Carpe Diem (Roman i Aneta) 2/2
Każdy z nas ma jakąś tajemnicę. Nad każdym z nas sprawuje pieczę przeszłość... Zapraszam do kontynuacji.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Paweł prowadził Krzyśka, Anetę i Sophie w stronę strumienia. Mężczyźni nieśli na ramionach dosyć grubą gałąź, do której za pomocą sznurowadeł z butów Pawła był przywiązany martwy dzik. Uznali, że będzie można go upiec. Wcześniej Sophie miała wątpliwości, czy Krzysztof powinien dźwigać taki ciężar przy swoich dolegliwościach, ale ten zbył ją szorstko, wręcz żądając, by przestała się o niego troszczyć jak matka. Paweł opowiedział o śmierci Piotra i o pochowaniu jego ciała przy skałach, a pozostali o długiej drodze, dziwnych, wieczornych odgłosach, o znalezionym szałasie z trupem w środku i o poszukiwaniach zgubionego inhalatora. Pawła zainteresowała szczególnie wizyta Krzyśka w szałasie.
-Mówisz, że dookoła tego trupa ktoś poustawiał świeczki? -Były ustawione w okręgu. -Tak dobrze to zobaczyłeś? Mówiłeś, że było ciemno... -Nie na tyle, bym tego nie dostrzegł. -To by świadczyło o jakimś rytualnym mordzie... -Co ty? Naprawdę?? – ironizował Krzysztof – Wyobraź sobie, że tak samo pomyślałem i nawet poinformowałem o tym Sophie. -Dziwne. Trzeba będzie kogoś o tym poinformować, jak się stąd wydostaniemy. -Najpierw musimy się wydostać, a to wcale nie jest takie łatwe... -Nie przejmuj się. Jeśli będziemy iść w jednym kierunku, to w końcu na pewno wyjdziemy z tego lasu -Wczoraj, jak było jeszcze widno, szliśmy w jednym kierunku. Dziś rano obrałem ten sam kierunek, a jednak okazało się, że kręciliśmy się w kółko... -Musiałeś pomylić kierunki. -Na pewno ich nie pomyliłem. Jestem w tym dobry -A co? Masz harcerską odznakę tropiciela? – nie mógł sobie odmówić ironii Paweł -Bardzo śmieszne...Daleko jeszcze, bo mi już ręce odpadają -Ja idę na pewno w dobrym kierunku i wiem, że to już niedaleko -Oby tak było.
Aneta i Sophie szły z tyłu za mężczyznami. Pierwsza z nich nie odezwała się od momentu wyruszenia w drogę. Była zmęczona, spragniona i poirytowana tym, że zamiast szukać drogi wyjścia, wracają z powrotem nad jakiś strumień. Miała serdecznie dosyć tego lasu. A najgorsze było to, że nie mogła nic na to poradzić. Dokładnie jak wtedy, gdy ojciec zadecydował za wszystkich, że przeprowadzają się do Olsztyna. Na dodatek chciało się jej palić. Jakiś czas temu wypaliła swojego ostatniego papierosa. Nie mogła już wytrzymać, a nikt inny nie palił.
-Nie martw się. Niedługo będziemy na miejscu- odezwała się do Anety Sophie. -Na jakim miejscu?! – nie wytrzymała – Zamiast szukać drogi wyjścia, wracamy się tam, gdzie już byliśmy! -Wracamy po Romana i Patrycję. Urządzimy sobie ucztę, a potem ruszymy dalej. -Z Romanem będziemy się wlec, aż zastanie nas znowu noc. -To co? Mamy go zostawić? -Nie wiem. Po prostu chce się stąd jak najszybciej wydostać... -Ja też. I na pewno nam się uda. Sprawdzałaś telefon? -To na nic. Zasięg był tam, koło szałasu. Tu go nie ma – stwierdziła Aneta. Przełożyła karty sim i oddała komórkę Sophie. -Sprawdzimy później... -Dobra – odburknęła zniechęcona Aneta i ponownie zagłębiła się w swoich myślach.
{i}Minęło już parę miesięcy, od kiedy dostałam się do nowej szkoły. Większość moich dni spędzałam u Bartka na tzw. Palarni. Spotykaliśmy się wszyscy, włączaliśmy odjazdową muzę i zaczynaliśmy palić zielsko. Przenosiliśmy się w różne światy, w inne przestrzenie astralne. Mogłabym wymieniać godzinami. Byłam w siódmym niebie. Moi rodzice mieli w dupie, to co się ze mną działo. Pracowali do nocy, widywałam się z nimi, głównie tylko rankami. Zresztą to też była tylko chwila rozmowy o obowiązkach domowych i o naszych rzekomych stosunkach w rodzinie. Dziś zdecydowałam się pójść do szkoły. Obie z Andżelą, chciałyśmy zjawić się na ważnej klasówce z polskiego. Dopiero ją pisząc, uświadomiłyśmy sobie, że kompletnie nic nie umiemy. Próbowałyśmy ściągać od innych, ale nikt z tych lamusów nie chciał nam pomóc. Ściąganie to może grzech? A nawet jeśli, to co? Korona by im z głowy nie spadła. Oczywiście zaliczyłyśmy laski. A to ci dopiero niespodzianka. Ona od swoich starych dostała w domu opierdol i od tamtej pory zaczęli ją porządnie kontrolować, a ja wciąż miałam luzy. Moją sytuacją zaniepokoiła się wychowawczyni. Z większości przedmiotów miałam same laski, bardzo dużo nieobecności. Wiedziałam, że w końcu ojciec się o tym dowie. Nauczycielka zadzwoniła do niego i umówiła się na spotkanie. Po powrocie do domu, ja również miałam opierdol. Ale na nic się to zdało. Następnego dnia, wszystko wróciło do normy. Moi rodzice pojechali do roboty i siedzieli tam do późna, a ja miałam luzy. Gorzej z Andżelą. Musiała wrócić do domu, prosto po szkole. Jeszcze przed wyjściem, w szatni zjawił się Jarek.
-Cześć. Słyszałem, że masz problemy z nauką. Jeśli chcesz... -Od kogo słyszałeś? -Mam swoje źródła. Mogę ci pomóc z niektórych przedmiotów. -Nie trzeba. Poradzę sobie. -A może jednak? Jestem najlepszym uczniem w szkole. Każda dziewczyna marzy, żebym pomógł jej z lekcjami – roześmiał się, jakby powiedział super żart. -Widocznie ja jestem inna. -Widziałem z kim się zadajesz. Uważaj, bo łatwo się na nich zawiedziesz... -Odczep się ode mnie! Ja pierdolę! Bawisz się w moją niańkę? Nie jesteś nawet moim kolegą. Robię, co chcę...
Wtedy po raz pierwszy poszłam z paczką do palarni bez Andżeliki. I tak bawiliśmy się zajebiście. Bartek pociągnął taką chmurę, że dym mało co nie wyszedł mu uszami. Ha ha ha. Ja nie mogę. Mieliśmy takie jazdy, że głowa mała. Jak zwykle zresztą. Po pewnym czasie zachciało nam się jeszcze, więc dałam im trochę swojej kasy. Jakieś pięć dych na dobry początek. Dowiedziałam się też, że w tą sobotę odbędzie się fajna impreza. Jakiś Rafał, (przyjaciel Bartka) organizował jakąś wbitę do swojej chaty. Wieczorem zadzwoniłam do Andżeli. Powiedziała, że już nakręca starych, żeby wybić się w sobotę, ale chyba nie da rady. W końcu jednak jej się udało! Diabeł nie taki straszny, jak go malują. Urobiła starych jakimiś obietnicami. Organizator imprezy, którego zresztą nie znałam, mieszkał w najspokojniejszej dzielnicy w Olsztynie. Nie mieszkałam tu długo, ale już powoli zaczęłam się orientować tu i ówdzie. Po pewnym czasie, usiedliśmy sobie w jednym z pokoi i zajaraliśmy. Nie mieliśmy tego dużo, ale wystarczyło akurat na fajną jazdę. Na parkiecie bawiłam się z jakimś fajnym chłopakiem, który cały czas mnie podrywał. Nawet nie pamiętałam, jak miał na imię. Nie zauważyłam, kiedy zaciągnął mnie do pokoju i zaczęliśmy się całować. Potem spytał mnie, czy chce to z nim zrobić, a ja się zgodziłam. Andżelika zjawiła się w pokoju, w samą porę. Gdyby nie ona... Nagle jacyś ludzie zaczęli krzyczeć, że wybuchł pożar. Razem z Andżelą uciekłyśmy z domu. Na zewnątrz chciałyśmy się ulotnić, ale nigdzie nie mogłyśmy znaleźć Bartka i reszty paczki. Wszyscy zebrali się niedaleko balkonu. My też tam podeszłyśmy. Okazało się, że Rafał, ten który organizował imprezę spadł z pierwszego piętra, gdyż chyba uciekał przed ogniem. Dosłownie chwilę później zjawiła się karetka, która zabrała go do szpitala. Wszyscy zaczęli się ulatniać, więc my też poszliśmy. Ale jazda była niezła! Jeszcze nigdy nie byłam na takiej imprezie, żeby skończyło się pożarem. Taki numer, że głowa mała. Potem okazało się, że to Andżelika i nasi znajomi palili w jednym z pokoi. Jeden z nich wyrzucił zapałkę na podłogę i trafił na coś łatwopalnego. To on spowodował pożar. Oczywiście, nikt się o tym się nie dowiedział, nie przyznali się do tego. Moi rodzice już spali, kiedy wróciłam do domu. Nie obchodziło ich, czy córka wróciła normalnie do domu i czy nic się jej nie stało...{/i}
-Skąd miałeś broń? – spytał po dłuższej chwili Paweł -A co? Teraz ty zabawiasz się w detektywa? Miałem i już. Na szczęście dla Sophie. -Musiałeś go zabijać? -A skąd? Mogłem z nim porozmawiać i poprosić, żeby sobie poszedł... -Każde życie jest cenne... -A ty co? Jakiś pieprzony buddysta czy zasrany ekolog?...Na szczęście są tacy, którzy są mi wdzięczni – wymownie spojrzał w kierunku Sophie – A jak go zjemy i wszyscy się najedzą, to każdy będzie mi wdzięczny -Potrzebujesz wdzięczności? -Gówno mnie ona obchodzi. Jedyne czego chcę, to się najeść, napić, a potem się stąd wydostać... -Napić możesz się już teraz... – poinformował Paweł, wskazując na strumień, przy którym siedzieli Patrycja i Roman. -No, nareszcie – ciężko odetchnął Paweł i wypuścił dzika z rąk. -Jak powiedziałem. Doszedłem, gdzie chciałem. -Znakomicie. Bądź więc naszym przewodnikiem i wyprowadź nas stąd. Tyle, że to będzie trochę trudniejsze, bo do przejścia nie będzie stu metrów, ale kilka, a może nawet kilkanaście kilometrów... – orzekł Krzysiek i udał się nad strumień, by zaspokoić pragnienie.
Kilka minut później doszło do kolejnej sprzeczki pomiędzy Krzysztofem i Pawłem o to, jak powinno się upiec dzika, w całości czy w kawałkach. -Przecież nie masz rożna. Jak będziesz go obracał nad ogniem? - pytał Paweł Krzyśka -Coś się wykombinuje...Zresztą nie da rady inaczej, bo skąd weźmiesz nóż, żeby go pokroić? – trwał przy swoim pomyśle Krzysiek -Mam skalpel. Ostry jak brzytwa. -I co z tego? Jest za mały. Złamiesz go przy pierwszym cięciu... -Będę kroił powoli... -Aż zastanie nas tu wieczór. Daj spokój -Może byście w końcu się na coś zdecydowali. Jesteśmy głodni – wtrąciła się Aneta -Dobra – zdecydował Krzysiek – Pieczemy go w całości. A skalpel wykorzystamy do naostrzenia gałęzi, tak, żeby ją wbić w to cielsko -Skalpel nie służy do cięcia drewna tylko ciała. -Cholera! Coś się tak uwziął? Ostatecznie ja go ubiłem! -Panowie, spokojnie – wtrącił się Roman – Myślę, że mam rozwiązanie -Następny... – skomentował ironicznie Krzysiek -Tak się składa, że jestem kucharzem i mam ze sobą taki mały komplecik noży. Jeśli mi pomożecie, to wykroimy z tej bestii najlepsze kawałki i upieczemy je zarówno nad ogniem, jak i w gorącym popiele. O.K? -Świetny pomysł – wyraził swój entuzjazm Paweł -Nie mógł pan od razu tego zaproponować? – żachnął się Krzysiek -Ciężko było się wtrącić w waszą...dyskusję. To co? Idę po noże.
