Wróć do katalogu

Córka.

Pierwszy rozdział powieści. Przedstawienie postaci.

GRAF@, opublikowano , 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Córka.

Gospodyni. Widząc wychodzącą z mieszkania młodą kobietę, gospodyni znieruchomiała z mopem w ręku. Nie przepadała za jasnowłosą mieszkanką trzeciego piętra będącą, zdaniem pani Zuzy, chodzącą obrazą moralności. Pięćdziesięciotrzyletnia gospodyni nie dawała się zwieść ani eleganckim ubraniom, ani niewinnej twarzyczce dwudziestokilkulatki. Miała jednoznaczną opinię o kobietach mieszkających samotnie, a już zwłaszcza o tak zwanych „studentkach”. Nie wierzyła w przypisywany młodzieży pęd do wiedzy zwłaszcza, gdy dotyczył on przedstawicielek płci pięknej. - Chłopa szukają i tyle. - Mruczała pani Zuzanna, ścierając podłogę zamaszystym ruchem. Oczywiście daleka była od stanowiska, aby młode kobiety pozostawały w panieńskim stanie zbyt długo! Zdaniem rencistki (opiekowanie się budynkiem było jej dodatkowym zajęciem załatwionym przez szwagra, wiceprezesa spółdzielni) im szybciej dziewczęta poznają uroki małżeństwa, tym szybciej „durnoty wywietrzeją im z głowy”. Bogiem a prawdą, pani Zuza sprowadzała uroki małżeństwa do jednej czynności; jednak, jako osoba o dobrych manierach, w życiu nie wyartykułowałaby na głos jasnych i ciemnych stron małżeńskich powinności. Nawet z zbożnym w celu nakłonienia przedstawicielek nowego pokolenia do powrotu na drogę tego, co wypada, a czego nie. -Za moich czasów…- Zrzędziła pod nosem starsza pani maczając mopa w wiadrze. Odprowadziła wzrokiem lokatorkę mieszkania nr 8; energiczny krok schludnie ubranej kobiety wzbudził w gospodyni kolejną falę niechęci. „Studentka! Akurat!”- Myślała. Ku oburzeniu pani Zuzanny mieszkanka trzeciego piętra była w budynku bardzo lubiana. Starsi ludzie zachwalali jej wysoką kulturę osobistą i uczynność, młodzi zaś polubili uśmiech i swobodny sposób bycia. Jednak gospodyni nie dała się zwieść. Młoda kobieta była wcieleniem zła, zaś sposób w jaki skradła serce pozostałych mieszkańców kamienicy jednoznacznie świadczył o jej nadzwyczajnych zdolnościach do manipulacji. Ktoś kiedyś zapytał gospodynię, po czym można poznać źle prowadzącą się dziewczynę. Był to nastolatek z sąsiedniej klatki schodowej, który zapragnął znaleźć jednoznaczne kryterium „dobierania sobie panienek”. Choć pani Zuza podejrzewała, że młody człowiek stroi sobie z niej żarty, postanowiła wykorzystać okazję do przekazania cząstki zgromadzonej przez lata wiedzy o świecie i ludzkiej naturze. - Kurwiki w oczach. - Odpowiedziała z pełnym przekonaniem. – Takie dziewczyny poznasz po dziwnie błyszczących oczach. Zdaniem gospodyni oczy lokatorki spod ósemki aż strzelały iskrami. Dlatego właśnie trzymała się od niej z daleka. * Piekarz. Z każdą minutą kolejka po pieczywo wydłużała się; Marcin Rogal, piekarz w czwartym pokoleniu (kiedyś jego przodek uznał, że nazwisko jest wskazówką daną mu od Boga, postanowił więc wypełnić Jego wolę rzucając budowlankę na rzecz bułeczek z makiem) uwijał się za ladą swojego niewielkiego sklepu. Choć dwie pomocnice bardzo sprawnie obsługiwały narastającą falę klientów, Marcin potrafił włączyć się do pomocy w najlepszym ku temu momencie, nie zakłócając rytmu ich pracy. Przeważnie jednak jego działania sprowadzały się do przynoszenia pełnych skrzynek słodkich bułeczek, specjalności jego