Wróć do katalogu

CIEMNA STRONA KSIĘŻYCA

tragedia niespełnionej miłości

jack night, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Szedłem przez mrok. Pożółkłe liście szeleściły pod moimi nogami. Słaby blask księżyca przebijał się przez nagie korony drzew. Nagie kikuty gałęzi rzucały groteskowe cienie na marmurowe nagrobki. Była tutaj tylko jedna utwardzona droga prowadząca do kaplicy cmentarnej. Była surowa, w czarnym kolorze, złowrogo królując nad pustkowiem. Podmuch wiatru poruszył dzwonem, który jęknął smętnie w ciszy. Przy drodze świeciły latarnie słabym blaskiem. Tak nikłym i rzadkim, jak gdyby nie chciały zbudzić śpiących tu ludzi. Jako jeden z niewielu ludzi miałem ten okrutny dar widzenia ludzi po śmierci. Ciarki przechodziły mnie na widok dusz unoszących się nad swoimi wiecznymi łożami. Ich widmowe postacie iskrzyły niczym wyładowania elektryczne. Wszyscy wyglądali tak samo jak w chwili swojej śmierci. Dzieci w małych ubrankach, topielcy nabrzmiali od wody, ludzie po wypadkach z roztrzaskanymi ciałami. Ludzie starsi i młodzi, biedni i bogaci, wszyscy byli tu równi. Nikt nie mógł się oprzeć swojemu przeznaczeniu. Zwróceni twarzami na wschód, poruszający ustami w niemym zawodzeniu. Doszedłem do muru na końcu zachodniej strony. Metalowe drzwiczki skrzypiały zardzewiałym dźwiękiem. Samotne okno łączące świat żywych i wieczne dążenie do tego, co po drugiej stronie. A jednak tuż obok cegieł oddzielających oba wymiary na nie poświęconej ziemi unosiła się kobieta w czerwonej sukni, o najsmutniejszej twarzy, jaką kiedykolwiek widziałem. Jej długie falowane blond włosy odsłaniały kawałek sznura oplatającego białą szyję i zawieszonego gdzieś w niewidzialnej przestrzeni. Kiedyś bywał tu starszy elegancki mężczyzna, który co roku dwunastego września zapalał świeczkę. Ludziom mógł wydawać się dziwakiem, któremu coś się pomyliło i zapala znicze obok płotu cmentarza. Czasem mijałem go w ten dzień siedzącego na ławeczce tuż obok. Robił lekki skłon głową w moją stronę a ja mu odpowiadałem tym samym gestem. Wiedział, że znam jego tajemnice, wyczuwał brak ironii, chociaż pewnie nie rozumiał skąd o tym wiem, byłem od niego dużo młodszy. Nigdy też nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego jedni ludzie mają prawo decydować o losie innych. Przecież tylko Bóg miał prawo i ostateczne zdanie, kogo należy zbawić a kogo wykląć na wieki. Tylko w świecie ludzi może decydować powierzchowność. Liczba odmawianych modlitw, i narzekanie, komu życie sprawia większe cierpienie. Jednak to, co siedzi w nas samych rzadko wychodzi na zewnątrz. Faktem jednak było, że dusze zmarłych pozostawały na ziemi jakiś czas a następnie odchodziły gdzieś do innego wymiaru. W najkrótszym czasie znikały dusze małych dzieci i niemowląt. One są, bowiem najczystsze nie splugawione złem tego świata. Ich ezoteryczny obraz nie jest jak innych zmarłych, promieniują niewidzialnym blaskiem, nie pochodzącym z naszego wymiaru. Usta dzieci nie wykrzywia niemy lamet błagalny o odkupienie win doczesnych, uśmiechają się delikatnie najczystszym, niewinnie radosnym światełkiem nadziei. Takim jak to małe dzieci mogą najlepiej. Inni w zależności od popełnionych win pozostają na ziemi dłużej lub krócej. Jedni parę miesięcy inni parę lat. Myślę, że i ta kobieta w pięknej sukni pewnego dnia odejdzie do lepszego miejsca, w którym nie będzie już taka smutna. Po drugiej stronie ulicy za metalowym płotem znajdowało się prosektorium. Złowieszcze miejsce z czerwonej cegły. Jednopiętrowy budynek z pochyłym dachem. Nagie drzewa nieruchomo obserwowały ludzi odchodzących z tego miejsca na wieczny odpoczynek. Z każdym miesiącem kolejnych, następnych. Odwieczny taniec życia ze śmiercią. Tutaj okna skrywały mrok za purpurowymi ciężkimi storami. Podkradłem się bliżej. Obszedłem go dookoła. Jedno z okien na piętrze było delikatnie uchylone. Przez nie musiałem dostać się do środka. Złapałem się kraty na parterze i wspiąłem się na wysokość, z której na długość ręki znajdował się parapet okna na pierwszym piętrze. Podciągnąłem się do wysokości pierwszego piętra. Odepchnąłem skrzydło okna, które z impetem uderzyło o ścianę. Odgłos głucho rozszedł się po zimnym korytarzu. Wdrapałem się do środka. Wciągając nogę do środka poczułem nagłe bolesne ukłucie. Jęknąłem cicho z bólu. Po omacku namacałem gwóźdź wystający z framugi. Pomyślałem, że mam nadzieję, aby nie okazał się zardzewiały. Z drugiej strony nie miało to już żadnego większego znaczenia. Moje kroki echem odbijały się od pustych ścian. Korytarz skryty w mroku szeptał do mnie wspomnieniami. Im bliżej celu się znajdowałem tym bardziej wiedziałem, dla kogo tu jestem i czyja śmierć mnie tu przywiodła. Całe życie w samotności, niechciany i wyśmiewany. Ludzie się mnie bali, ponieważ widziałem i wiedziałem rzeczy, o jakich nie mieli nawet pojęcia. Z czasem zacząłem to umiejętnie ukrywać przed wszystkimi ludźmi. Aż w końcu na mojej drodze spotkałem Ją. Kobieta, dla której mój wątpliwy dar nie stanowił żadnego sensacyjnego zjawiska. Czasem tylko, kiedy przychodziliśmy na cmentarz pytała o różne dziwne rzeczy. Kiedyś chciała wiedzieć czy jej dziadek ciągle znajduje się na tym świecie i czy jest blisko niej. Innym razem w dniu wszystkich zmarłych zapytała mnie czy osoby na grobach, których świeciły się znicze są szczęśliwi. Odpowiedziałem jej, że to dla nich nie ma znaczenia, jest to raczej dla nas rodzaj odświeżania pamięci i chwili na wspomnienia o tych, których kochaliśmy albo byli nam bliscy. Wówczas zapytała mnie czy będę przychodził na jej grób, kiedy ona odejdzie. Nie potrafiłem jej na to odpowiedzieć słowami. Głos uwiązł mi głęboko w gardle. Chyba zrozumiała, co chciałem powiedzieć. Przytuliła się do mnie w milczeniu i tak trwaliśmy kilka minut. Ciemnym korytarzem dotarłem do klatki schodowej. Pomimo mroku wydawało mi się, że widzę żółte linoleum na ścianach i pożółkłe sufity. Klatka schodowa była dość szeroka. Schodziłem powoli. Im bliżej celu tym moje kroki robiły się wolniejsze. U stóp schodów stanąłem przed drzwiami pokoju, w którym wystawiano zwłoki do ostatniego widzenia, przed ostatnią podróżą do kamiennych ogrodów. W mroku nie wiele mogłem tu dojrzeć. Dotarłem do kolejnego pomieszczenia, w którym znajdowało się prosektorium. Nie było tu żadnych okien i mogłem swobodnie włączyć światło. Moja dłoń jednak zastygła kilkanaście milimetrów obok włącznika światła. Sparaliżował mnie strach przed tym, co zobaczę. Teraz dom dusz nie szeptał do mnie wspomnieniami, wykrzykiwał je z impetem w moją głowę. Przed moimi oczami stanął ponownie cały wczorajszy wieczór. Oczy pokryła rzeka łez. Znowu usłyszałem w głowie jej dźwięczny głos. - Pocałuj mnie, pocałuj mnie