Co na to Albert? cz. III
Wacek włączył radio. Leciał jakiś marny pop, w rodzaju tego, w którym są cztery zdania i mnóstwo jęków.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
– Nie Eliasz, nie tutaj – zarzuciłam mu ramiona na szyję, przytulając mocno. – Zanieś mnie na górę.
Na schodach, mocno wtulona w jego pierś rozkoszowałam się magicznym zapachem, jednocześnie uświadamiając sobie, że nic nie wiem o tym człowieku. Nie wiem ile ma lat, jakie ma wykształcenie, co oprócz książek kocha… Nie wiedziałam nawet jak nazywała się jego pierwsza dziewczyna, czy mieszka w mieście czy poza nim… Posiadając tak małą wiedzę oraz tyle wątpliwości zaufałam mu jednak tak bardzo.
Położył mnie na jeszcze ciepłej pościeli, uśmiechając się kącikiem ust. Dawno nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. Ujął moją dłoń i przybliżył do ust, całując po kolei wszystkie palce dokładnie i nieśpiesznie, zostawiając na nich gorące ślady warg. Nie miałam siły mu przeszkodzić. Cokolwiek chciałby zrobić wtedy ze mną, byłam całkowicie bezbronna. Rozbroił mnie spragniony czułości umysł. Gdy wszedł we mnie, westchnęłam i zagryzłam wargę. Było w tym takie zdziwienie, ekscytacja, odrobina bólu i tyle rozkoszy, jakbym doświadczała tego po raz pierwszy w życiu. Spojrzałam mu prosto w oczy. Były zaćmione pożądaniem, pierwotnym pierwiastkiem, tak dzikie i zwierzęce, że przez chwilę budziły we mnie wręcz strach. Instynkt. Zapewne takie samo spojrzenie ma człowiek podczas ucieczki przed niebezpieczeństwem czy podczas zadawania ostatecznego, śmiertelnego ciosu. Takie same, półprzytomne spojrzenie Eliasz miał właśnie teraz wypełniając mnie tak niezwykle, do bólu i jeszcze dalej, na skraj szaleństwa. Uśmiechnął się do mnie i pocałował delikatnie, jakby sam akt penetracji nie miał dla niego wielkiego znaczenia. – Mocniej – wyszeptałam pomiędzy pocałunkami, a on spełnił moją prośbę nagle i brutalnie. Równocześnie biorąc mnie tak zajadle, tutaj, na łóżku, w którym sypiałam z mężem i masturbowałam się myśląc o nim, równocześnie gdy było mi tak nieznośnie dobrze, że pragnęłam krzyczeć aby przestał; chwycił mnie za dłoń tak czule a zarazem władczo… Krzyknęłam, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz, jakiego nie doznałam nigdy wcześniej. Osiągnęliśmy ten szczyt razem, równocześnie, a po moim policzku potoczyła się samotna łza. Położył się obok, a ja wtuliłam się w niego, jakby nie miał przede mną już żadnych tajemnic. Nagie, spocone ciała, miarowe oddechy i te dwie splecione dłonie znaczyły dla mnie więcej niż jakiekolwiek obietnice, które mógłby w tej chwili wymówić. Zdradziłam w tej chwili siebie, swoje własne obietnice, przyrzeczenie, że nie pozwolę sobie się w nim zakochać. To było silniejsze ode mnie. Jego ramiona były silniejsze niż moja wola, a przy tym najrealniejsze ze wszystkich materialnych rzeczy na świecie.