zakładu. To z ich powodu co rano przed piekarnią ustawiała się kolejka pracoholików, którzy zaopatrywali się w całe pudła przysmaków, wzmacniających ich przez cały dzień. Właściciel z pewną dumą patrzył na wydawane w zawrotnym tempie wypieki z makiem i lukrem, wiśniami, czereśniami, śliwkami, brzoskwiniami, a także z serem, budyniem, galaretką a nawet ptasim mlekiem. Przepisy wymyślane i doskonalone przez trzy pokolenia, owocowały teraz z nawiązką. Młody, raptem trzydziestoletni piekarz, był właścicielem małego sklepu, ogromnej kuchni i świetnie prosperującej hurtowni wyrobów piekarniczych. Zatrudniał trzech piekarzy, dwóch pomocników, dwie pomocnice, księgową i sprzątaczkę. Odniósł niezaprzeczalny sukces, który jednak nie uszedł uwadze osób absolutnie nie związanych z przemysłem kulinarnym. Młody szef przystanął na chwilę, patrząc ponuro na to, co zostało z witryny sklepowej. Szklarz właśnie wydłubywał z ramy pozostałości ogromnej szyby rozbitej przez „chuliganów” wczorajszego wieczora. Była to już trzecia witryna w tym tygodniu i piekarz szczerze wątpił, by policja zdołała powstrzymać bandziorów przed kolejną dewastacją jego lokalu. Jego niepokój był tym większy, iż czuł się odpowiedzialny nie tylko za sprzęt, ale i za swoich pracowników. „Panowie biznesmeni” dali mu wyraźnie do zrozumienia, że w przypadku braku współpracy, oni także mogą ucierpieć. Zjawili się w jego sklepie przed dwoma tygodniami i, jak gdyby nigdy nic, oznajmili, że jego działalność została objęta dodatkowym podatkiem w wysokości 10% dochodów. W pierwszej chwili, jak ostatni naiwniak zapytał, z jakiego tytułu ma być naliczany nowy podatek, jednak beznamiętna odpowiedź „Za ochronę”, natychmiast przywołała mu na myśl sceny z tych kilku gangsterskich filmów, jakie kiedyś oglądał. Niewiele myśląc wyrzucił ich za drzwi mając gorącą na nadzieję, że przegania drobnych cwaniaczków szukających u niego szczęścia. W głębi duszy jednak spodziewał się kłopotów. I rzeczywiście doczekał się ich. W pierwszej kolejności zniszczono mu samochód; widok przebitych opon, wybitych szyb, pociętej tapicerki i zdartego lakieru prześladował Marcina bez przerwy. Następnie dwukrotnie zastał drzwi od mieszkania otwarte na oścież, z tym, iż za drugim razem zdemolowano mu całe wnętrze, nie oszczędzając nawet akwarium z rybkami, które w ostatnich chwilach swojego życia, poznały smak płynu do mycia naczyń. Zdesperowany Marcin za każdym razem wzywał policję, której wcześniej zgłosił próbę wyłudzenia haraczu. Ku swojemu bezgranicznemu zdumieniu, został przez funkcjonariuszy potraktowany jak histeryk. -Mafia? Tutaj? – Dziwił się senny posterunkowy, nieśpiesznie wypełniając protokół wezwania. – Filmów się pan naoglądał! To na pewno jakieś dzieciaki. Tymczasem sprawy przybierały coraz gorszy obrót; na szybie wystawowej zaczęły pojawiać się obelżywe napisy, zaś jedna z pracownic przyznała, że dwukrotnie była śledzona przez podejrzanie wyglądających osobników. W dniu, w którym witryna sklepowa eksplodowała po raz pierwszy, roztrzaskana czerwona cegłą, dwóch gangsterów (nazywających siebie „ludźmi interesu”) złożyło mu drugą wizytę; przycisnąwszy go do ściany, tym samym pozbawionym emocji głosem wyłożono mu, iż pozostał mu tydzień na podjęcie jedynej słusznej decyzji. „Później nie będzie tak miło” – zapewnił go jeden z nich. Teraz, stojąc za ladą pękającego w szwach lokalu, Marcin Piekarski odliczał godziny do upłynięcia ultimatum; pozostało mu ich dokładnie dwadzieścia. Choć widział całą beznadziejność sytuacji, wrodzony optymizm nie pozwalał mu na popadnięcie w kojące uczucie beznadziei, jakie cechuje osoby godzące się z porażką. Piekarz postanowił walczyć do końca; arsenał broni gazowej, gromadzonej i ukrywanej w każdym pomieszczeniu, świadczył wyraźnie o rozmiarach jego determinacji. Pracownicy byli świadomi sytuacji i wspierali szefa w jego działaniach, jednak nawet oni nie wiedzieli, że zaopatrzył się on także w broń ostrą, niewielki pistolet skrywany obecnie pod białym fartuchem. Jego uwagę przykuła postać wchodząca właśnie do sklepu. Atrakcyjna blondynka zlustrowała wybitą szybę, by następnie przenieść uwagę na Marcina. Znał ją z widzenia; była jedną ze stałych klientek, entuzjastką, jeśli dobrze pamiętał, bułeczek z nadzieniem brzoskwiniowym. Piekarz wielokrotnie próbował zmusić się do wyartykułowania jakiejś błyskotliwej uwagi w jej obecności, jednak po kilku nieudanych próbach dał sobie spokój. Zresztą przeczuwał, że młoda kobieta nie byłaby nim zainteresowana. „Nie moja liga”- pomyślał smutno. Zapakował trzy bułeczki do papierowej torebki. Nie pomylił się. Podał jej pakunek, zanim jeszcze zdążyła skończyć składanie zamówienia; poczuł się skrępowany, gdy spojrzała na niego ze zdziwieniem. Uśmiechnęła się i podziękowała, na co nieszczęsny piekarz zdołał odpowiedzieć tylko zduszonym „proszę”. Choć i tym razem także nie zdobył się na powiedzenie niczego oryginalnego, Marcin poczuł, że odniósł jednak jakiś sukces. Na moment zapomniał o trapiących go zmartwieniach, które zbladły wobec faktu, że oto zwrócił na siebie uwagę najpiękniejszej z klientek.

** Chuligani Spluwa i Kisiel patrzyli ponuro na rzekę mijających ich ludzi. Była dopiero ósma, jednak obu chłopców już dręczyło potworne pragnienie. Rozparci na osiedlowym murku zerkali posępnie na tłum przemieszczający się chodnikiem pod ich stopami. Mur od strony osiedla miał najwyżej półtora metra wysokości, jednak od strony ulicy, wysokość ta wynosiła już ponad dwa metry. Biorąc pod uwagę rozmiary kaca i intensywność mdłości, które dręczyły ich od pobudki (czyli od opuszczenia komórki wujka- producenta najlepszego bimbru w dzielnicy), zdecydowali się poprzestać na godnym, statycznym zaleganiu, darowując sobie zwyczajową zabawę w rzucanie kamieniami i plucie na przechodniów. Na to przyjdzie pora wieczorem, gdy już się nawalą. Problem w tym, że Spluwa (w rzeczywistości Artur Biczołek, tegoroczny absolwent pobliskiego gimnazjum) wcale nie był pewny, czy do wieczora uda im się pozyskać fundusze na kolejną libację. Ze smutkiem skonstatował, że podczas nocnej awantury została zniszczona cała maszyneria wuja. Spluwa wiedział, że gdy do właściciela komórki (leżącego obecnie na wznak w kałuży własnych wymiocin) dotrze rozmiar zniszczeń, on i jego paczka (sprawcy wieczorno-nocnych wydarzeń) będą musieli mieć się na baczności. Wujek po pijaku może i sprawiał wrażenie nierozgarniętego dziadunia, jednak całe podwórko wiedziało, że trzy wyroki za pobicie z użyciem niebezpiecznego narzędzia nie wzięły się znikąd. Wujaszek potrafił stać się bardzo nieprzyjemny, gdy nadepnąć mu na odcisk. Spluwa obawiał się, że rozbicie precyzyjnego systemu rurek w maszynerii Wujka, i pozbawienie go tym samym źródła zarobków, podpada pod definicję „nadepnięcia na odcisk”. Tymczasem, wraz z Kisielem (Andrzejem Bierczakiem, kolegą ze szkolnej ławy) przyglądali się ponuro frajerom, „mróweczkom nieświadomym swej małości”, jak ująłby to Wujek w przypływie oratorskiego natchnienia. Obaj chłopcy gorąco wierzyli w wizję niesprawiedliwego świata, kreśloną im przez starszego pana w chwilach upojenia alkoholowego. Znali na pamięć tyrady na temat „zachłannych skurwysynów w limuzynach”, „pieprzonych cinkciarzy w garniturkach”, oraz „żałosnych mróweczkach, trybikach w machinie pierdolonego kapitalizmu”. Jednak Spluwa i jego banda znaleźli sposób na uczynienie „mróweczek” jeszcze bardziej użytecznymi. Nic tak nie reperuje podupadającego budżetu, jak zawartość kilku portfeli; grupka chłopców z osiedla robotniczego wiedziała to najlepiej. Nigdy nie tracili okazji i mieli oczy zawsze szeroko otwarte. Nawet w tej chwili, siedząc w oparach niestrawionego alkoholu, chłopcy lustrowali okolicę z bezwzględnością doświadczonych kryminalistów. I w końcu, dobrze po dziewiątej, wypatrzyli to, czego szukali. Oto na horyzoncie pojawiła się kobieta około trzydziestki, ciemnowłosa turystka z planem miasta w dłoniach. Chłopak podejrzewał, że wysiadła z jednego z pociągów osobowych, zatrzymujących się czasem na pobliskiej stacji. Teraz zaś zmierzała prosto w kierunku „ich ulicy”, czyli drogi prowadzącej do samego serca ich osiedla. Wielki plecak („na pewno firmowy!” – przemknęło Spluwie przez myśl) w widoczny sposób ciążył kobiecie, spowalniając jej ruchy. Chłopak otrząsnął się, zmuszając ospałe zmysły do reakcji, po czym szturchnął kolegę i zeskoczył na ziemię. Kiślowi nie trzeba było nic mówić, wystarczyło mu jedno spojrzenie, aby połapać się w sytuacji. Obaj świeżo upieczeni absolwenci gimnazjum mieli nadzieję, że turystyczna mróweczka zaopatrzyła się w zapas gotówki. I nie rozczarowali się. Zaatakowali szybko i sprawnie, bez zbędnych pogróżek czy żądań. Pomogli im koledzy, którzy pojawili się znienacka, jakby wyrośli spod ziemi; równie skacowani, jednak zawsze lojalni. Spluwa, jako lider, doskoczył pierwszy, uderzając kobietę pięścią w twarz i poprawiając kopniakiem w podbrzusze. Zaskoczona próbowała zasłonić się mapą i uskoczyć w bok, jednak siła uderzenia wytrąciła ją z równowagi. Wielki plecak pociągnął ją gwałtownie, wspomagany przez dwóch uczepionych do niego wyrostków. Rąbnęła o ziemię wyrzucając w powietrze nogi i ramiona; Spluwie natychmiast nasunęło się porównanie z żuczkiem przewróconym na plecy. Szybko jednak odsunął od siebie ten obraz. Był przecież w pracy. Z całej siły kopnął ofiarę w twarz, łamiąc jej żuchwę i - być może - kość policzkową. Słysząc cichy bulgot i widząc czerwoną pianę zalewająca kobiecie zmasakrowaną twarz, nabrał rozpędu i przypieczętował swoje dzieło miażdżąc nos i wargi. Dostrzegł saszetkę przypiętą do jej pasa; rodzaj torebki podróżnej, mającej być formą zabezpieczenia przed kradzieżą. Wskazał ją palcem kolegom, którzy – po wymierzeniu kobiecie kilku profilaktycznych kopniaków w żebra- odcięli pasek jednym szybkim ruchem scyzoryka. Spluwa był dumny ze swoich chłopców. Wszyscy byli uzbrojeni i potrafili posługiwać się nie tylko nożem, czy stalowym prętem ale nawet, gdyby zaszła taka potrzeba – bronią palną. Podczas gdy Kisiel patroszył…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych