Ćpunka...
...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ĆPUNKA
Nienawidzę. To jedno, jedyne słowo ciśnie mi się na usta choćbym nie wiem jak mocno pragnął je od siebie odciągnąć. Nienawidzę. Leżę na podłodze wpatrzony w jeden ciemny punkt na suficie. Leżę i nienawidzę. Wszystkiego. Kiedyś byłem całkiem inny. Życie było inne, marzenia były inne, plany, nadzieje... A zresztą to wszystko teraz i tak nie ma już żadnego znaczenia. Nic już się nie liczy. Nieważne co było, bo to przeszłość do której nie da się powrócić. Nieważne co będzie, bo nic nie będzie. Przyszłość przecieka mi przez palce. Chciałbym ją zabić, zadusić, aby nie nadeszła. Nie chcę jej, nic już nigdy nie będzie tak jak być powinno. Jest tylko Teraz, teraźniejszość której tak nienawidzę i od której nie potrafię się uwolnić. Czy ja w ogóle chcę opowiedzieć tę historię? Znowu? Kolejny raz? Przecież w mojej głowie każdego dnia przerabiam ją wciąż od nowa i od nowa... Tak bardzo prosisz? Wszyscy proszą, tylko po co? Co to da? Co to zmieni? A, że inni... No dobra, może i inni coś zrozumieją... Może...Wątpię. Ludzie są źli. Czemu tak myślę? Jakbyś był mną to byś wiedział. Na szczęście nie jesteś i Bogu dziękuj za to. *** Kiedy wszystko się zaczęło miałem siedemnaście lat. Myślisz pewnie dzieciak, co taki wie o życiu...A jednak... Wiesz, wiek nie odgrywa większej roli jeśli chodzi o psychikę. Może i wyglądałem jak dzieciak ale czułem się dojrzały. W pewnym sensie byłem dorosły. Trochę jeszcze przygłupawy, taki wariat, ale jednak nie całkiem wypłukany z uczuć i inteligencji. Zawsze byłem wrażliwy. Jak to śmiesznie brzmi... Tak jakby kogoś w ogóle to obchodziło. Jak jesteś wrażliwy to albo nikt tego nawet nie zauważa, bo przeważnie się z tym kryjesz, albo wręcz przeciwnie- śmieją się z ciebie i obrywają na siłę z pancerza którym się zasłoniłeś. No ale nieważne. Jak pierwszy raz zobaczyłem ją to leżała na śniegu. Poważnie. Cała była biała i oblepiona białym puchem. Nie wstawała przez dłuższą chwilę więc podszedłem. Była zupełnie sama, był dość późny wieczór. Podszedłem i zagadnąłem. -Hej, wszystko jest ok? Wywaliłaś się hmm? Boli cię coś? Wstawaj.- Wyciągnąłem rękę a ona popatrzyła na mnie wielkimi, niebieskimi oczami z nieskrywanym zdziwieniem. – Coś nie tak? –Spróbowałem chwycić ją za rękę, ale się wyrwała. –No dobra sory, jak tak bardzo chcesz to sobie leż w tym śniegu, najwyżej będziesz chora... –Już miałem odejść i dać sobie z nią spokój, ale się odezwała. -A co cię to w ogóle obchodzi?- Nie mówiła jednak tego wrogo ani gniewnie. W tym pytaniu było tyle bezradności, że aż ścisnęło mnie za serce... Nie będę kłamał, że od razu się w niej zakochałem, bo to nie prawda. To była zwykła ciekawość. Idziesz sobie a tu dziewczyna leży w śniegu i nie wstaje. No to podchodzisz... Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć... No bo w sumie to ma racje, to nie moja sprawa. Uczepiłem się jednak tej jej bezradności i spróbowałem jeszcze raz. -No daj spokój, chciałem tylko pomóc.- Jej oczy zdawały się zrobić jeszcze większe, a z ust wyrwało się ciche westchnienie. Powoli zaczynałem mieć jej dość. Zachowywała się dziwnie a ja wtedy jeszcze nie byłem do tego przyzwyczajony. Gdy przyjrzałem się jej z bliska zauważyłem że nie ma rękawiczek a sino-czerwone ręce trzyma zagrzebane w śniegu. Zaczynało mnie to wkurzać, więc po prostu, ignorując jej opieranie się postawiłem ją na nogi. Nie odezwała się do mnie żadnym słowem. Tylko patrzyła. To było nie do zniesienia, więc wybuchnąłem. -Możesz mi w końcu powiedzieć co się z tobą dzieje? Zachowujesz się jak nienormalna!