Co na to Albert? cz. II
Dwa jaja sadzone z parówką przyglądały mi się oskarżycielsko. Wiemy o czym myślisz, Danka. Zadźgałam je widelcem, łapczywie pakując do ust. Kolejny dzień w domu. Wacek w pracy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
– Dzień dobry – przywitał się z lekkim uśmiechem, jakby sprawa zatrzaśnięcia drzwi przed nosem w ogóle go nie dotyczyła. – Aha – odpowiedziałam, szukając w jego oczach śladów drwiny. Dobrze wiedziałam jak układają mi się włosy, gdy zasnę z mokrymi. I ten kompromitujący, krótki, różowy ręcznik. Wyciągnął w moją stronę dłoń, a ja odruchowo ją uścisnęłam. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co chciał mi przekazać – trzymał w niej mój dowód. Z tym zdjęciem, na którym wyglądam jak ropucha. Spojrzałam z wyrzutem na plastikową płytkę. – Znalazłem to u siebie – w jego niebieskich oczach błysnęły iskierki rozbawienia – Musiał pani wypaść… – Gdy płaciłam za książkę. – Tak. Zajrzała już pani do niej? – Czy zajrzałam? – spytałam już trochę bardziej rozluźniona – Ta powieść ukradła mi noc z życia. – To dobra złodziejka?
Tak, cudowna, jak ta zguba teraz. Najchętniej wrzuciłabym ci ją przez okno do domu, żeby mieć pretekst do przybycia. Gdybym oczywiście wiedziała gdzie mieszkasz – pomyślałam, zanim uświadomiłam sobie, że trzymam go w progu, wyglądając jak straszydło, pod czujnym okiem sąsiadki – wariatki z naprzeciwka. – Ma pan chwilę czasu? Wejdzie pan na herbatę? Spuścił wzrok, nad czymś się zastanawiając. Poczułam mocne ukłucie żalu. Nie wie jak odmówić… – Chętnie – odpowiedział po chwili, uśmiechając się szeroko. – Choć nie piję herbaty, poproszę wodę.
Powstrzymałam się od popiskiwania z radości. Oto ja, Danuta, żona Wacława, mam swojego własnego, prywatnego gościa, który przyszedł do mnie, posiedzi ze mną i będzie rozmawiał o książkach. Gościa, który jest tak niesamowicie przystojny, miły i inteligentny, że mógłby spędzić ten czas z tysiącami innych osób, a będzie go marnował akurat ze mną! – Proszę się czuć swobodnie, a ja się doprowadzę do porządku – powiedziałam, prowadząc go do salonu. Chwilę później mógł zobaczyć, jak wbiegam po schodach z ledwo zakrytym tyłkiem.
Nie zastanawiając się długo, wciągnęłam na siebie spodnie i T-shirt, spoglądając w lustro. Tak jak myślałam, zamiast włosów miałam na głowie coś pomiędzy sianem a sierścią perskiego kota, zwiniętą w kłębuszki. Jeśli w księgarni uznałam, że widział mnie już katastroficzną, to było pogorzelisko po katastrofie, które ktoś wysadził bombą atomową. Zanurzyłam we włosy grzebień, jedyne narzędzie które do tej pory potrafiło się z nimi uporać i rozpoczęłam energiczne rozczesywanie. Mój plastikowy przyjaciel pękł w ferworze walki. Sięgnęłam po ostateczne rozwiązanie, związując kołtuny gumką. Zeszłam powoli, próbując wymazać z jego pamięci pierwsze i drugie wrażenie. Niestety, gdy plątałam długie nogi w choreografii zawodowych modelek, on stał odwrócony tyłem, przyglądając się mojej półce z książkami. Odwrócił się w moją stronę akurat w momencie, w którym podciągałam zbyt luźne spodnie. – Widzę, że ma pani dużo Pratchetta. To był ten moment. To był ten czas! Mogłam powiedzieć coś z sensem. Mogłam powiedzieć jakiś cytat, mogłam powiedzieć że… – Przez bardzo długi czas była przyzwoitą młodą kobietą. U pewnych ludzi oznacza to, że wiele spiętrzonej niegodziwości tylko czeka, by wybuchnąć.(3) Zaśmiał się cicho, perliście, przyglądając się mi uważniej. Najwyraźniej przestał mnie traktować jako „babkę od dowodu”, bo podszedł i uścisnął mi dłoń. – Eliasz. – Danuta. W zasadzie Danka. Pójdę po wodę dla ciebie, może wypijemy na tarasie? Mam kilka uwag do tej książki.