najgoręcej jak potrafisz. Pocałuj tak, aby cały świat zawirował w mojej głowie. Odbierz mi oddech żebym śniła całą wieczność tylko o tobie – szeptała mi do ucha. To miał być najszczęśliwszy wieczór w naszym życiu. Taksówka stała zaparkowana przy krawężniku osiedlowej drogi. Deszcz dudnił o dach samochodu regularnie i miarowo. Całowałem namiętnie jej usta, miały smak czerwonego wina i kolacji, którą spożyliśmy parę godzin wcześniej. To była ta noc, kiedy człowiek przekracza pewien próg. Wtedy zaczyna myśleć, że wszystko będzie jak w bajce. Poprosiłem ją, aby została moją żoną, tak po staroświecku, na kolanach. Widziałem jej łzy spływające po policzkach, uśmiech obiecujący pierwszy dzień reszty, tej lepszej naszego wspólnego życia. Już nikt nie miał nam tego odebrać. Jeszcze tylko ta noc i mieliśmy wszystkie kolejne spędzać już razem. Aż do końca naszego wspólnego życia. To była jedna z tych chwil, kiedy wszystko jawi się nam w jasnych kolorach. Przyszłość ma wyznaczony tor, po którym mamy podążać aż do kresu naszych dni. Całowałem ją namiętnie, nie myśląc o niczym innym jak tylko o naszym szczęściu. Tej nocy chciałem się z nią kochać bez przerwy do białego rana. Potem spać obok niej, czuć jej zapach, obserwować ruch jej nagich piersi przy każdym oddechu. Tworzyć z nią tę jedną niesamowitą całość, pełną erotyzmu i zmysłowości. Oderwała swoje usta. Spojrzała na mnie oczami pełnymi tego niesamowitego blasku. Jak ja byłem cholernie pewien, że tylko ona jest mi przeznaczona spośród milionów kobiet na całym świecie. To jej szukałem całe życie. Błąkałem się niczym we mgle, aż ona stała się moją latarnią. Światłem dla zbłąkanego okrętu, co po wielu latach trafia do kresu podróży. Czułem dotyk aniołów, szczęście napełniające płomieniami ciało, powiew wiatru, co rozsiewa miłosne nasiona. Tak do wieczności miało trwać. - Dzisiaj będę śnic tylko o tobie – pocałowała mnie w usta i wysiadła z samochodu. Reszta działa się jak w największym koszmarze sennym. Po takim człowiek budzi się z krzykiem, chwytając powietrze resztkami sił. Dziwne, że w takich chwilach, choć trwają tylko kilka ułamków sekund pamiętamy wszystkie szczegóły. W mojej pamięci przewijałem ten moment miliony razy. Próbowałem znaleźć jakiś złoty środek, aby ją uratować. Najmniejsze uchybienie w odwiecznym planie życia i śmierci, żeby mogła być ze mną teraz. I nie znalazłem go. Wybiegła w noc. Najokrutniejszą ciemność, która odebrała nam wszystko. Szczęście, radość, wspólne chwile i dążenia. Słyszałem pisk opon na mokrym asfalcie i uderzenie najcudowniejszego ciała o zimną mokrą blachę nadjeżdżającej śmierci. Wybiegliśmy z kierowcą taksówki, aby ratować to, co pozostało. Czułem na twarzy krople deszczu, jej ciepłą krew na swoich dłoniach. Jak przez mgłę słyszałem swój płacz i skowyt pogotowia. Ktoś powtarzał w kółko – Ona wybiegła wprost pod moje koła, nie miałem szans zahamować. Tak mi przykro – A potem ktoś mi ją odebrał. Błyskały światła, ludzie się krzątali. Ja wciąż klęczałem na ziemi, ociekając deszczem chciałem gładzić tylko jej włosy, których tam już nie było. Ktoś podał mi zastrzyk na uspokojenie, wypytywali mnie o różne rzeczy. Odpowiadałem, choć nawet nie pamiętam co. Próbowałem się czegoś dowiedzieć jak się czuje, czy wyjdzie z tego. Nikt jednak nie udzielił mi…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych