesz? – zapytał Maria policjant. – Nie wiem... Co z szefem? Szefie... – z trudem wyszeptał Mario. – Tamten? Nie żyje. Kim jesteście? – Ama – ranto – we Legio ny... To był nasz dowódca. – Ilu was jest? Gdzie są pozostali? – Pocałuj mnie w dupę. – Gadaj szybko! Niedługo powinien tu być ambulans i od ciebie zależy, czy się go doczekasz. – Zostałem sam... wszyscy zginęli... Tino uciekł... – Mario oddychał z coraz większymi trudnościami. – Nie ma już legionów, tylko ja... Nie pozwolicie mi umrzeć? – Dla ciebie byłoby lepiej, gdybyś umarł. Mario stracił przytomność, w chwili gdy do miejsca wypadku dotarł ambulans. Wyskoczyli z niego dwaj sanitariusze z noszami i sprzętem ratowniczym, oraz lekarz. Gdy dotarli na miejsce lekarz pobieżnie zbadał Maria i polecił sanitariuszom zanieść go do karetki. Zbadał jeszcze szefa, potwierdził fakt jego zgonu i pośpieszył za sanitariuszami. Po chwili ambulans ostro ruszył w kierunku szpitala. Kilka minut później pojawiła się cała ekipa dochodzeniowa, oraz prokurator. Mundurowi i cywilni funkcjonariusze przystąpili do rutynowych czynności.
30
Tego samego wieczoru, Sandra i Tino odpoczywali po dniu pracy w swoim, umeblowanym już domku. Telewizja transmitowała
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil To_Ya
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…