- Sam nie wiem skąd brało się we mnie tyle odwagi. Normalnie byłem raczej nieśmiały, ona jednak była jakaś inna... Nie traktowałem jej wtedy jak dziewczyny tylko jak człowieka... Dziwnego...chorego, stukniętego? Odwróciła się wtedy i odeszła. Stałem jak ogłupiały na chodniku i nie wiedziałem co robić. Zostawić to tak jak jest, czy może coś jeszcze zrobić? Zdążyła odejść już dosyć daleko, kiedy się zdecydowałem, że jednak za nią pójdę. Pobiegłem i zrównałem z nią krok. Nawet nie drgnęła. Jakby mnie nie widziała. Szliśmy tak bez słowa dobrych kilka minut. Nagle spojrzałem na nią i zobaczyłem, że ma na policzkach łzy. Objąłem ją próbując pocieszyć, a wtedy zatrzymała się, odwróciła do mnie twarzą i roześmiała przez łzy. -Jesteś taki śmieszny koleś.- Wtedy, gdy tak pierwszy raz stała przede mną dotarło do mnie jaka jest krucha i malutka. Nie sięgała mi nawet do ramienia. Była bardzo słodka ale też odpychająca.- Jesteś ŚMIESZNY!- Krzyknęła histerycznie, wbiegła do najbliższej klatki schodowej i tyle ją widziałem. Jeszcze długo słyszałem trzask zamykających się za nią drzwi. Co wtedy o niej myślałem? Sam nie wiem. Że jest dziwna. Skomplikowana. Tak naprawdę to przecież nic o niej nie wiedziałem. Mijały jednak kolejne dni, a przed oczami ciągle widziałem jak leży w tym śniegu...Chodziłem do szkoły, wygłupiałem się z kumplami, a jednak ciągle wracał do mnie tamten wieczór gdy ją spotkałem. W szkole nigdy jej nie widziałem, doszedłem więc do wniosku, że musi chodzić do innej... Ta, odkrywcze, wiem...Minęły jakieś dwa tygodnie, a dalej nigdzie jej nie spotkałem. Zacząłem nawet chodzić w tamte okolice. Kręciłem się w około osiedla i bloku w którym zniknęła. Bez skutku. W końcu po jakieś trzech tygodniach dałem sobie spokój. Nie chodziłem, nie szukałem, nie myślałem. No może jeszcze czasami, ale coraz mniej. Powoli zapominałem...jak wyglądała, o czym rozmawialiśmy... Pewnego dnia zadzwonił do mnie Grzesiek, mój najlepszy kumpel. Umówiliśmy się z grupą znajomych na dyskotekę. Byliśmy w połowie drogi gdy nagle ją zobaczyłem. Stałem i patrzyłem. Nie wiedziałem co robić. Nie widziała mnie i zaczęła odchodzić. Wiedziałem, że jeśli nic nie zrobię, to znowu zniknie. Rzuciłem Grześkowi, że później do nich dołączę i pobiegłem za nią. Wydawała się mnie nie poznawać. Czułem się głupio, może się pomyliłem i to wcale nie ona? Kiedy jednak przyjrzałem się jej twarzy, byłem pewny, że to ona. Patrzyła na mnie bez słowa rozbieganymi oczami. Wyglądała dziwnie, jakoś tak niewyraźnie. Było mi jakoś tak smutno, że mnie nie pamięta. Przecież to zrozumiałe, widzieliśmy się tylko raz... Nie odzywałem się, a ona chyba czekała, aż coś powiem. W jej oczach widziałem wzbierający gniew. Palnąłem głupio: -Jestem Rafał wiesz? Chyba mnie nie pamiętasz? Szkoda. Spotkaliśmy się jakiś czas temu, tam na twoim osiedlu, ty byłaś, ja...przypominasz sobie? -Nie.- Tym krótkim słowem ucięła rozmowę i odeszła. Patrzyłem chwilę za nią i odwróciłem się. Postanowiłem, że dam już sobie z nią spokój, była jakaś nienormalna. Nagle jednak usłyszałem dziwny huk. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem jak leży na chodniku. Podbiegłem. Była nieprzytomna. Znałem się trochę na pierwszej pomocy, uczyli nas tego na PO. Wziąłem ją na ręce i położyłem na najbliższej ławce. Rozpiąłem jej kurtkę, poluzowałem kołnierzyk bluzki. Uniosłem jej nogi do góry i czekałem. Już po kilku sekundach otworzyła oczy. Poderwała się z gniewem i chciała coś krzyknąć jednak głos się jej załamał. Była bardzo słaba. Podtrzymałem ją i pomogłem usiąść na ławce. Strzepnęła moją rękę z ramienia. Zagadnąłem: -Jesteś strasznie nerwowa. Przecież to nic wielkiego, każdemu się może zdarzyć. Ja też kiedyś zemdlałem, jakiś czas temu. Nie ma się czego wstydzić, naprawdę. A tak nawiasem to zauważyłaś, że zawsze jak się spotykamy to leżysz?- Była wściekła więc się wycofałem.- No dobra, dobra to był tylko taki żart. Lepiej się już czujesz? Może odprowadzę cię do domu? -Ja nie mam domu.- Zastanowiłem się nad sensem tych słow. Spojrzałem na nią... Na jej firmową kurtę, niezniszczone dżinsy, fajne buty... -Jak nie masz? Coś tu kręcisz koleżanko... A te ubrania? Nie wyglądasz na osobę która nie ma domu. Bo chyba ich nie ukradłaś co? -Nie. Ty nic nie rozumiesz. Nie mam domu tak wewnątrz. To znaczy tak psychicznie. Nieważne zresztą, i tak nie zrozumiesz. -To może mi wytłumacz, opowiedz, może wtedy uda mi się zrozumieć? -Ale po co! Ty taki wesoły, pewnie masz kochających rodziców, siostrę, brata i rybki i myślisz, że cały świat jest cudowny. Ale nie jest koleś, nie jest, jasne? -No tak, mam. Poza rybkami wszystko się zgadza, ale czy przez to jestem gorszy i nie zasługuje na to żebyś ze mną porozmawiała? Może po prostu się boisz? -Boje?! Boję się? Czego niby? Ciebie?! A co ty mi możesz zrobić?- Odgarnęła z czoła kosmyk jasnych, długich, lekko potarganych włosów. -Nie mnie ale siebie samej. Boisz się, że ktoś powie ci prawdę o tobie co? Że pozbawi cię złudzeń bycia biedną, pokrzywdzoną przez los dziewczyną, która... -TY IDIOTO! Ty bezczelny idioto! Nic o mnie nie wiesz! Nie znasz mnie ani mojego życia, więc daj mi wreszcie spokój, odczep się ode mnie!- Pamiętam ten dzień jak dziś. Poczułem się głupio. Może ona naprawdę ma jakieś problemy? Siedziałem tak bijąc się z myślami. Dziewczyna po tym ataku wściekłości siedziała bez słowa zapatrzona w niebo. Zrobiło się późno. Była prawie pełnia. Zza bloków wyłaniał się niemal idealnie okrągły księżyc. Nagle mój wzrok padł na jej ręce. Jedną pocierała czoło jakby bolała ją głowa, drugą trzymała się krawędzi ławki. Była mała, blada, z obgryzionymi bardzo krótko paznokciami i...trzęsła się. Chwyciłem ją za tą rękę i zamknąłem w swojej. Nie obchodziło mnie już czy na mnie nakrzyczy. Nie zrobiła tego. Odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Miała jakoś tak dziwnie zamglone oczy. Nie spytałem o to. Nie spytałem już o nic. Czekałem. Nagle uśmiechnęła się. Poczułem się dziwnie. Ścisnęła mocniej moją dłoń i zaczęła mówić... -W moim domu wszystko wydaje się być idealne. Nigdy nie brakuje nam pieniędzy. Zawsze wyjeżdżamy na wakacje. Mam wszystko czego chcę. Kasę na kino, dyskoteki, ubrania, kosmetyki... Mam co jeść, gdzie spać. Mam wszystko, a tak naprawdę nie mam nic. Jestem jedynaczką. Tata pracuje w firmie ubezpieczeniowej. W wolnych chwilach zdradza mamę. Mama otworzyła swój własny zakład dentystyczny. W wolnych chwilach zdradza tatę. Oboje o tym wiedza, oboje udają, że nic takiego nie ma miejsca. Myślą, że jestem ślepa i niczego nie widzę. Jedyny temat na jaki rozmawiamy to moje oceny i to czy mi czasem nie potrzeba pieniędzy. Mam już starannie zaplanowaną przyszłość- mam być dentystką i przejąć po mamie jej zakład. Tylko że nikt się mnie nawet nie zapytał czy tego chcę. A nie chcę. Nikt nie pyta dlaczego nie mam przyjaciół, dlaczego nigdy nie miałam chłopaka, chociaż mam już siedemnaście lat, prawie wszystkie koleżanki w mojej klasie z kimś się już spotykały albo spotykają. Nikt nie pyta czy jestem szczęśliwa. Nikt nie zatrzymuje dłużej na mnie wzorku, nikt nawet nie zauważył, że jestem... No dobra, nieważne.- Rozpłakała się. Jej drobna dłoń zamknięta w mojej ręce drżała teraz jeszcze mocniej. Było mi strasznie przykro. Nie wiedziałem jak mogę jej pomóc. -Przepraszam. Za tamto wiesz, że taki dla ciebie byłem. Ja...nie wiedziałem. -Ok., nieważne. To nie ma znaczenia. Mną i tak nikt się nie interesuje. -Dlaczego tak mówisz? Na pewno kiedyś spotkasz kogoś kto cię pokocha, kogo ty sama będziesz chciała kochać, kogoś... -Nie. -Nie? -Nie. -Ale dlaczego?- Czy myślałem już wtedy o sobie? Chyba trochę tak. Powoli zacząłem sobie wyobrażać, że się nią zaopiekuję. Widziałem jak idziemy razem, objęci. Rozmawiamy. -Nigdy nie będę umiała nikogo pokochać. Boję się bliskości, boję się, że ktoś mnie skrzywdzi. Poza tym ja już chyba nie wierzę w miłość.- Wyciągnęła rękę z mojej i zadrżała.- Chyba lepiej będzie jak już pójdę. -Chciałem coś powiedzieć jednak uciszyła mnie spojrzeniem. Bałem się że stracę ją na zawsze. Nie chciałem, żeby kolejny raz tak po prostu odeszła. Krzyknąłem za nią: -Powiesz mi chociaż jak masz na imię? -Andżelika.- Andżelika, Andżelika... jak echo odbija się jej głos w mojej pamięci. To takie ładne imię... Bardzo mi się spodobało. Było takie oryginalne. Nie znałem żadnej innej Andżeliki, kojarzyło mi się tylko z nią. Nie umówiliśmy się, a jednak kiedy szedłem następnego dnia o tej samej porze w tamte okolice, już z daleka zobaczyłem jej drobną postać siedzącą na ławce. Gdy tylko podszedłem rzuciła mi się na szyje, przytuliła i zaczęła ze śmiechem opowiadać jakąś historyjkę. Z początku czułem się trochę zdezorientowany, po chwili jednak udzielił mi się jej nastrój i siedzieliśmy razem śmiejąc się głośno. Momentami jej śmiech brzmiał nieco histerycznie, wmówiłem sobie jednak, że tylko mi się tak wydaje. Była taka wesoła i inna. Zupełnie nie przypominała tamtej dziewczyny, której poznałem. Sam nie wiem która podobała mi się bardziej. Przy tej czułem się szczęśliwy, wyluzowany. Pamiętam, że nawet spytałem ją o to: -Co ty jesteś dzisiaj taka wesoła? Ślicznie wyglądasz kiedy się śmiejesz.- Nie odpowiedziała tylko przytuliła mnie i pocałowała. Tak po prostu, spontanicznie. Kiedy przerwaliśmy zauważyłem, że jej oczy jakoś dziwnie się świecą...Wtedy jednak jak kretyn wierzyłem, że to od zakochania, ze szczęścia. Następne tygodnie wspominam cudownie. Nie widywaliśmy się zbyt często, Andżelika tłumaczyła to masą nauki. Chodziła do prywatnego liceum, a rodzice wymagali od niej samych piątek. Wierzyłem jej. Przeważnie spotykaliśmy się tylko w weekendy. Były to jednak niezapomniane chwile. Zastanawiam się teraz ile jeszcze tkwił bym tak ślepo oddany i zapatrzony, gdyby nie pewne wydarzenia... Zadzwoniłem rano, w sobotę, żeby umówić się na wieczór, chciałem ją zabrać do kina. Po drugiej stronie odpowiedziała mi cisza. Dzwoniłem tego dnia jeszcze wiele razy, bezskutecznie. Chciałem do niej pójść, jednak kiedyś mi zabroniła. Mówiła, że jej rodzice nie życzą sobie żadnych gości, a poza tym nie chce, żebym poznał „takich chorych ludzi.” Wydawało mi się to dziwne, ale cóż miałem robić? Nie dała mi nawet numeru na domowy, miałem więc tylko komórkę, a ta milczała jak zaklęta. W końcu zrezygnowany poszedłem z Grześkiem na bilarda. Na jego pytanie- czemu nie mam randki z Andżeliką, powiedziałem, że musiała jechać z rodzicami do rodziny. Grzesiek kiedyś ją poznał i stwierdził, że jest strasznie dziwna. Raz wesoła i zwariowana, a raz wściekła i zła niewiadomo o co. Wolałem więc nie wgłębiać go w szczegóły naszego związku. Moi rodzice też ją poznali. Zabrałem ją kilka razy do domu. Najpierw trochę się opierała, ale później wydawała się być całkiem zadowolona. Moja rodzinka była ok. Młodsza siostra znalazła z nią kilka wspólnych tematów. Do domu wróciłem dość późno. I wtedy zaczął się ten dziwny tydzień. Dzwoniłem każdego dnia, ale nie odbierała. Pisałem esemesy, nie odpisywała. Przychodziłem na jej osiedle, na naszą ulubioną ławkę-pustka. Nie wiedziałem co się dzieje i co ze sobą zrobić. Bałem się, że gdy pójdę do jej domu to się obrazi. Tak bardzo prosiła, żebym tego nigdy nie robił, a była taka nerwowa. Z drugiej jednak strony strasznie się bałem, że może coś jej się stało. W końcu nie wytrzymałem i w czwartek po szkole poszedłem. Poszukałem na domofonie nazwiska, takie jednak nie widniało na liście. Cóż, pewnie mają mieszkanie po babci...Z klatki akurat ktoś wychodził, więc przytrzymałem drzwi i wszedłem do środka. Drugie piętro, tak jak mówiła, po lewej. Drzwi były białe, nieoklejone, brudne. Zawahałem się. Może pomyliłem klatki? Przecież jej rodzice mieli być bogaci...Wróciłem się i sprawdziłem jeszcze raz. Wszystko się zgadzało- pierwsza klatka. Zapukałem. Cisza. Zapukałem. Głos- Chwileczkę, chwileczkę, już idę! Kroki, szczęk zamka. -Dzień dobry, nazywam się Rafał, ja do Andżeliki.- Pulchna kobieta w szlafroku, zupełnie nie podobna do Andżeliki spojrzała na mnie i ze śmiechem odparła: -Chyba się pomyliłeś. Tutaj żadna Andżelika nie mieszka, ja jestem Gosia. -No, ale pani córka... -Mam tylko syna. -Jest pani pewna...? -Tak, jestem pewna, chyba wiem kogo rodziłam. Musiałeś się pomylić. Do widzenia.- Zamknęła drzwi, a ja stałem jak wryty i nie ruszałem się z miejsca. Byłem w szoku. Poczułem się oszukany, jakby ktoś wylał mi kubeł lodowatej wody na głowę. Poszedłem do domu i zamknąłem się w swoim pokoju. Słuchałem głośno muzyki zastanawiając się co się stało, dlaczego mnie okłamała. Bała się, że mimo obietnicy będę ją nachodził? Uczepiłem się tej myśli, wierząc, że jeszcze nie wszystko stracone. Najgorsze było jednak to, że nie miałem teraz nic oprócz tej komórki, która wciąż milczała. Napisałem kolejnego esemesa. Mniej więcej: „Kochanie, odezwij się, martwię się o ciebie. Proszę odpisz.” Znowu odpowiedziała mi cisza. Już wiedziałem jak boli cisza w odpowiedzi na wołanie. Wściekły rzuciłem telefonem o ziemię i zasnąłem. W ciągu kilku następnych dni miotały mną sprzeczne uczucia. Na przemian to chciałem rzucić wszystko w diabły i dać sobie z nią spokój, to znowu tęskniłem i byłem gotowy zrobić wszystko, byle tylko ją odnaleźć. Siedziałem w szkole po godzinach na dodatkowych zajęciach, byle tylko mieć jak najmniej czasu na myślenie. W domu grałem na komputerze i szedłem spać. I tak raz siedząc na korytarzu i czekając na kółko chemiczne...(kto by pomyślał, że lubię chemię.) podeszła do mnie jedna dziewczyna z pierwszej klasy. Czułem, że się na mnie gapi, jednak postanowiłem ją zignorować. Może wyglądałem trochę smutno, ale co to kogo obchodzi? Ta jednak zagadnęła. -Hej, co tu siedzisz taki smutny- Wzruszyłem ramionami w nadziei, że da mi spokój i sobie pójdzie. Ona jednak nie dała za wygraną...- Halo, słyszysz mnie? Wszystko gra? Idziesz na kółko z chemii? Ja też, pierwszy raz, muszę poprawić sprawdzian. Pani całkiem fajna co nie? A jak to jest w drugiej klasie? Bardzo dużo nauki? Bo wiesz ja... -Sorry, ale nie mam nastroju na rozmowę.- Podniosłem się i odszedłem kilka kroków. Po dłuższej chwili jednak, kiedy wchodziliśmy już do klasy, znów zagadnęła: -Moja kumpela, Edyta mówi, że umawiasz się z tą, z tą...narkomanką! -Słucham?- Patrzyłem na nią i nie docierało do mnie to, co mówi. To było zupełnie bezsensowne. -No z tą Andżeliką...Słyszałam o niej różne rzeczy...-Przewróciła znacząco oczami.- A co, to prawda? Spotykacie się? Trzymaj się lepiej od niej z daleka.-Z daleka, z daleka...Powoli prawda zaczynała do mnie dochodzić. Kawałki układanki zaczynały do siebie pasować. Dziwne, zmienne nastroje, mętne lub błyszczące oczy, kłamstwa...Wzburzony wybiegłem z klasy. Błąkałem się kilka godzin po parku. Nie chciałem wierzyć tej dziewczynie, temu co mi powiedziała, jednak wszystko wskazywało na to, że ma rację...Że Andżelika, moja Andżelika! Jest ćpunką...Czułem, że muszę to wszystko wyjaśnić do końca. Byłem rozdarty. Zły, wściekły, oszukany, ale też tak strasznie za nią tęskniłem i wciąż miałem nadzieję, że to jakaś pomyłka. Po prostu musiałem się z nią zobaczyć. Choćby ostatni raz. Wysłuchać co ma do powiedzenia. Zadać jedno, jedyne pytanie- DLACZEGO? Następnego dnia odnalazłem więc przyjaciółkę tej Aśki, Edytę i wypytałem o szczegóły. Powiedziała, że nie zna Andżeliki osobiście, ale taki koleś z jej osiedla jest dilerem, handluje narkotykami, wszyscy się go boją i ona kilka razy gdy była z psem na spacerze, widziała ich razem. Ten Paweł dawał jej jakieś dziwne woreczki, ona mu chyba pieniądze. Widząc, że robię się coraz bardziej załamany, przerwała i uśmiechnęła się.- Nie martw się na zapas, to wcale nie musi być tak, to może tylko tak wygląda, ale w rzeczywistości... -Dobra, daj spokój. Dziękuję ci za wszystko. Czy mogę mieć do ciebie prośbę? -Pewnie. -Czy mógłbym tam pójść z tobą? Tam, gdzie ich widywałaś. Chciałbym przekonać się na własne oczy...-Edyta zgodziła się. Była naprawdę w porządku. Dopiero trzeciego dnia udało się nam go zobaczyć. Poczułem silną nienawiść do tego kolesia. Był kilka lat starszy, że ze dwa, trzy...Chodził w kółko i spoglądał na zegarek, jakby na kogoś czekał. Ten ktoś jednak nie nadchodził. Tym kimś mogła być moja Andżelika. Kiedy zaczął się oddalać, pożegnałem się z Edytą i poszedłem za nim. Trzymałem się w znacznej odległości, żeby…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kimi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…