Uniósł lekko brew, a ja przez cały czas, szykując herbatę zastanawiałam się, jakie ja do cholery, mogę mieć uwagi do Tej książki. Poprawiłam bluzkę, piersi prezentowały się atrakcyjnie. Odetchnęłam głęboko, mając nadzieję, że takie argumenty wystarczą.
Gapiłam się na jego dłonie, gdy dotykał szklanki. Były takie długie i smukłe… Starałam się zachowywać racjonalnie, nie gadać głupot, być inteligentna i odkrywcza. Boże… te palce. Siedział przede mną i rozmawialiśmy o literaturze, tak po prostu. Miałam nadzieję, że to niezwykła gra wstępna do tego, żeby kiedyś, niebawem a może zaraz wsunął je we mnie najgłębiej jak to możliwe. Wariowałam, w jednej chwili nienawidząc stołu za dzielącą mnie od Eliasza odległość, by po chwili kochać go, bo właśnie dzięki niemu mogę siedzieć i patrzeć na niego. Euforia. Tak, czytałam, to wszystko kwestia zapachu, hormonów i kodu genetycznego. Uśmiechnęłam się do własnych myśli. Musiałam nieźle go wywąchać. – Ktoś przyjechał – oznajmił, a ja patrzyłam na niego dalej, dopóki moje rozszalałe zmysły nie dopuściły do głosu instynktu samozachowawczego. Na podwórko wjeżdżał właśnie samochód mamy, sprawnie omijając stojące przed bramą auto Eliasza. Podskoczyłam jak przyłapana na całowaniu się nastolatka. – Przepraszam – wyszeptałam podbiegając do parkującego samochodu. Mama, swoim zwyczajem otworzyła drzwi, nie wysiadając na zewnątrz. – Macie gości, a ja akurat ze sprawą do Wacka. – Wacek jest w pracy. Ma oczko wodne dla kaczek kupować dzisiaj. Nie proponowałam, żeby została. I tak nigdy nie korzystała z zaproszenia. Zazwyczaj spławiała mnie, bez słowa odjeżdżając. Tym razem jednak jej wygłodniały rewelacji wzrok padł na siedzącego przy stole Eliasza. Skinął jej głową. Odpowiedziała tym samym odsłaniając rząd niezwykłych w jej wieku zębów. Zawsze była piękna, czułam się przy niej jak brzydkie kaczątko. Niestety jej głowa służyła głównie za podstawkę dla misternej fryzury. Wiem, że nie powinnam tak mówić. Wstyd mi. Nie cierpię tej starej pudernicy! Wykastrowała ojca, pozbawiając go marzeń, poczucia humoru i męskiej dumy. – Kto to jest? – Pan Eliasz, przyniósł mi dowód z księgarni, zgubiłam i nawet nie zauważyłam, dasz wiarę? – Czemu on tu siedzi jak nie ma Wacka? – Facet pofatygował się taką drogę, miałam nie zaproponować herbaty? – gula wściekłości rosła mi w gardle jak drożdżowa bułeczka. Jeszcze chwilę i rozszarpię tą kobietę! – Nie podoba mi się to, Danka. Czytałam ostatnio, jak to młode dziewczyny zdradzają mężów. To było za dużo. Oczami wyobraźni widziałam jak zatrzaskuję drzwi i masakruje butem lusterko jej ukochanego, czerwonego nissana. – Więc co sugerujesz? Statystyka już mnie osądziła? – wymruczałam z trudem, spoglądając na nią wrogo. Własna matka nie chciała, abym miała znajomych. Własna matka, całe życie siedząca w domu i malująca paznokcie, własna matka… – Nie, mówię tylko, że mi się nie podoba. Posłała Eliaszowi krótkie spojrzenie, mrucząc kilka słów pożegnania. Zawsze posądzała mnie o najgorsze. Gdy się zaręczyłam, rozgadywała na lewo i prawo, że jestem w ciąży. Odwróciłam się w jego stronę, na co gula w gardle zmieniła się w coś innego, miękkiego i rozkosznego, spływając do podbrzusza. – To pani matka? Uderzające podobieństwo.
„Pani” walnęła mnie pięścią w twarz, by kopać długo leżącą na idealnie skoszonym trawniku, w rytm brzęczenia odstraszacza kretów.
***
Wacek wrócił do domu godzinę po tym, jak opuścił go Eliasz. Nie zrobiłam przecież nic złego, a ciążyło na mnie jakieś dziwne poczucie winy. Ulotniło się zaraz po tym, jak przebrnęłam przez wykład pod tytułem: „Jak prowadzi się dom i robi obiady, gdy się nie pracuje”. Owszem, obiadu nie było, ale przecież sytuację uratowała jego ukochana teściowa, przyjeżdżając kwadrans po nim z pierogami. Nadziewała go nimi z zapałem towarzyszącym jej jeszcze tylko przy krzyczeniu na ojca i układaniu włosów. Tym razem nie irytowało mnie to tak jak zazwyczaj, tym razem spoglądałam w kąt, w którym jeszcze niedawno stał Eliasz. Z lekko przekrzywioną głową czytający napisy na grzbietach moich książek. Wstałam odruchowo, podchodząc do nich i stając w tej samej pozycji. Przejeżdżałam wzrokiem po okładkach, chcąc widzieć to co on. Rozmowa przy stole ucichła. Odwróciłam się w stronę matki i męża. Przyglądali mi się jak dziwactwu, które dostało się do domu przez kanał. Z dnia na dzień dusiłam się w tym coraz bardziej, czułam się wyalienowana pośród rozmów o rachunkach. Wiem, że brak mojego zainteresowania takimi tematami świadczył o kompletnym braku dojrzałości. Usiadłam ponownie, wpatrując w wymalowane na niebiesko powieki mamy. Kto powiedział, że jeśli człowiek nie będzie miał zaspokojonych podstawowych potrzeb, nie jest w stanie myśleć o wyższych celach?
Jak co wieczór i tym razem nastąpił czas wspólnego czytania. Wacek z zapałem przeglądał jedną z tych gazet, na których okładkach zazwyczaj widnieją twarze polityków. Ja natomiast nie mogłam skupić myśli na niczym konkretnym. Analizowałam każde słowo zamienione z uroczym księgarzem i każde jakie chciałabym teraz wypowiedzieć. To było… dziwne. Zwierzęce i nie wiedziałam, że możliwe. Zagnieździł się w mojej głowie jak pasożyt. – Wie pani, że herbata była kiedyś uważana za silny narkotyk? Współczesny człowiek pije ją jednak w takich ilościach, że jej właściwości pozostają dla niego ukryte – po raz kolejny mnie zaskoczył, a był to dopiero początek spotkania. Postawiłam przed nim wodę, a sama z pełną premedytacją umoczyłam wargi w herbacianym wrzątku. – Dlatego pan sobie jej odmawia? Żeby od czasu do czasu mocniej kopała? Zaśmiał się podnosząc szklankę do ust. To był taki rozkoszny koszmar… Zamknęłam oczy, przypominając sobie koniec naszej popołudniowej rozmowy: – Jeśli chciałby pan znów – zawahałam się, patrząc w jego niebieskie tęczówki – napić się wody – wskazałam rękę na pustą szklankę – Albo wskoczyć na coś mocniejszego – zaśmialiśmy się oboje, gdy wskazałam ręką na kubek z jeszcze gorącą herbatą – to zapraszam. – Zapamiętam – odpowiedział, spoglądając na moje usta. Może odrobinę za długo, bo poczułam jak wilgotnieję pod wpływem tego wzroku.