W czasie kiedy Roman z pomocą Pawła i Krzyśka oprawiali dzika, panie udały się do lasu po patyki na rozpalenie ogniska. Kobiety rozdzieliły się, dając sobie tym samym okazję do własnych przemyśleń. Patrycji wciąż nie dawało spokoju, skąd Roman znał jej inne imię. To była jej wielka tajemnica, najskrytszy sekret, którego nie zdradziła nawet najbliższym... Sophie cały czas wracała myślami do swojego towarzysza podróży. Zastanawiała się, czy przeżył katastrofę, a jeśli tak, to czy niepokoi się jej nieznanym losem. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby było mu wszystko jedno, co się z nią stało... Aneta z kolei myślała tylko o jednym. O zapaleniu upragnionego papierosa. Nie mogła przeboleć, że żadna z pozostałych osób nie paliła. Pieprzony niefart! Ze złości kopnęła w pobliski pień drzewa. Miała serdecznie dosyć całej tej sytuacji i nie cieszyła jej nawet perspektywa gorącego posiłku.
Pół godziny później wszyscy zgromadzili się wokół ogniska. Nad płomieniami skwierczały kawałki piekącej się dziczyzny. Nikt się nie odzywał w oczekiwaniu na upragniony posiłek. Roman przekręcił kilka wykrojonych przez siebie porcji na prowizorycznym ruszcie, po czym usiadł z powrotem na swojej, rzuconej na mech, marynarce.
-Coś ci wypadło – zauważyła Patrycja -Mnie? – zdziwił się Roman
Patrycja wskazała na kopertę, która wysunęła się z kieszeni marynarki Romana. Mężczyzna ze zdziwieniem podniósł list.
-To nie mój... -Na pewno twój. Widziałam, jak się wysunął z marynarki...
Roman przyjrzał się kopercie i ze zdumieniem dostrzegł napisane na niej swoje imię, a pod nim rysunek sportowego samochodu, którego wygląd był mu doskonale znajomy...
{i}Od kilku dni zastanawiałem się, czy nie pójść na cmentarz. Wiedziałem od Rafała, gdzie jest pochowana Bożena. W końcu się na to zdecydowałem. Dotarłem na grób. Zapaliłem lampkę i usiadłem na małej ławeczce obok grobu. Znów powróciły myśli o przeszłości. Nagle, obok mnie, pojawił się Rafał.
-Dzień dobry- odezwał się, wyrywając mnie z głębokiej zadumy. -Witaj. Ale mnie przestraszyłeś. -Przepraszam, nie wiedziałem, że tu pana znajdę. -Od kilku dni wahałem się, czy tu przyjść. -Ja odwiedzam mamę codziennie. Rozmawiam z nią, bardzo tego potrzebuję. -W takim razie nie będę ci przeszkadzał... -Nie przeszkadza mi pan. -Ja muszę odwiedzić jeszcze jedno miejsce. -Mogę iść z panem, jeśli nie będę przeszkadzał. -Ty mnie? Skąd. Chodźmy.
Obaj z Rafałem pojechaliśmy moim samochodem. Po drodze poprosiłem go, żeby mówił mi po imieniu. Nie wiem dlaczego, ale bardzo go polubiłem. Stał mi się bardzo bliski. Może wpłynęła na to atmosfera w domu, gdyż robiła się okropna. Sam już nie wiem. Dotarliśmy do wynajmowanego przeze mnie garażu. Wprowadziłem Rafała do swojego królestwa.
-To taki mój prywatny skład - pokazałem mu kilkadziesiąt części samochodowych porozkładanych po całym garażu.
Rafał gwizdnął z podziwem i zamiast spytać, do czego mi one wszystkie są potrzebne, podszedł do jednej z części leżących na starym stole i zaczął ją oglądać. Milczałem, czekając na jego pytania. Tymczasem on obejrzał kilka następnych części i zaryzykował stwierdzenie, że chyba wszystkie pochodzą z jednego samochodu.
-Masz niezłe oko – ucieszyłem się z trafności jego spostrzeżenia -Niech pan nie mówi...to znaczy nie mów do jakiego. Może zgadnę...
Obejrzał dokładnie jeszcze kilka innych części i z niedowierzaniem na mnie spojrzał
-Od Astona Martina? -Brawo! – wykrzyknąłem z entuzjazmem – Skąd się domyśliłeś? -Po tych tłokach...Kiedyś widziałem takie na zdjęciu...Ale po co ci te wszystkie...Zaraz – wpadł na rozwiązanie – Chyba nie powiesz mi, że chcesz złożyć Astona Martina?! -Taki mam zamiar, choć na razie udało mi się zebrać jakąś połowę części... -No, no...Aston Martin DB 4. Wspaniały wozik. -DB 5 – poprawiłem go – Taki, jakim jeździł James Bond w filmie “Goldfinger”. -Pewnie trudno było ci to wszystko dostać? -Czasem trudniej, czasem łatwiej. Najtrudniej jest dostać części do silnika... -Podejrzewam, że prawie o wszystko trudno. Przecież to limitowana seria... -Poluje na okazje. -Chciałbym zobaczyć, jak go będziesz składał... -Czuj się zaproszony, a nawet poproszony o pomoc. -Super! – szczerze ucieszył się Rafał
Po wizycie w garażu odwiozłem go do domu.
-No to do widzenia- powiedział. -Trzymaj się. -A... byłbym zapomniał. Znalazłem coś jeszcze na strychu, gdy robiłem ostateczne porządki. -Co takiego? -Ten naszyjnik.
Obejrzałem go. Był to srebrny naszyjnik z małym zamykanym serduszkiem. Otworzyłem je, a w środku zobaczyłem inicjały- moje i Bożeny. Wzruszyłem się. Doskonale pamiętam moment, gdy wręczyłem jej ten naszyjnik jako prezent na naszą pierwszą rocznicę. Pierwszą i ostatnią.
-Wiesz, co to jest?- zapytał mnie. -Wiem... Gdzie to znalazłeś? -Leżał pod stolikiem na strychu. Mama często chodziła tam, gdy miała zły dzień.
W oczach stanęły mi łzy.
-Opowiesz mi? -Chcesz usłyszeć, jak było naprawdę?- zapytałem. -Chcę. Opowiedz mi, jak wyglądał wasz związek. {/i}
{i} {b}Razem z kumplami wybraliśmy się na imprezę. Organizowała ją nasza klasowa koleżanka- Sylwia. Ponieważ swoją zabawę, organizowała w klubie, zaproszonych było bardzo dużo osób, także tych, których nie znałem. Właśnie w tym klubie poznałem twoją mamę. Zakochałem się w niej niemal od pierwszego wejrzenia. Poprosiłem ją do tańca, i tak się poznaliśmy. Nazajutrz dowiedziałem się od kumpli, że Bożena jest wolna, i od jakiegoś czasu poszukuje chłopaka. Nie mogłem przegapić takiej okazji, ja też od pewnego czasu nie miałem żadnej dziewczyny na oku. Kilka dni później zaprosiłem ją do parku. Usiedliśmy na ławce, by porozmawiać. Opowiadała mi dużo o sobie, o swojej rodzinie. O ojcu, który odegrał później istotną rolę w naszym związku. Na pożegnanie dostałem buziaka i promienny uśmiech. Nikt nie śmiał się tak cudownie jak Bożenka... Parę tygodni później zaprosiłem twoją mamę do kina. Poszliśmy na jakiś romantyczny film, później śmiałem się z niej, że się popłakała. Gdy wracaliśmy, pocałowaliśmy się po raz pierwszy. I od tamtej pory, nie mogliśmy bez siebie żyć. Ciągle spotykaliśmy się, jeździliśmy w różne, ciekawe miejsca. Pewnego dnia, wręczyłem jej naszyjnik z naszymi inicjałami. Kiedyś ktoś, zrobił nam zdjęcie w parku, które twoja mama schowała później do szkatułki. Czas płynął nam niesamowicie wolno. Cieszyliśmy się chwilami, nie potrzebowaliśmy niczego więcej. Spotykaliśmy się też czasem u mnie. Pewnego razu kochaliśmy się. Nie pragnęliśmy niczego więcej. A jednak nadszedł ten dzień... Pewnego razu, Bożena zaprosiła mnie na obiad, do niej do domu. Tak poznałem jej rodziców. Mamie, czyli twojej babci od razu przypadłem do gustu, gorzej było z ojcem, który nie mógł zaakceptować związku swojej córki z uczniem Technikum Gastronomicznego. Parę tygodni później, Bożena oznajmiła mi bardzo smutną wiadomość. Musiała przeprowadzić się z rodzicami do innego miasta. To była tragedia. Przez wiele dni o niczym innym nie myślałem. Razem z twoją mamą zastanawialiśmy się, co można zrobić, żeby została. Niestety, na żadne rozwiązanie nie zgodzili się jej rodzice, i musiała wyjechać. Nie istniały jeszcze wtedy komórki, a oboje byliśmy bardzo młodzi. Została nam tylko korespondencja listowna. Regularnie, co kilka dni pisałem długie listy, szedłem na pocztę i wysyłałem do Bożeny. Kilka miesięcy później, jej ojciec, czyli twój dziadek złożył mi niezapowiedzianą wizytę. Wsiadłem z nim do samochodu.
-Od kilku miesięcy, od kiedy się przeprowadziliśmy, Bożena nie może normalnie żyć- zaczął rozmowę. -Piszemy do siebie listy, staramy się utrzymywać kontakt. Zobaczymy się w wakacje. Bardzo kocham pańską córkę- miałem wrażenie, że nie jest z tego zadowolony. -Właśnie w tym jest problem. Pan już nigdy nie zobaczy mojej córki. -Słucham? O czym pan mówi? -Posłuchaj, Romek- mam dla niej narzeczonego. Z wysoko postawionej rodziny, młody, inteligentny, z szansami na przyszłość. Jedynym problemem jest to, że Bożena ciągle myśli o tobie... -Bo mnie kocha. Czasy swatek już się skończyły, panie Pędziński. -Skończy pan pisać listy, oraz zniknie z życia mojej córki. Zresztą, nie będzie panu trudno. Dzieli was prawie 400 kilometrów. -Chyba pan żartuje. -Posłuchaj, gnoju! Znam twoją tajemnicę, dotyczącą kradzieży pieniędzy. I nie pytaj skąd, bo i tak się nie dowiesz. Chyba nie chcesz pójść do więzienia na ładnych parę latek. Akurat minęłaby ci tam cała młodość... -Zostałem w to wrobiony. Ja tego nie zrobiłem! -Czy to ma jakieś znaczenie? Zniknij z życia mojej córki, skończ z pisaniem listów, a nic nikomu nie powiem. Wszystko jasne? -Tak, panie Pędziński. -Mogę cię zapewnić, że moja córka będzie szczęśliwa...Jeśli ją kochasz, to powinno cię to ucieszyć.
Przez wiele tygodni zastanawiałem się czy napisać list, i zawrzeć w nim prawdę. Przedstawić Bożenie sytuację. Ryzykowałem wszystko, ale Bożena była dla mnie najważniejsza. W końcu się zdecydowałem i wyjawiłem jej w liście całą prawdę. Niestety, jakiś czas później dostałem z powrotem ten list. Okazało się, że nie ma takiego adresu, albo adresat się nie zgadza, i list został zwrócony do nadawcy. Nie mogłem sobie darować i wyjechałem do Łodzi. Postanowiłem odnaleźć Bożenę. Niestety, w domu, w którym mieszkała z rodzicami, teraz żył ktoś inny. Już od dwóch miesięcy. Starsza pani nie miała pojęcia, gdzie przeprowadzili się wcześniejsi lokatorzy. Straciłem z twoją mamą bezpowrotnie kontakt. Już nigdy jej nie spotkałem. {/i} {/b} {i}-To naprawdę bardzo przykra historia- odezwał się Rafał- Ale coś się w niej nie zgadza. -Nie rozumiem?- zapytałem, ocierając łzy. -Mama powiedziała mi, że ona też starała się ciebie odnaleźć. Chciała sprawdzić, czy rzeczywiście zostawiłeś ją dla innej kobiety. No i w końcu przekonała się, że to była prawda... -Ale ja poznałem przecież Basię, swoją żonę, dwa lata po rozstaniu z twoją mamą... -I to mi się właśnie nie zgadza. Przecież napisałeś ten list... -Jaki list?? -No ten, w którym prosisz o wybaczenie, że zostawiasz ją dla innej kobiety, ponieważ nie możesz wytrzymać dłuższej rozłąki... -Ja nic nigdy takiego nie napisałem...Zaraz – coś sobie skojarzyłem i sięgnąłem do schowka w aucie po listy od Bożeny, które tam schowałem. Woziłem je ze sobą, bo tylko w samochodzie i w garażu mogłem je w spokoju i ciszy ponownie przeczytać. Odszukałem wśród nich tę kopertę, której nie zaadresowałem sam i wyjąłem z niej list. Poznałem jego treść. -Dokładnie tak jak powiedziałeś, tyle, że to nie ja to napisałem... -A kto? – zdziwił się Rafał -Nie wiem...Może twój dziadek. Było go na to stać...W ten sposób zniszczył nasz związek... -To możliwe. Ale nie mógł zniszczyć jednego... -Czego? -Owocu waszego związku. Za późno się dowiedział. Zdołał jedynie załatwić szybko męża dla córki i pewnie go zmusił do zaakceptowania mnie jako swojego dziecka... -To niemożliwe – zbladłem, bo nagle uświadomiłem sobie, że to może być prawda. Że Rafał jest rzeczywiście moim synem -A jednak...Urodziłem się w lutym 1986 roku. Czy to nie było mniej więcej pół roku po waszym rozstaniu?
Nie było już żadnych wątpliwości. Rafał był moim synem. Chyba się mocno tym przejąłem, bo natychmiast zadeklarował, że nic ode mnie nie chce.
-Tak jak powiedziałem. Nie szukam ojca. Odnalazłem cię tylko na prośbę mojej matki. Zostańmy dobrymi kumplami i tyle. -Dobrymi kumplami... – powtórzyłem bezmyślnie, nie mogąc otrząsnąć się z szoku -To na razie – rzucił i wysiadł z samochodu. Z niemym wzruszeniem patrzyłem jak idzie do klatki schodowej i jak znika za jej drzwiami. A potem siedziałem tam jeszcze z godzinę, zastanawiając się, co będzie dalej...
Parę dni później Rafał odwiedził mnie w restauracji.
-Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę. Miałem pojutrze jechać do Zakopanego. Człowiek ma tam dla mnie bardzo ważne dokumenty, ale matka mojej dziewczyny akurat tego dnia wyprawia swoje imieniny. Ma się zebrać cała rodzina i ona chce mnie wszystkim przedstawić jako narzeczonego swojej córki. Nie mogę nie przyjść. Sprawiłbym im wielki zawód. Dlatego przyszedłem cię prosić, byś tam pojechał za mnie. -Chętnie, ale nie dam rady. Nie dadzą mi urlopu. -Proszę cię. Nie mam nikogo innego, komu mógłbym naprawdę zaufać. Zrób to dla mnie. Ten jeden, jedyny raz. Odwdzięczę się. -Nie o to chodzi...Z chęcią bym to dla ciebie zrobił bez żadnych zobowiązań, ale... – spojrzałem na jego zawiedzioną minę i coś we mnie pękło – No, dobrze. Poproszę szefa. Ostatecznie nie brałem urlopu od kilku lat. -Dzięki. Kupiłem już bilet w obie strony. Pociąg odjeżdża rano. Na popołudnie będziesz w Zakopcu, załatwisz sprawę i nocnym wrócisz do Olsztyna. -Niczego nie obiecuję. Wieczorem do ciebie zadzwonię.
Udałem się na rozmowę z szefem, o dziwo nie robiącym żadnych problemów. Dał mi nawet dwa dni, a nie jeden wolnego. Następnego dnia poinformowałem żonę o wyjeździe.
-Do Zakopanego? – zdziwiła się Basia – A po co? -Mam do załatwienia ważną sprawę. -Akurat jutro, tak? -O co ci chodzi? -Nie pamiętasz, że Andżelika ma jutro przedstawienie? -Zapomniałem. Trudno. Pójdziesz sama. -Przecież wiesz, jak jej na tym zależy, żebyśmy byli oboje. -Mnie też wiele razy zależało... – stwierdziłem z goryczą.
Nazajutrz wyszedłem z mieszkania, gdy żona i córka jeszcze spały.{/i}
-Roman! -Co się stało?- mężczyzna obudził się jakby z transu. -Może już starczy tego pieczenia? - spytała Sophie,
Roman, schował kopertę, którą cały czas trzymał w dłoni, szybko wstał i pokuśtykał do ogniska. Mięso było już upieczone. Po kilku minutach wszyscy dostali swoje porcje i rzucili się na nie jak wygłodniałe wilki. Jedynie Paweł, oddalony od reszty, jadł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pieróg ziom
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…