Brzeszczot
krwawa jatka na granicy horroru
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Czarny, masz przejebane - Marian, najmłodszy z rodzeństwa odłożył słuchawkę. Czarny schował telefon do kieszeni i podszedł do okna. Naprawdę miał przejebane, ale dziwnie się tym nie przejmował. Bracia mieli do niego uzasadnione pretensje. Dostał od nich w tak zwany komis jakieś pół kilo marihuany, którą miał dla nich sprzedawać, a którą radośnie spalił. W miesiąc. A ilu kumpli miał. Udało mu się nawet spełnić dziecięce marzenie, aby zapalić z saksofonu. Czas spierdalać, pomyślał. Zaciągnął się papierosem i spojrzał na ulicę. Szkoda mu było tego domu, przyzwyczaił się, chociaż okolica złodziejska. I Anki też szkoda, fajna dupa. I siebie też mu było trochę szkoda, ale co robić, c'est la guerre... Ale wojna dopiero się zaczęła. Z korytarza rozległy się dwa strzały i drewniane drzwi wejściowe wystrzępiły się w okolicach zawiasów, po czym wpadły do mieszkania pchnięte czyjąś nogą. Policyjna technika - przemknęła Czarnemu myśl. Ale to nie była policja. Minęło może pół minuty od chwili gdy odłożył słuchawkę, więc musieli czekać gdzieś na dole. Zobaczył, że bracia pofatygowali się osobiście. Musiał ich nieźle wkurwić. Marian łamał właśnie strzelbę, by wsunąć kolejne naboje do luf, a Zenon wysunął się przed niego z podobnym sprzętem w dłoniach. Brakowało tylko Waldemara, który odsiadywał jakiś wyrok. Czarny wsunął obie ręce do kieszeni, uśmiechnął się wściekle, po czym nadął policzki i dmuchnął silnie w papierosa trzymanego w ustach, wyrzucając z niego chmurę dymu i fontannę iskier. Zenon spojrzał na niego z niedowierzaniem i wypalił z obu luf. Marian sapnął cicho. Zenon pomyślał, że to z powodu efektu, jaki wywołał strzał. Podszedł do Czarnego, z którego na dobrą sprawę niewiele zostało i trącił zwłoki czubkiem buta. - Widziałeś kiedy taką jatkę, małolat? Nikt mu nie odpowiedział. Odwrócił się i zobaczył brata siedzącego z zamkniętymi oczami pod ścianą. Z nosa spływał powoli strumyczek krwi. - Małolat, kurwa co ci jest!? - Zenon odstawił strzelbę i ukląkł przy bracie. - Co ty, w szoku jesteś, trupa nie widziałeś? - Marian zabił sam około dwunastu ludzi, toteż Zenon poczuł mimowolną dumę, że udało mu się zrobić wrażenie na takim kozaku. - No, dosyć tego, małolat. Musimy się zawijać. - uderzył Mariana w twarz. Po którymś z kolejnych uderzeń chłopak zachłysnął się powietrzem i otworzył oczy. - No, najwyższy kurwa czas - Zenon sapnął z ulgą. - Zawijamy się stąd, mały. Nagle mały wymierzył mu cios głową, po którym Zenon zatoczył się i usiadł na podłodze. Marian wstał i uniósł strzelbę trzymaną na kolanach. Zenon podniósł wzrok i napotkał ciemne spojrzenie wylotów luf. Spojrzał w oczy bratu, ale te patrzyły na niego obojętnie. - Przyszedłeś śmieciu, zabić Czarnego. - Marian cedził powoli słowa. - Nie wziąłeś tylko jednego pod uwagę. Żołnierze nie umierają, tylko idą do piekła, aby się przegrupować. Zenon przypomniał sobie najważniejsze momenty swego życia. A jednak. Pamiętał, jak zawsze w to powątpiewał, bo niby kto mógłby o tym opowiedzieć, skoro dzieje się to w momencie śmierci. Zdążył sobie jeszcze przypomnieć, jak zastanawiał się, kto to wymyślił, gdy Marian wypalił z obu luf. Impet zdmuchnął głowę Zenona, a ciało powoli przewróciło się na bok, tryskając z szyi soczystą czerwienią. Mężczyzna, który pozostał przy życiu potoczył wzrokiem po pokoju. Widok był malowniczy. Sufit i ściany we krwi, a na podłodze dwa ciała, z których każde mogło stanąć do konkursu na masakrę roku. Człowiek, który był Marianem uśmiechnął się. Ten tekst o żołnierzach zobaczył kiedyś wydrukowany na koszulce i od tej pory czekał na okazję, żeby go użyć. Każdy superbohater mówi takie rzeczy w komiksie, a on chciał żeby ktoś narysował o nim komiks. Zbliżył się ostrożnie do ciała pod oknem. Pod kaloryferem znalazł srebrny łańcuch z medalem o dziwnym kształcie i nasunął go na szyję, pieczołowicie ukrywając go pod koszulą. Zbliżył się jeszcze raz do ciała i z miejsca, gdzie kiedyś była kieszeń koszuli dobył strzaskany telefon. Odrzucił na bok rozpołowioną obudowę i wydobył kartę SIM. Wydawała się w porządku. Schował ją do kieszeni i podszedł do lustra. - Masz paskudną gębę przyjacielu. I znaną w całym kraju. - wyszczerzył się do swego odbicia. - Trzeba ją będzie zmienić na przystojniejszą. Z oddali rozległ się jęk syren. Nie było sensu dłużej marudzić. J-23 znowu nadaje, pomyślał mężczyzna zbiegając po schodach.
* * *
Gdy wjeżdżali na autostradę, zaczęła psuć się pogoda. Nieruchome dotąd powietrze drgnęło, a już po chwili drzewa uginały się pod nagłymi podmuchami. Wiatr przywiał chmury - rzadkie i strzępiaste, czerwone w świetle zachodzącego słońca, dające niesamowity efekt. Na trasie było pusto, przed nimi już tylko jeden zjazd i prosty odcinek do granicy. Stefan wyciągnął papierosa i wsunął kasetę do odtwarzacza, uciszając monotonny radiowy monolog, który drażnił go od dłuższego czasu. Magda spała w fotelu obok. - Bierzemy go? - jednak nie spała. Pytanie dotyczyło autostopowicza, krótko ostrzyżonego chłopaka z uniesionym w górę kciukiem. Stefan zwolnił. Kiedy tylko mogli, zabierali stopowiczów pamiętając o swoich studenckich czasach, nie tak jeszcze odległych. - Hu! Ha! Ale dmucha! - pohukiwał chłopak pakując się na tylne siedzenie. - Do granicy? A może i dalej? Hu! Ha! Ale tu w środku cieplutko! Zarówno Magda, jak Stefan nie mogli powstrzymać śmiechu słysząc gromkie okrzyki dobiegające ich zza pleców. Ale też i postać, której pomogli, była cudaczna. Był to niski, młody człowiek o nieproporcjonalnie szerokich ramionach, okrągłej głowie pokrytej ciemną szczeciną i czarnych oczach, obdarzonych lekkim zezem. - Brzeszczot - dobiegło ich z tyłu. Magda odwróciła się zdziwiona, Stefan spojrzał tylko we wsteczne lusterko. - Brzeszczot. Tak na mnie mówią. Kumple i inni. Dlatego, że jestem ostry, hu, ha! Daleko jedziecie? - Chcemy się trochę powłóczyć z tamtej strony. Zatrzymamy się gdzieś na kempingu, połazimy po górach, a potem dalej, aż do końca urlopu. - Przeżyć to jeszcze raz, a? - Chłopak rozgościł się już i teraz, oparty o zagłówki przednich siedzeń pochylał się w ich stronę. - Dokładnie - Stefan uśmiechnął się lekko i położył dłoń na kolanie żony. - Poznaliśmy się w podobnych okolicznościach, tylko bardziej romantycznych: autostop, mniej pieniędzy, podarte dżinsy... Czujesz to? - Czuję. Macie dzieci? - Nie. Planujemy w tym roku. - Z góry gratuluję. Rozmowa toczyła się gładko. Na małym przejściu granicznym mundurowy podniósł wzrok znad gazety i nie wychodząc z budki machnął ręką - jechać dalej. Za granicą nie wiało; ciepły wieczór zastał ich w pobliżu miasta. Stefan był już zmęczony jazdą i zaproponował odpoczynek przy kawie. Magda i Brzeszczot nie zgłosili sprzeciwu, więc już po chwili zapuszczali się w stare budownictwo przygranicznego miasteczka. Zatrzymali się w ciasnej, zatłoczonej samochodami uliczce, zajmując miejsce odjeżdżającego kabrioletu. Trzasnęli drzwiami i ruszyli do ciemnej bramy. Schody, również ciemne, niczym nie sugerowały, że prowadzą do pubu. Dopiero gdy minęli stalowe drzwi, ich uszu dobiegł jednostajny bit, który za ostrym zakrętem uderzył pełnią sił. Przed nimi znajdowała się duża sala zamknięta z przeciwnej strony długim barem, dobre trzydzieści metrów dalej. Prawa strona pubu stanowiła wolne przejście, stoły i ławy stały tylko w wykutych w ścianie niszach, po lewej były natomiast bezładnie rozsypane. Chwilę trwało, zanim oczy przyzwyczaiły się do pulsujących w mroku świateł i mogli rozejrzeć się za wolnym miejscem. Para nastolatków zwalniała właśnie jedną z lóż. Stefan posadził tam Magdę i ruszył za Brzeszczotem do baru. Po chwili wrócili z piwem. Magda spojrzała pytająco na męża. - Po jednym nic mi nie będzie, zresztą oni tu piją straszne szczyny - zbagatelizował jej karcący wzrok i podsunął szklankę. Zaczęli rozmawiać. Stefan jak zwykle przy piwie snuł wspomnienia ze studiów. Magda znała je na pamięć, więc wyłączyła się i zajęła obserwacją pobliskich stolików. Jej uwagę zaprzątnęła grupa krzykliwie ubranych nastolatków po drugiej stronie sali palących konspiracyjnie trawkę. Jedynie ułamkiem świadomości odnotowała, że głos męża ucichł, a opowiada Brzeszczot. Przyglądała się młodzieży, która tymczasem zaczęła tańczyć w wolnym przejściu. Transowe ruchy wskazywały na dużą wprawę, mimo że zdarzały się potknięcia, wywołane zapewne alkoholem i marihuaną. Gdy małolaty poczuły rytm, zaczęły sypać się ciekawsze triki i widowisko wciągnęło Magdę. - Można prosić? - Obcy głos zabrzmiał jak zgrzyt. Pytanie zadała dziewczyna może siedemnastoletnia, ale dzięki kokardom we włosach wyglądająca młodziej. Upłynęła chwila, zanim Magda pojęła o co chodzi. Na kamiennej podłodze, pośród solowych popisów, kołysało się także kilka par. Brzeszczot, do którego skierowane było pytanie, pokręcił przecząco głową. - Nalegam - natrętka wzięła go za rękę. Stefan mrugnął porozumiewawczo i zachęcił go gestem. Brzeszczot podniósł się bez entuzjazmu i dołączyli do bujającej grupki. Stefan i Magda usiłowali zdecydować, gdzie dzisiaj zanocują, ale bez mapy okazało się to niemożliwe, więc Stefan poszedł do samochodu. Magda przyglądała się tańczącej parze. Brzeszczot tańczył dobrze, ale nie popisywał się. Dziewczyna kołysała się tylko z boku na bok. Rozmawiali, ale inaczej niż rozmawia się w tańcu. Uderzył ją brak uśmiechu na twarzy dziewczyny, która monologowała od dłuższej chwili. Wzrok miała zimny, mówiła szybko i beznamiętnie. Smarkula byłaby ładna, gdyby nie pozowała na dorosłą - pomyślała. Drgnęła, gdy Stefan rzucił jej mapę na kolana. - Wybieraj, kierowniczko. Cały kraj i pogranicze ościennych do twojej dyspozycji. Byle nie dalej niż pół godziny stąd, bo chcę iść spać o przyzwoitej porze. Magda nie odpowiedziała, bo para akurat obróciła się i wtedy ujrzała twarz Brzeszczota, dotąd niewidoczną. Żadnych wątpliwości - był wściekły. Poczerwieniał, usta miał zaciśnięte, oczy szkliste. Magda otworzyła usta, by zwrócić uwagę męża na dziwną scenę, gdy wypadki nabrały tempa. Brzeszczot odepchnął partnerkę i uderzył z zamachu otwartą dłonią. Dziewczyna zatoczyła się na stolik, a on doskoczył i kopnął ją w twarz. Mężczyzna tańczący obok złapał go za bluzę, tylko po to by dostać pięścią w twarz i zatoczyć się w bok. Brzeszczot uderzył go jeszcze raz i opuścił ręce. Muzyka umilkła w pół taktu i Magdzie przemknęła myśl, że oznacza to interwencję ochrony, ale nie; głośniki zatrzęsły się od ostrych dźwięków gitary. Z miejsca gdzie leżała pobita dziewczyna dobiegł trzask. Stała już na nogach, w rękach trzymała dwie potłuczone szklanki. Zlizała krew z kącika ust i powoli ruszyła. Brzeszczot podniósł pięści i uśmiechnął się. Magda przez chwilę mogła przysiąc, że słyszy głuchy warkot, gdy inny dźwięk przykuł uwagę zebranych. Z boku runął pchnięty na ziemię stolik. Magda spodziewała się ochroniarza, ale znowu się myliła. Od strony baru nadchodziła druga dziewczyna, identyczna z pierwszą. Ta sama twarz nastolatki, kokardy we włosach, takie same spodnie i obcisła koszulka. To ona przewróciła stolik i szła teraz w stronę Brzeszczota, niosąc zaciśniętą w ręku butelkę po koli. Brzeszczot patrzył na nią i już się nie uśmiechał. Magda widziała rodzący się w jego oczach strach, gdy wodził wzrokiem od jednej bliźniaczki do drugiej, porównując je. Nagle rzucił się bez ostrzeżenia do ucieczki. W powietrzu zafurkotała ciśnięta zadziwiająco mocno butelka. Trafiła w głowę, Brzeszczot potknął się, ale nie upadł. Nikt go nie gonił. Dziewczyna, która rzuciła, podeszła do siostry i dotknęła palcami jej ust. Od strony baru przepychał się spóźniony bramkarz. Młodzież obserwująca w milczeniu rozstąpiła się na boki. Podszedł do dziewcząt i zaczął coś do nich mówić. Te zignorowały go i ruszyły do wyjścia. Ochroniarz wzruszył ramionami i wrócił na swój stołek przy barze. Przyciszona na czas interwencji muzyka zagrała znowu a wszyscy zaczęli gorączkowo komentować zajście. Magda poczuła dłoń męża zaciśniętą na swoim ramieniu. Spojrzała na niego. Stał z rozchylonymi ustami patrząc za wychodzącą parą. - On jest pojebany - powiedział. Musiał być poruszony, na co dzień nie wulgaryzował. Pociągnął ją do wyjścia by zawrócić po kilku krokach po mapę rzuconą na stolik. Na zewnątrz nie było już Brzeszczota ani dziewczyn. Wsiedli do samochodu i zapięli pasy. Stefan rzucił mapę Magdzie na kolana. - Poszukaj jakiegoś motelu przy trasie - sam zajął się wyprowadzaniem auta z labiryntu ciasnych uliczek. - Piętnaście kilometrów za miastem. - Może być. Stali na światłach, gdy zauważyli Brzeszczota. Oparty o budkę telefoniczną mówił coś szybko do słuchawki, gorączkowo gestykulując. - Ruszaj! - To Magda. - Jeszcze nas zauważy. - To psychol - Stefan wjechał na trasę. - Widziałaś jak ją skopał? - A potem uciekł. - Mówię ci, to czubek. Magda roześmiała się, wspominając paniczną ucieczkę przed dwoma nastolatkami. Stefan spojrzał na nią i roześmiał się również.
* * *
Z zewnątrz bar nie różnił się niczym od kilkudziesięciu innych, rozsianych po dzielnicy. Neonowy szyld nad drzwiami głosił "U Freda". Grupka rozbawionych turystów wpłynęła właśnie do środka na fali wypitego alkoholu i stanęła na środku niewielkiego pomieszczenia. Rozejrzeli się wokół i uśmiechy zamarły im na ustach. Kobieta, stojąca przy barze, miała blisko dwa metry wzrostu i niebieski ślad po goleniu. Barman i kilku spośród gości byli umalowani. Obrazu dopełniały męskie akty porozwieszane na ścianach, kryształowa waza z prezerwatywami przy wejściu do toalety, oraz wszechobecna marszowa muzyka. Turyści wycofali się w popłochu i dopiero zza drzwi dobiegły zduszone chichoty. Niski mężczyzna w typie Włocha, siedzący obok szafy grającej, zdusił papierosa w popielniczce i spojrzał z niesmakiem na resztkę piwa w kuflu. Głęboko rozpięta koszula odsłaniała zarośniętą klatkę piersiową i spoczywający na niej medalion w orientalnym kształcie. Rozległ się jednostajny pisk i mężczyzna wyciągnął z kieszeni telefon. - Czarny. - ... - U Freda. - ... - Nie, załatwiam interes - śmiech. Zakołysały się drzwi wejściowe do baru. - Słuchaj kochanie, nie mogę teraz rozmawiać, oddzwonię do ciebie... Cześć. Do lokalu wszedł wysoki szatyn ubrany w skórę i potoczył dokoła wzrokiem zdobywcy. Włoch odsunął krzesło i ruszył do baru. Dotarł tam równo z przystojniakiem i jednocześnie opadli łokciami na kontuar. - Dwa martini, dla mnie i mojego nowego przyjaciela - Włoch był pierwszy. - Skąd pewność, że przyjmę drinka? Szatyn krygował się jak rasowa ciota, co dziwnie kontrastowało z jego wyglądem supermacho. Niższy o głowę brunet objął go w pasie, przyciągnął do siebie i wyszeptał: - Grzechem byłoby nie spróbować. Rozbrojony macho wziął drinka i przepił do Włocha. Barman przerwał wycieranie szklanek i pokręcił głową z niedowierzaniem, widząc jak idą objęci do stolika. Włoch odsunął krzesła i zagaił, gdy usiedli: - Jak masz na imię? - Paweł... Paolo - poprawił się szybko. - A ty? - Mów mi Czarny. - Ze względu na kolor włosów? - Ze względu na czarny humor. Słuchaj Paolo, nie będę owijał w bawełnę. Podoba mi się twoje ciało. Ręka Włocha osunęła się na kolano Pawła i powędrowała do krocza. - Czuję, że masz tam niezłą armatę i chciałbym ją wypróbować. Idziemy do mnie? - Szybki jesteś, Czarny. - Po prostu konkretny - Włoch wstał i podał mu rękę. Zostawili ledwo napoczęte drinki i wyszli, kołysząc splecionymi dłońmi jak para nastolatków. Barman znów pokręcił głową, odprowadzając ich wzrokiem, westchnął i sięgnął po szklankę. Taksówkarz, który ich wiózł, skasował z trzaskiem licznik i wziął ostrożnie pieniądze, starając się nie dotknąć ręki Czarnego. Kiedy ruszał, splunął przez otwarte okno. Czarny i Paweł, którzy obmacywali się przez całą drogę, nie przestali nawet na schodach. Rozdzielili się dopiero w mieszkaniu, gdzie gospodarz poszedł przygotować drinki. Gdy wrócił, Paolo stał przed lustrem w samych spodniach i prężył mięśnie. - Podobam ci się? - Dlatego tu jesteś - Czarny podał mu szklankę. - Alkohol stępia wrażliwość. - Ja go potrzebuję. Na odwagę. - Odwagę? To ten twój czarny humor? - Zaczekaj, pokażę ci próbkę. Czarny dopił jednym haustem i wyciągnął z kieszeni telefon, który położył na komodzie. Podobnie postąpił ze srebrnym łańcuchem, który zdjął z szyi. Sięgnął do szuflady, skąd wydobył pistolet. Gej zbladł i cofnął się o krok. Czarny uśmiechnął się i przystawił sobie lufę do skroni. Paweł patrzył jak zahipnotyzowany, kiedy opadał spust. Krzyknął przeraźliwie, gdy padł strzał. Czarny stał jeszcze przez chwilę, a z jego głowy tryskała krew. Opadł bezwładnie na podłogę, a niedoszły kochanek rzucił się do drzwi, lecz kiedy uczynił krok, uszło z niego powietrze i zwalił się jak kłoda na ziemię. Oczy uciekły mu w głąb czaszki, a z nosa zaczęła powoli sączyć się krew. Zapanowała cisza, zakłócana jednostajnym tykaniem zegara. Po minucie rozległ się pierwszy szelest. Zemdlone ciało Pawła poruszyło się nieznacznie. Powieki drgnęły i odsłoniły szkliste oczy. Mężczyzna zaczerpnął kilka głębokich wdechów i wstał energicznie. Jego wzrok omiótł pokój. Przekroczył leżącego na podłodze trupa i podszedł do lustra. Napiął mięśnie w pozycji oszczepnika i pokiwał z uznaniem głową. Następnie rozpiął spodnie i odciągnął gumę skąpych slipek, zaglądając do środka. Gwizdnął z zadowoleniem i puścił z trzaskiem gumę. Podszedł do trupa i przyglądał mu się przez chwilę. Zanim wyszedł, zabrał z komody telefon komórkowy i medalion, który założył od razu na szyję, przykrywając skórzaną kurtką, zdjętą z wieszaka. Kiedy zbiegał po schodach, pogwizdując pod nosem, zapiszczał telefon. Odebrał. - Czarny. - ... - Nie tylko głos. - ... - Jak? Jak pierdolony Antonio Banderas - roześmiał się szeroko. - Mów w czym problem. - ... - O, kurwa. - ... - Niech to chuj zajebie. Jebane kurwy. - ... - Jasne. Wiesz, że możesz na mnie liczyć bracie. Gdzie? - ... - Aha. - ... - Dobra, trafię. Pod piwem, tak? - ... - Dobra, uważaj na siebie. Do jutra. Mężczyzna kliknął telefonem i stał przez chwilę zamyślony. Przeszukał kieszenie w poszukiwaniu papierosów i zaklął, gdy nic nie znalazł. Kiedy wyszedł na ulicę, znienacka dmuchnął zimny wiatr.
* * *
Czarny stał na poboczu z papierosem w dłoni, drugą kiwał na przejeżdżające samochody. Opuścił rękę, kiedy kolejny samochód minął go nie zwalniając i zostawił w tumanie pyłu i spalin. Stał tu od ponad dwóch godzin i miał dość. Zbliżała się furgonetka. Czarny zrezygnowany uniósł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hymie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…