Niestety, nie należałam do Eliasza i zasypiając z jego ramieniem pod głową miałam świadomość, że obudzę się sama. Okazało się być dużo gorzej – pierwszym widokiem, jaki ujrzałam po otworzeniu oczu była zaniepokojona twarz Wacka. – Chora jesteś, Danka? – spytał, zdejmując ubrudzoną ziemią koszulę. – Nie, Wacek, wszystko w porządku – odparłam, odgarniając włosy z twarzy. Leżałam wtulona w kołdrę, ułożoną obok na kształt człowieka, zarzucając na nią ręce i nogi. Mąż dotknął moich ud, krzywiąc się nieznacznie. – Ale jesteś gorąca, coś cię chyba przewiało. Termometr ci z dołu przynieść? Coś do picia, co? Ciastka kupiłem, jak chcesz to możemy tam nie jechać w ogóle. Da się jej ten prezent innym razem.
Ogarnęła mnie bezzasadna złość. Wacek, do cholery, krzyczała moja dobra strona, czy nie widzisz, że ta suka cię zdradza? Jak możesz pytać, czy by się czegoś nie napiła, może pogłaszcz ją jeszcze po głowie? Jak możesz być taki ślepy? – Się cała aż trzęsiesz i pocisz – to brzmiało prawie jak oskarżenie. – Nie, naprawdę, nic mi nie jest, w porządku. Zebrałam się do kupy, schodząc z łóżka i idąc w kierunku łazienki. – Zaraz się wyszykuję i pojedziemy, jak by to wyglądało? Po prostu taka jest dziś senna pogoda, przysnęłam i już.
W samochodzie było całkiem przyjemnie. Przytulnie, a na dodatek pachniało trawą i kwiatami, jakbym przebywała na zewnątrz, a nie w blaszanym pudełku. Wacek pracował w swoim sklepiku z prawdziwym zacięciem człowieka, który robi za dostawcę, księgowego, specjalistę od marketingu i – na drugiej zmianie – ekspedienta. Do wszystkiego w życiu doszedł sam. Spojrzałam na niego z tym samym obrzydzeniem, jakie towarzyszyło mi od poprzedniego dnia, ale również jakby z odrobiną szacunku. Oto miał dom, samochód i rodzinę, w postaci jednoosobowej zabawki na utrzymaniu, choć większość jego kolegów z podwórka chlała pod blokami albo robiła na czarno na budowie.
Złapał mnie za kolano, pieszczotliwie z odrobiną tej figlarności w oczach, która od czasu do czasu przebijała przez skorupę lat. Jakby młody Wacek próbował wydostać się spod tych wszystkich warstw i mrugnąć wesoło. – Jakaś skwaszona dziś, Danka. – Zdaje ci się.
Jechaliśmy dalej w milczeniu, ja z nosem w szybie, obserwująca jadące z naprzeciwka samochody. Zastanawiałam się, ile w ciągu tych uciekających minut mogłabym dowiedzieć się od Eliasza, a ile on ode mnie, czym byśmy się zaskakiwali, co odkrywali w sobie… jakby to było w jego małym samochodziku, co mówiłby w tej chwili…
Wacek włączył radio. Leciał jakiś marny pop, w rodzaju tego, w którym są cztery zdania i mnóstwo jęków. Najwyraźniej przypadł mu do gustu, bo zaczął wybijać rytm na kierownicy. Przez chwilę wyobrażałam sobie, jak traci nad nią panowanie, jak wjeżdżamy w drzewo i oboje wypadamy przez przednią szybę. Mamy zgruchotane kości, ja krzyczę z bólu, Wacek podryguje spazmatycznie, a to wszystko w rytm słów: „Bejbe, your legs are soo cold!” - O, bramę nam otworzyli – obwieścił po dwudziestu minutach jazdy.
Mała na widok prezentów aż zapiszczała z radości, rzucając się Wackowi na szyję, i prowadząc go do stołu. Cały czas opowiadała przy tym, że koleżanka mówiła jej o tej pięknej książce i że miała ją sobie kupić. Oczywiście słowem nie wspomniał, że była to moja inicjatywa. Przemykałam za nimi jak uśmiechający się, gorliwie przytakujący cień. Na wszystko, o czym mówili szybko pojawiała mi się w głowie jakaś celna, zabawna riposta, ale zanim zdobyłam się na odwagę żeby wypowiedzieć ją na głos, zmieniano temat.
Matka małej, Zosia, zawsze była dla mnie uprzejma i próbowała mnie rozśmieszyć, była jednak tak wyrazistą i dobrze wykształconą osobą, że bojąc się zbłaźnić zazwyczaj zdobywałam się jedynie na: „naprawdę?” lub „Tak, masz rację”. Miała pełne prawo uważać mnie za pustą ignorantkę. – Wacek mówił, że ostatnio czytasz jeszcze więcej niż zwykle. Może byś mi coś doradziła, bo lektury mi się kończą? – zagadała przyjaźnie, sięgając po kawałek ciasta – jeśli mi nie pomożesz, zostanę wtórną analfabetką. Wpatrywałam się w jedzone przez nią ciasto, jakby stanowiło ostatni bastion mojej godności. Przecież to zwyczajny, rażący ekshibicjonizm – „powiedz mi co czytasz, a powiem ci, jakim jesteś człowiekiem”. Po tylu latach znajomości musiała spytać mnie o to, czego najbardziej się boję – swoje życie duchowe mam dla siebie! Czy nie woli wiedzieć na przykład, jak dużego ma jej brat? Może by na to zmienić temat? – Czytałam ostatnio ciekawą książkę dla kobiet, może nie dla kobiet, ale dla kogoś obdarzonego kobiecą wrażliwością. To chyba coś niszowego, mogę ci ją przynieść przy okazji – spojrzałam na zaskoczonego Wacka. A co, kurwa, myślałeś że twoja żona nie umie używać słów typu „wrażliwość”? Zagryzłam kanapkę, jakbym odgryzała jego głowę i kontynuowałam, opanowując złość. – To o mężczyźnie szukającym celu w życiu. Bardzo dużo w tym erotyki, zagłębia się w niej, w zasadzie… – przed oczami stanął mi obraz prężącego się Eliasza. Jak prężył się każdy mięsień, każda część jego ciała. Szukając odpowiedniego słowa wprost drgnęłam na myśl o jego języku i palcach, zatapiających się… – tonie w przyjemnościach, żeby pod koniec już ich nie odczuwać.
Zosia patrzyła na mnie z uwagą, jak na psa, który zaczyna śpiewać kolędy. Mina Wacka wyrażała delikatnie mówiąc kpinę, natomiast mała siedziała z łokciami opartymi na łokciach i przechyloną głową, uśmiechając się wesoło. – Jak ciociu przyniesiesz to ja też przeczytam – zadeklarowała się, a ja poczułam się jak zdobywca wielkiej góry, góry zwanej zainteresowaniem, i to nie byle kogo, bo kogoś kto ma dwóję z czytania ze zrozumieniem i sięga jedynie po paranormalne romanse. – To ta, którą czytałaś w kiblu, czy znowu co innego? Mój skarłowaciały rezon, który właśnie dążył do erekcji po dziesięciu latach impotencji, opadł skurczony i zmizerniały. – Tak, ta – odpowiedziałam dogryzając kanapkę. Gdyby zaczęła sączyć się z niej jego krew, chłeptałabym ją łapczywie. – Oj, Wacek, nieważne gdzie się czyta, tylko co. Pora na tort! – teatralność Zosi przydawała się czasem, zwłaszcza do wychodzenia z niezręcznych sytuacji. Klasnęła w ręce, wstała z krzesła i stanowczym ruchem kobiety silnej i energicznej pociągnęła mnie w stronę kuchni. Dekorowałam ciasto wbijając świeczki zachłannie i agresywnie, tak że przeraziłam siebie samą. Na resztę wieczoru zamknęłam się w sobie, odtwarzając coraz to na nowo rozkoszne uczucie w podbrzuszu, jakiego dostarczał mi Eliasz, gdy Wacek siedział w tych swoich
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil brudnopis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…