Z nadal zamkniętymi oczami wsunęłam rękę pod majtki, czując w nich nieustającą od popołudnia wilgoć. Podniecenie związane z całkiem obcym mężczyzną mogłoby wydać się niepokojące, gdyby nie było tak przyjemne. W tej chwili, leżąc na wznak na łóżku byłabym w stanie krzyczeć, błagając choć o jeden pocałunek, jeden czuły dotyk. Wskazującym palcem drażniłam łechtaczkę, coraz bardziej zdenerwowana swoją bezradnością i brakiem nasycenia. Przygryzłam wargę, powstrzymując się od ruchów bioder, od tego niepohamowanego pragnienia, aby ktoś po prostu wziął mnie tu i teraz, w tym momencie, mocno, jakkolwiek by chciał, bez zadawania zbędnych pytań. Aby mój krzyk i paznokcie mogły być jedyną odpowiedzią… – Co robisz? Wystraszona spojrzałam na Wacka. Przyglądał mi się zza okularów najwyraźniej już od dłuższego czasu. – Nic – wymruczałam odwracając się na bok. Kiedyś uwielbiał, gdy to robiłam, dzwonił do mnie z pracy i prosił żebym zdjęła majtki i wsunęła palce w pochwę, a potem opowiadała mu ze szczegółami, co czuję. Teraz w jego spojrzeniu było tyle zdziwienia, że zawstydziło mnie jak małą dziewczynkę przyłapaną na posuwaniu Barbie Kenem. Odwróciłam się na bok, cicho życząc różowej ścianie dobrej nocy.
Następny dzień minął zupełnie normalnie. Była sobota, Wacek cały dzień grzebał się przy swoich ukochanych kurach i kaczkach. Kucając, zbijał coś ze starych desek pogwizdując przy tym wesoło. Przyglądałam mu się przez okno, przez chwilę czując się naprawdę szczęśliwa. Oto mój mąż, Wacław, który nie pije, nie pali i w przypływie entuzjazmu kupuje mi prezenty. Który znosi moje dziwactwa i narzeka jedynie na przesoloną zupę. Któremu zdarza się na mnie nakrzyczeć ale nigdy nie podniósł na mnie ręki. Który kocha moją rodzinę, dogaduje się z matką i dba o mnie. Człowiek z pasją. Który utrzymuje mnie, cycatą zabawkę choć przecież dziwka wyszłaby taniej. Który może nie zdaje sobie sprawy, że nie osiągnę orgazmu na widok nowych butów, ale przecież nie jest zły. W przypływie entuzjazmu wyszłam do niego na zewnątrz i pocałowałam w policzek. Spojrzał na mnie zadowolonym wzrokiem. – Widzisz Danka, co zbudowałem? W supermarkecie za taką budę chcieli pięćset złotych – pogładziłam go po włosach, przyglądając solidnej, wysokiej konstrukcji. Brakowało jeszcze dachu. – Mogę ją potem pomalować? – spytałam, a on uniósł wzrok. Wyglądał jakby nie spodziewał się lepszej reakcji. – Jasne, jak tylko chcesz – przygarnął mnie do siebie, opierając twarz o moje uda. Głaskałam go delikatnie po włosach, marząc aby odwzajemnił czułość. – Przyniesiesz mi coś do picia? – Pewnie.
Gdy wróciłam ze szklanką, czar prysł. Nie wiem, w którym momencie Wacek znów stał się tylko zbijającym budę dla kur facetem, może gdy nalewałam mu soku i pomyślałam o Eliaszu? Tego dnia uświadomiłam sobie, że ten obcy człowiek stał się dla mnie symbolem innego życia. W poniedziałek pojechałam na zakupy, chciałam zrobić mężowi niespodziankę. Upiec jakieś niezwykłe ciasto, prawdzie dzieło sztuki, z posypkami, kremami i wszystkimi tymi rzeczami, które zawsze albo robiłam za słodkie, albo źle wyglądały. Skomplikowaną operację rozpoczęłam od poszukiwania przepisów w Internecie, zrobienia listy zakupów, przygotowania się do wyjścia, a skończyłam i tak w małym pomieszczeniu w centrum miasta. Wypełnionym po brzegi zapachem książek i moich erotycznych marzeń, z zakresu tych wszystkich pchnięć, zrywania ubrań i wrzasków wartych potępienia. Nie wiem, co stało się z tym zapomnianym, byłym miastem przemysłowym, ale księgarnia wypełniona była ludźmi. Gdyby były to jedynie kobiety, mogłabym myśleć, że przyszły tu z tego samego powodu co ja. Sięgnęłam po album obrazów dotyczących Sądu Ostatecznego, starając się nie gapić na Eliasza. Obsługiwał młodego chłopaka, kupującego jakieś grube tomisko. Nie, Danka, tylko ty jesteś tak wygłodniała, inni są normalni. Zawzięcie udając, że interesuje mnie wizja rozczłonkowywania grzesznika obcęgami przez jakieś czarne monstrum z nieproporcjonalną głową, próbowałam dostrzec GO jak najwięcej, choć zasłonięty był prawie całkowicie przez potężnego dresa. To tacy czytają? Kolejny bastion moich wyobrażeń o otaczającym świecie skapitulował w zetknięciu z rzeczywistością. Do kasy ustawiła się już długa kolejka, a ja nie miałam ochoty czekać. Idąc w jej stronę złapałam po drodze jakąś powieść Kinga. Nawet nie spojrzałam na tytuł, zbyt zajęta roztrząsaniem problemów w stylu: Powiedzieć cześć czy dzień dobry? – Hej Danka – przywitał się pierwszy, gdy nadeszła moja kolej. – Hej – położyłam książkę na ladzie, a on potraktował ją czytnikiem. – Nie sądzisz, że to bibliofilia? – zaśmiał się, gdy wyciągałam pieniądze z portfela. – Ciekawość zabiła kota, satysfakcja go wskrzesiła.(4) To mój ulubiony cytat z tej książki. Starałam się zachowywać normalnie, nie jak jakaś napalona kretynka. Ukryć, że jestem napaloną kretynką. Chyba mi się udało. – Może kiedyś powiem ci jaki jest mój. Chyba, że żadnego nie znajdę. Uniósł brew tym swoim seksownym zwyczajem, a ja wyszłam powoli, czując w żołądku narastającą satysfakcję oraz jego wzrok. Zdziwione, zaintrygowane spojrzenie. Zbyt zaaferowana tym spotkaniem – które było przecież zaplanowane i oczywiste, a które zrobiło na mnie wrażenie chyba jeszcze większe niż gdy przyniósł mi dowód, postanowiłam kupić ciasto w cukierni. Wiedziałam, że i tak by nie wyszło. Oglądając słodkości przez szybę starałam się na zimno ocenić swoją sytuację. – To tylko facet, Danka. Sama się nakręcasz. Nic szczególnego – szeptała mi ta mądrzejsza część mnie, podczas gdy ta druga, dominująca, stwierdziła, że gówno ją to obchodzi.
Widok wychodzącego z łazienki męża, wciąż delikatnie pachnącego szamponem i płynem do kąpieli rozbudził we mnie drzemiącą agresję. Od bardzo dawna nie marzyłam, aby rzucić się na niego, pchnąć na łóżko, by po chwili dręczyć go zębami i paznokciami. Widok Eliasza tego dnia napełnił mnie jednak przekonaniem, że nic innego nie da rady mnie dziś uspokoić. Pragnęłam, aby jutro obudził się z zadrapaniami na łopatkach i aby myślał o nich aż do kolejnej nocy. – Kotku… – wymruczałam, zrzucając z siebie kołdrę. Dziś było mi wszystko jedno, czy światło będzie zapalone czy zgaszone. Czując się tak seksowna nie bałam się, że dojrzę w jego oczach jakąkolwiek oznakę krytyki. – Tak? – wycierał włosy ręcznikiem, nawet na mnie nie patrząc. Dopiero, gdy jego wzrok sięgnął mojej świeżo zakupionej, koronkowej bielizny uśmiechnął się lekko i odłożył ręcznik. – Na takie rzeczy idą moje pieniądze? – odpowiedział, jeżdżąc wzrokiem od moich piersi do podbrzusza. Położył się obok mnie, choć wiedziałam, że jeśli natychmiast nie zareaguję, dzisiejsza noc nie będzie niczym różnić się od poprzednich. Uniosłam się i usiadłam na nim, masując dłońmi jego pierś. Nie sprawiało mi to takiej przyjemności jak kiedyś, gdy była sprężysta i umięśniona, a on nawet pode mną wydawał się taki silny i dominujący. Mimo to pochyliłam się, całując i delikatnie podgryzając jego sutki. – Danka… – mruknął, nie brzmiąc jak zachwycony, bardziej jak zniecierpliwiony. Sięgnęłam do jego ust, zmysłowo, ostrożnie. Zawsze lubiłam tylko takie delikatne pocałunki, gdy stykaliśmy się wargami otuleni wspólnym zapachem i oddechem. Niewyobrażalnie pobudzało mnie to czekanie, gdy łączyła nas tak mała powierzchnia ciała, a ja wiedziałam, że od niego zależy kiedy zatopimy się w pełnym uścisku. On natomiast miał w zwyczaju wpychać mi język głęboko do gardła, jakby zamierzał mnie nim zgwałcić, i obśliniał mnie aż po brodę. Tym razem również złapał mnie za włosy i wtargnął językiem gwałtownie, dłonią uniemożliwiając jakąkolwiek ucieczkę. Nie pozwolił mi nawet się rozkręcić, nie pozwolił wyzwolić drzemiącej energii. Zdusił ją w zarodku, rzucając mnie na łóżko i ściągając bokserki. – Wacek, jeszcze nie! – wyszeptałam, patrząc mu w oczy. Sapnął, a ja widziałam jak wzbiera w nim gniew. – Za siedem godzin wstaję do pracy Danka, więc albo masz ochotę, albo nie. Zazwyczaj w takiej sytuacji kiwałam głową na znak zgody, żeby nie robić mu przykrości. W tej chwili byłam jednak tak zła, że odepchnęłam go mocno, zarzuciłam na siebie kołdrę i odwróciłam się tyłem. – Idź spać, rano wstajesz. Dobranoc.
Dwa jaja sadzone z parówką przyglądały mi się oskarżycielsko. Wiemy o czym myślisz, Danka. Zadźgałam je widelcem, łapczywie pakując do ust. Kolejny dzień w domu. Wacek w pracy. Wszystkie moje byłe przyjaciółki, obecnie znajome – też. Nie dziwię się, że straciły ochotę na spotykanie ze mną. W końcu o czym rozmawiać z kobietą, która nie ma ani pracy, ani dzieci? Która nie zaśmieje się na wieść o flircie z szefem i nie powie konspiracyjnym szeptem: „To jeszcze nic, taka Baśka ode mnie…”. Odetchnęłam głęboko. Leżąca na stole książka zapewne skrywała jakąś niezwykłą, wciągającą historię, ale nie miałam jakoś ochoty jej zgłębiać. Wszystko jest bez sensu, własny mąż nie chce ze mną rozmawiać, zresztą chyba nigdy nie chciał, ale przynajmniej z upodobaniem łapał mnie za tyłek. Uśmiechnęłam się do oślepionego śniadania, przypominając sobie, jaką miał przy tym zawsze spragnioną minę. Nawet matka to dostrzegała, nazywając jego zachowanie „odrobinę niepoprawnym – w końcu on jest już dojrzałym mężczyzną, a ty ledwo od ziemi odrosłaś”.
Nic tak nie wprawia w zadumę od niezaspokojonych pragnień. Prawie z wściekłością związałam włosy w kucyk i zabrałam się za obieranie jabłek na kompot. Co pewien czas musiałam przywracać się do porządku, wprost zmuszając do uświadomienia co właściwie robię. B.B King nie chciał mnie pocieszać, three o’clock blues wprawiał w rytm biodra, narzucając myśl o rozbieraniu. Danka, jabłka. Danka, nóż, no cholera jasna! Prawie ukroiłaś sobie palec! W otępieniu, nie czując bólu przyglądałam się kwitnącej na opuszce kropli. Zamigotała radośnie i ciesząc z wolności skierowała się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil brudnopis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…