Cup of tea and Toblerone
Opowieść o nostalgii za gorzką żołądkową, miłością większą od zauroczenia, snem bez koszmarów i porankiem bez kaca. W międzyczasie obsuwy, numery i akcje, mniej i bardziej prawdziwe. (...Następnie wytłumaczyłem czarnemu, gdzie mieszka i poinstruo
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cup of tea and Toblerone
Obudził mnie Limp Bizkit- Eat You alive. Wyłączając budzik odpaliłem papierosa. W ostatniej ćwiartce koniaku Martel została kropla niewystarczająca na ugaszenie oślepiającego płomienia zmęczonej wątroby. Wstałem, uporządkowałem doznania i odszedłem do klozetu. Z pokoju Miszy Griszy dobiegał dzwięk jakiejś smętnej melodii. - You there profe- zapytałem po angielsku. Odpowiedziała cisza. Odlałem się, wziąłem szybki prysznic, ubrałem i odnalazłszy zmrożoną ćwiartkę Martela w lodówce przystąpiłem do konsumpcji. Pozwalając minimalnym dozom substancji gasić błękitne płomyki ognia. - Oooo Mr Lukas już na chodzie- Misza Grisza wygramolił się z barłogu w samych gaciach. - Owszem profe, dziś jest Ten dzień- odparłem. Upiłem odmieżoną dawkę z butelki podsuwając Miszy Griszy pod nos. Pociągnął krzywiąc się wulgarnie. - Zdenerwowany- zapytał, uśmiechając się szeroko co zawsze czynił aby ukryć własne nerwy, a co w istocie nadawało jego księżycowej twarzy jeszcze bardziej kretyńskiego wyrazu. - Za późno na nerwy Profe, nic teraz nie pomogą. Jedyne co mi zostało to wyprostować się i krokiem pewnym i stanowczym wdepnąć w jaskinię jebanych węży. - Eeeee… zobaczysz wszystko będzie dobrze- powiedział- pewnie oddadzą ci paszport, uniewinnią… - Zobaczymy- uciąłem zimno wpatrując się czas jakiś w okno i pustą jeszcze ulicę. - Jak chcesz pójdę z tobą. - Nie ma potrzeby, za kilka godzin musisz iść do pracy, a i tak nie wiadomo ile to może potrwać. Kiedy odwróciłem się w jego stronę, spuścił wzrok. Odpalił papierosa z mojej paczki i odebrał smsa. - To Emma, życzy powodzenia- oznajmił. - Pozdrów ją więc i nie dziękuj, bo będzie mi potrzebne- rzuciłem na odchodnym, wraz z papierosem, bardziej za okno, na ulicę, niż do niego.
Deszcz siąpił leniwie, niebo miało kolor zadymionego papierosami pokoju, a ja stałem pod arkadami przyglądając się nielicznym jeszcze przechodniom. Sophie napisała mi, że właśnie zaparkowała i zjawi się wkrótce. Zapaliłem papierosa i usiłowałem myśleć o niczym, ale nic z tego nie wychodziło.
Całe to gówno w jakimś sensie zaczęło się z miesiąc temu. Deszcz lał jak dziś, jednak mieliśmy bilety do Portugalii, gdzie święciło słońce i rosły drzewka pomarańczowe. Ja, mój lokator o księżycowej twarzy wiecznie zadowolonego dziecka Misza Grisza i Emma jego szefowa, o której nic właściwie nie wiedziałem, oprócz może tego, że miała 25 lat, ciemne włosy i sztuczne cycki, a Misza Grisza wzdychał do niej zawzięcie od momentu, kiedy go poznałem. Bezskutecznie. Na lotnisku odwiedziłem znajomego barmana, i stosownie zabawiwszy się szklanką lot przespałem w całości. Bywałem w Porto wcześniej, toteż pokazałem im, co i jak. Spędziliśmy tam cztery wesołe noce. Za dnia pływając w oceanie, wieczorami gorsząc poważnych turystów w malowniczych kafejkach nad rzeką Duoro. Pijaliśmy najlepsze wina i zajadaliśmy smażone ośmiornice. Obserwowaliśmy miejscowe dzieciaki łapiące gołębie z deptaku biegnącego wzdłuż rzeki, tylko po to by topić je w rzece ku zgorszeniu dorosłych, wąsatych przechodniów, grożącym i upominającym ich co chwila. Pierwszej nocy wylądowałem z nią w łożu i Amor nawiedził nas oboje, jednakże tuz przed przystąpieniem do aktu penetracji Misza Grisza obudził się i zniweczył plany me. - On wcale nie śpi- wyszeptała mi do ucha - Śpi, śpi- odrzekłem zajęty sylikonowymi częściami jej osoby - Trzeba było wziąć osobny pokój, jestem dość głośna... - Zauważyłem- odparłem, i to musiała być prawda, bo prężyła się i wiła jak kot, a nic właściwie Sie jeszcze nie stało. - To nic, zaknebluję cię poduszką- zaoferowałem poważnie pełnym szlachetnej prostoty tonem. - Jesteś pierdolnięty- krzyknęła, chichocząc i bijąc mnie tą poduszką właśnie, następnym razem weź osobny pokój kretynie. Wtedy też Misza Grisza zapalił papierosa, i poprzez ciemność czułem smutek jego. Gęstą i czarną rozpacz człowieka zakochanego tragicznie. Dramat jego położenia pojąłem w całej rozciągłości bawiąc się jej gumką od majtek, toteż dałem spokój i wypiwszy resztkę wina z Jezusem na plakietce zasnąłem, czy tez urwał mi się film. Kolejny dzień upłynął nam na pustoszeniu zasobów miejscowych winnic i rozważaniach natury moralnej. Misza Grisza większość czasu prawił o Limonowie i Dostojewskim, chodząc smutny i zdruzgotany, a Eemma śmiała się z niego. Wtedy zrozumiałem, że była mądrzejsza niż myślałem i ta jej szczerość zaimponowała mi. Bo była w niej prosta siła, którą budowały nasze pożądania i ona wiedziała o tym dobrze, jednak sama również potrafiła oddać się temu, kiedy nie dało się inaczej. Ostatecznie zaprzyjaźniliśmy się. Były to dni pełne Róż i wina. Trzy noce minęły jednak szybko i wróciliśmy w mgłę i deszcz.
Ujrzałem Sophie przemykającą chodnikiem z naprzeciwka. Niedbale odrzuciłem papierosa, tuż pod nogi jakiejś starej babce, spojrzenia nasze skrzyżowały się i uśmiechnąłem się do niej życzliwie. - Myślałam, że wyjdziesz po mnie- powiedziała Sophie, patrząc za babką zerkającą na nas spode łba. - Nie bardzo wiedziałem, z której strony parkowałaś, poza tym- wskazałem wystawę jubilera błyszczącą zza mych pleców- wybierałem pierścionek na ślub. - Jaki ślub, o czym ty mówisz? - Nasz ślub, starzejesz się. Uderzyła mnie w ramię. Wyrażając trwogę o stan mego zdrowia psychicznego, ale patrzyła na mnie tymi oczami, które znalem juz wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że zawsze mieszka w nich deszcz, który nigdy nie przestaje padać. Przypomniałem też sobie, kiedy po raz pierwszy ujrzałem ją nagą, a było to gdzieś na plaży i to było tak jakby słońce wyszło zza gęstych chmur, i rozerwało posępny szum tych wszystkich deszczowych dni. Była młoda i ładna. Czarne pokręcone we wszystkie strony włosy, opadające kaskadą na szare, fosforyzujące nocą oczy. Prosty i drobny nos, pełne usta, zazwyczaj wykrzywione w bluźnierczym uśmieszku. Papieros zawadiacko zatknięty za uchem. Jedna z tych, którym chce się wierzyć. Nigdy nie zrozumiałem, co właściwie we mnie lubiła i to był zresztą problem z nimi wszystkimi. - Jesteś gotowy? - Chodźmy tam po prostu, nie myślałem o tym wcale. Szliśmy przez deszcz. Miejsce mego niedawnego uwiezienia majaczyło we mgle i brakowało tylko człowieka śpiewającego piosenkę o kocie. - Brakuje tylko człowieka śpiewającego piosenkę o kocie. Jestem pewien, że gdzieś tutaj siedzi, ale schował się przed deszczem, jeszcze go usłyszymy. Przeczytałem gdzieś, że w takich wypadkach, to niezbędne dla zachowania konstrukcji opowieści- powiedziałem. - To byłby dobry znak dla ciebie- powiedziała-, ale ty i tak zawsze lądujesz na nogach, choćby niewiadomo, co? Tak będzie i teraz, poza tym masz mnie, jako wsparcie moralne. - Właściwie to nawet nie wiem, którędy się tam wchodzi. Zawsze zjawiam się tam w stanie czasowej amnezji powodowanej zgubnym wpływem nadmiernej konsumpcji spirytualiów. Zaśmiała się, przywierając do mego płaszcza. Tak weszliśmy na komisariat. Oficer Bender przywitał nas ponurą miną. - Kim jest niewiasta- zapytał - Przyjaciółką- odrzekła - Może pani zaczekać na zewnątrz, to potrwa pieć minut. Usiadła w poczekalni na drewnianej ławie obok jakiegoś starca z zatroskanym spojrzeniem, a ja poszedłem za gliniarzem. Zasuwy zgrzytnęły infernalnie, kryminaliści obserwowali mnie, a życzliwe oblicza ich promieniały. Klawisz odśpiewał był rolę swą. Oznajmił mi, iż jestem aresztowany, przedstawił zarzut, który nie miał najmniejszego sensu, a stwierdzał, co następuje:
"...“Threatening, abusive or insulting words or behavior with intent to cause that person to believe that that immediate unlawful violence would be used against him by any person, or to provoke the immediate use of unlawful violence by him whereby that person was likely to believe that such violence would be used, or it was likely that such violence would be provoked…”
- Co to jest, trzy tygodnie temu aresztowaliście mnie za napad z bronią, a teraz okazuje się, że wysyłacie mnie do sądu za przeklinanie- zapytałem, niedowierzając. - Prawo nie myli się nigdy synu- odparł gliniarz. - Kiedy zwrócicie mi paszport i koszulę? - Jaką koszulę? - Tą ze skorpionem, coście ja wzięli podczas aresztowania. - Nie żartuj sobie. - Nie żartuję, ona ma wartość sentymentalną. - Za trzy tygodnie musisz stawić się w sądzie, nie zastosowanie się grozi karą do 12 miesięcy wiezienia lub grzywną. Jakaś kobieta awanturowała się przy dyżurce obok, budząc powszechną wesołość. Ostatecznie sama przyznała się do choroby umysłowej, po czym odmaszerowała pod eskortą do celi. Sierżant Bender odprowadził mnie do drzwi. Zasuwy brzęknęły infernalnie. Znów Byłem wolny. - Jak poszło, oczyścili cię? - A skąd, zmienili zarzut, za kilka tygodni mam sprawę w sądzie. - Dalej z tymi pistoletami? - Nie mieli na to żadnych dowodów, gdyż nic takiego nigdy nie miało miejsca, więc uznali mnie winnym zastraszenia i użycia wulgaryzmów, śmierdzi mi to konspiracją- rzekłem oddając jej do przeczytania wezwanie do sądu. - To bardzo dziwna sprawa. Ten stary, z którym czekałam w dyżurce opowiedział mi o swojej córce. - Co z nią? - Siedzi w celi 24 godziny. Upiła się i nakradła w jakimś sklepie za 1800 funtów. Stary ma nadzieję, że jakiś czas jej nie wypuszczą. - To bardzo miło z jego strony, wyglądał mi na takiego właśnie. - Powiedział, że ona ciągle pije i wcale nie pamięta, co się z nią dzieje wieczorami. Więcej czasu spędza w areszcie niż w domu. - Bardzo interesująca młoda kobieta, wieszcze jej pełną ciekawych przygód przyszłość. Stary mówił coś jeszcze. - Pytał czy ja byłam kiedyś w kłopotach z policją, a potem powiedział, że to nie jego prawdziwa córka, ale adoptowana. - Hehe, jest wiec jeszcze sprawiedliwość na tym świecie- zakrzyknąłem wesoło. - Nie rozumiem. - Za wszystkie dobre uczynki, spotka cię zasłużona kara. Mój ojciec zwykł tak mawiać i nie mogę sobie przypomnieć, z jakiego filmu to wziął. - To wszystko dziwne, stary nie był pewny czy coś jej zrobią za kradzież, a ciebie wysyłają do sądu za przeklinanie, we własnym mieszkaniu... - Wcale nie dziwne, Sophie, jestem Polakiem, w powszechnej opinii potomkiem pradawnych Słowian, czyli alkoholików i złodziei samochodów, w ich mniemaniu, to wystarczający powód, aby stanąć przed sądem. W jakimś sensie, staję przed nim każdego dnia, tylko twarze się zmieniają. - O czym ty mówisz? - Lubię ten kraj, ale sytuacje jakie często prowokują tu inwigilacja społeczna i stawiająca w uprzywilejowanej pozycji mniejszości, poprawność polityczna czasem wkurwiają mnie do czerwoności. Jedyny dowód jaki na mnie mają poza zeznaniem pijaka, i teraz już udowodnionego kłamcy to nagranie z baru, gdzie spokojnie się alkoholizowałem, grając w bilard. Istotna jest interpretacja, fakty mniej. Na każdego znajdzie się jakaś wina. Ten kraj stał się kwestią odpowiedniego dobierania słów. - Przesadzasz trochę, moim zdaniem. - Czyżby? Zmieniono hasła, ale zasada pozostaje ta sama. Tym razem nazywa się to poprawnością polityczną; wyzyskuje się ludzi białych, silnych i zdrowych, na rzecz chorych, kolorowych lub leniwych - społecznych pasożytów. Poza faktem odwrócenia biegunow i nazwy, zamiast sylwetki wąsatego wodza, jest metalowa puszka oraz napis cctv in operation. Uważam, w niedługim czasie wyprze on z waszej flagi czerwony krzyż. - Jesteś niesprawiedliwy. - Wiem, ale aresztowano mnie wskutek fałszywych zeznań jakiegoś pijanego pierdolca, którego wyrzuciłem z własnego mieszkania. Choć nie mają żadnych dowodów mej winy wciąż usiłują mnie usadzić. W każdym normalnym kraju, ten Portugalczyk poszedł by pod sąd za włamanie, lub utrudnianie pracy policji, ale tutaj jest jak jest, aresztują mnie za wygonienie intruza ze swego domu. - Do tego zabrali ci paszport i ulubioną koszulę- powiedziała, podśmiewując się. - I nie chcą oddać- dodałem- Jestem pewny, że serżant, Bender zakłada ją wieczorami przeglądając się w lustrze. - To w tej całej sprawie jest chyba najgorsze, doprawdy, nie wiem jak możesz z tym żyć- powiedziała, a mijaliśmy wtedy pizzerie mojego znajomego, Kurda, który pomachał mi przez szybę.
I cieszyłem się, że była ze mną w tej ponurej chwili. Ale wciąż wracałem w myślach do początku i ten jebany deszcz padał wciąż, i minął prawie miesiąc, a ja miałem wrażenie, iż nigdy nie przestało padać od tamtego wieczora tuż przed wyjazdem do Portugalii, kiedy ponownie ruszyłem w Tango. W Porto zgubiłem telefon, a po powrocie do Anglii Emma zadzwoniła do mojego lokatora i poprosiła mnie do telefonu, i czas jakiś rozmawialiśmy, ale oboje będąc w błogosławionym stanie psycho degradacji alkoholowej nie pamiętaliśmy treści rozmowy. Więc kolejnego dnia zadzwoniłem do niej ja i umówiliśmy się na drinka u niej w domu. Było tam trochę ludzi, mnóstwo alkoholu i kokainy. Jeden półtorametrowy idiota wiódł prym opowiadając niestworzone historie na temat własnych dokonań seksualnych. Kilka dziewcząt słuchało z umiarkowanym zainteresowaniem. Ucichł skonstatowawszy, iż Emma i ja konspiracyjnie udaliśmy się do ogrodu. Emma wyjaśniła mi, iż owy krasnal jest w niej zakochany i nie w smak mu było, że pojechała ze mną i Miszą Griszą do Portugalii. Po pewnym czasie widocznie nieszczęśliwy począł wpatrywać się we mnie z nienawiścią. Życzliwi poinformowali mnie, iż głosił jakieś fundamentalne prawdy na temat narodu Polskiego. Podszedłem doń więc, z nikczemnym uśmiechem malującym się na podłym mym obliczu i pochwaliłem szukając w jego płomiennym spojrzeniu potwierdzenia, wzorową robotę chirurga plastycznego naszej gospodyni. Potwierdził, kipiąc niczym czajnik. Wtedy dodałem, iż cipę ma jednak nieco za wąską, po czym otaksowawszy jegomościa krytycznym wzrokiem dodałem, iż dla niego pewnie byłaby w sam raz, gdyby tylko zdążył kiedyś zbadać. Wykonał gwałtowny zamach, ja odsunąwszy się, podstawiłem stopę i delikatnie popchnąłem go w bark. Siła rozmachu rzuciła go przez otwarte drzwi ogrodowe wprost na rozżarzony grill. Wzniósł się wdzięczny słup iskier a wrzask jego, obłapiającego w locie gorące kiełbaski i steki wprowadził niezapomniane efekty akustyczne. Kiedy nieszczęśnik kulił w trawie przypieczone członki, pocałowałem Emmę, mówiąc coś wytwornie patetycznego a niezbędnego w zachodzącej sytuacji, niepostrzeżenie schowałem czteropak piwa w poły płaszcza mego i ku drzwiom się skierowałem. Potem poszedłem grać w bilard. Akurat mojemu znajomemu barmanowi kończyła się koncesja i zamykał swój lokal na dobre, więc piliśmy za darmo, gdyż grzechem byłoby dać się tym wszystkim butelkom zmarnować, a ja potem grałem w bilard przez wiele godzin i nikt nie mógł mnie pokonać, aż zjawił się taki Portugalczyk. Potem straciłem przytomność i nic więcej nie jest mi wiadome z tamtego wieczora. Kiedy odzyszczyłem przytomność, Misza Grisza, który pił ze mną w barze, opowiedział mi, iż ów Portugalczyk od biliarda czepił się nas w drodze powrotnej i ku memu najwyższemu zdziwieniu dostał był się do naszego mieszkania. Skąd podobnież przegoniłem go przy pomocy wulgaryzmów i gróźb o charakterze biblijnym. - Czy wpierdoliłem temu człowiekowi- zapytałem, nic kompletnie nie pamiętając - Nieee, postraszyłeś go, popłakał się i uciekł schodami przeciwpożarowymi. - Jak to, przecież one są u ciebie w pokoju, a wogóle to, po co on płakał? - Nie wiem, być może jest człowiekiem wrażliwym. Lazł za nami całą drogę, potem powiedziałeś mu, żeby się odpierdolił, ale on jakoś wlazł za nami do mieszkania no i się zaczęło... - Co się znowu zaczęło? - Powiedziałeś mu żeby spierdalał i upadłeś, a on się upierał, że nie zostawi przyjaciela, to ty mu powiedziałeś, ze obetniesz mu głowę, on wylazł przez okno na schody przeciwpożarowe i zaczął płakać, a ty się zezłościłeś jeszcze bardziej i powiedziałeś, że go z tych schodów zrzucisz. - A zrzuciłem go? - Nieee nawet go nie próbowałeś zrzucić, on w końcu przestał płakać i uciekł, a potem chyba spadł z muru, bo usłyszałem jakiś huk. - To go powinno nauczyć, że życie pełne jest zagadek i niewyjaśnionych splotów okoliczności, które nabierają dramatyzmu szczególnie kiedy pije się z obcymi- rzekłem celem podsumowania i poszedłem do pracy. Jednakże w dwa tygodnie później, okazało się, iż powyższe zdanie odnosi się do wszystkich, na tych samych zasadach. Policja, w liczbie sześciu postaci nawiedziła mieszkanie nasze i przeszukała z góry do dołu. Oznajmiono mi, iż zaatakowałem Portugalczyka dwoma pistoletami wyjętymi z szafy i omal nie odstrzeliłem mu głowy. Policjanci byli pod wrażeniem pokoju mego i widoku, jaki roztaczał się na główną ulicę z ogromnego okna. - Nie za głośno ci tutaj wieczorami- zapytał młody gliniarz, będący mniej więcej w moim wieku. - Nie, kluby są na innej ulicy, czasem tylko pijane dupy wrzeszczą czekając na taksówki w bramie, ale i to rzadko- odparłem. - Dobrze mówisz po angielsku. - Mieszkam w tym kraju cztery lata, nie jestem idiotą, choć ostatnie tygodnie zaprzeczają podobnym twierdzeniom. - Sporo czytasz- powiedziała podstarzała pani prokurator, lustrując mój regal z książkami w kilku językach. - Takie hobby, poza alkoholem i niewiastami coś w życiu trzeba lubić. Wstałem z sofy i wyciągnąłem jedną z książek. Podałem ją pani prokurator, zręcznie manewrując kajdankami. - Wiem, że tytuł jest może trochę nie na miejscu, ale to niezwykła lektura- rzekłem, wręczając jej Miasto złodziei, Davida Benioffa. Spojrzała na mnie, oczy błyszczały jej zagadkowo, wytrzymałem spojrzenie, szyderczo się przy tym uśmiechając. Później jakiś przygłupi kurdupel, najniższy z nich rangą, toczył jednostronny dyskurs na temat Polski i Polaków. Nauczył się kilku słowiańskich słów i popisywał się przed przełożonymi, co chwila zwracając się do mnie z prośbą potwierdzenia prawdziwości głoszonych fraz. Żałowałem, że nikt nie poduczył go w dziedzinie wulgaryzmów. Nic mnie tak nie złości za granicą, jak człowiek popisujący się mówieniem dzień dobry i tym podobnych głupstw. - Dobrze mówisz po angielsku- powtórzył ten mały, jakby znajomość języków obcych była dla nich wszystkich nieosiągalna- chciałbym kiedyś mówić na tyle dobrze po polsku, co ty po angielsku. - Proponuje kupić sobie słownik i pozostawić go w toalecie- rzekłem. -Dlaczego tam- zapytał zdziwiony. - Badania socjologiczne dowodzą, iż tam akurat przeciętny człowiek czyta najwięcej. Wiesz jak to jest, ciśniesz kloca, nie idzie, to bierzesz książkę i skupiasz się, na czym innym, zapominasz o sraniu, zwieracze puszczają i hej- gość zrobił się czerwony, a pani prokurator spojrzała na mnie życzliwiej spod którejś z lektur, kilku z nich parsknęło śmiechem- ale co przeczytasz to twoje, ja na klozecie przerobiłem całego Słowackiego. Trzeba oddać, byli mili, nie zrobili nawet zbyt wielkiego syfu i skuli mnie z przodu, nie za mocno. Pistoletów nie znaleziono nigdy, ponieważ nigdy ich nie miałem, a cała ta historia wedle wyjaśnień Miszy Griszy miała zgoła odmienny przebieg. Jednak zaaresztowano mnie, zakuto i pod eskortą dowieziono na posterunek. Była tam taka tablica, na której znajdowały się personalia, powód aresztowania i data. Ja widniałem na szczycie tej szlachetnej listy, i kiedy klawisz pozbawiał mnie paska, butów i papierosów, czytając akt oskarżenia, twarze pozostałych kryminalistów czekających nieopodal pokrywały się mieszanką podziwu, zdziwienia i lęku. A ja na przemian uśmiechałem się szyderczo, lub posępniałem dramatycznie. Potem wsadzili mnie do celi i tak tam sobie siedziałem. Zdrzemnąłem się na jakiś czas, ale nie trwało to długo, gdyż klawisz przyniósł mi formularze w obu językach, pouczające o zasadach traktowania więźniów. Potem przesłuchali mnie i Michała, ponieważ wyszło, że on jeden był w stanie opowiedzieć im coś sensownego o owej feralnej nocy. Pogwarzyłem sobie z prawnikiem, na temat autyzmu i w jakiś czas potem poruszałem się swobodnie wśród szczęśliwej społeczności brytyjskiego imperium. Pozbawiono mnie jednak paszportu i ulubionej koszuli ze skorpionem, w którą to odziany dokonałem rzekomego zamachu. Kilkoro znajomych wyprawiło mi małe party celem uczczenia odzyskanej wolności. Była wódka, gitara i śpiew, a kiedy wyszli, razem z Michałem udaliśmy się do burdelu, aby zakończyć wieczór akcentem humorystycznym i były tam kurwy, które poznaliśmy wcześniej. Pamiętały nas i one nazywały mnie Charlie, ponieważ zawsze, kiedy piłem, to tak się ludziom przedstawiałem, a nigdy w życiu nie zjawiłem się w burdelu trzeźwy. Anglicy zawsze pytali mnie po jaką cholerę łażę po burdelach, kiedy śmiało mogę wyrwać dupę w knajpie. Marudzili, że oni nigdy nie musieli za to płacić i tym podobne banały. A ja nigdy nie potrafiłem wytłumaczyć tego dokładnie, ale łażenie po burdelach tkwiło we mnie od dziecka, gdyż pierwszy raz nawiedziłem dom uciech mając lat czternaście, a później jeszcze wielokrotnie w rozmaitych krajach i było w tym coś z wewnętrznego żartu, który śmieszył tylko mnie, i tak czasami jest najlepiej.
Deszcz padał wciąż, ludzie przemykali skuleni, kryjąc się pod arkadami, szliśmy główną ulicą i wtedy usłyszałem gościa śpiewającego w deszczu. - Mówiłem, że go usłyszymy- powiedziałem triumfując- bez tego gościa z gitarą, cały obraz tej historii byłby nieprawdziwy. - Może i tak, ale on wcale nie śpiewa piosenki o kocie- powiedziała Sophie uśmiechając się. - Może nie, ale ma trzy tygodnie, żeby się nauczyć. Przystanąłem w deszczu i odpaliłem papierosa, wsłuchując się w słowa piosenki, a ten gość stał oparty jedną nogą o witrynę jakiegoś sklepu i śpiewał. Jednak nie była to piosenka o kocie, ale o kobiecie, która być może uczyni go świętym i pomysł ten początkowo wcale mi się nie podobał, jednak odwracając się ujrzałem ją, kryjącą się przed deszczem, kiedy ja zapomniałem zupełnie, że pada. Wtedy uznałem, że tak jest nawet lepiej, a gość z gitara ma rację. Ponieważ to nieistotne, czy jest się gnojem, bandytą, czy zupełnie pechowym idiotą jak ja, zawsze będącym w złym miejscu i czasie, dopóki jest ktoś, kto przejdzie z tobą przez deszcz, i obieca, że kiedyś przestanie padać. Nawet, jeśli ten deszcz będzie tu zawsze i oboje wiecie o tym dobrze. To właśnie jest ta resztka naiwności, którą trzeba w sobie przechować. - Jest jeszcze wcześnie, chodźmy gdzieś na kawę- powiedziałem mądrze i poszliśmy do restauracji, gdzie chadzałem zazwyczaj, żeby upić się posępnie i popatrzyć sobie na ludzi poprzez żółtawy refleks szklanki z Pernodem. Znałem córkę właścicielki. Kiedyś nawet opowiedziałem jej o ostatnich kłopotach i polubiłem ją, bo miała w sobie mnóstwo klasy. Jednak zawsze starała się namówić mnie na te pernody, a ja będąc z natury człowiekiem łatwo ulegającym kobiecym namowom dawałem się skusić. Czasem kończyło się to źle. Kiedyś wypiłem ich tam około dziesięciu, tyleż samo piw i malowniczo straciłem świadomość. Opuściłem lokal zataczając szerokie kręgi, jednakże pożegnałem się wykwintnie i odszedłem w sobie tylko znanym kierunku nic nie rozwalając, co z kolei spodobało się jej. - Jak poszło, wszystko załatwione- zapytała Jenny, kiedy weszliśmy. - Nie do końca- rzekłem wręczając jej kartkę z wezwaniem do sądu. - Tak mi przykro, sądziłam, że będziesz to już miał z głowy. - Być może za trzy tygodnie, choć kto wie, co się jeszcze wydarzy. - Otwarłaś juz? - Właściwie, otwieram za godzinę, ale chodźcie. Rozsiedliśmy się wygodnie, Jenny przyniosła nam te kawy, a kucharz jakieś przystawki. - Dzięki za to- powiedziałem mu. - Nie ma, za co- odparł- to od Jenny, powiedziała, że ci się należy. - Widzę, że masz tu specjalne traktowanie- powiedziała Sophie. - Jak i w każdym ciekawszym lokalu w tym mieście, nigdy nie wiadomo, kiedy to się może przydać. - Czy ty kiedykolwiek przestaniesz się pakować w kłopoty? - Nie wiem, Sophie, ale zbyt jest wcześnie, żeby dyskutować na tematy filozoficzne. - Cóż by się musiało stać, żebyś zaczął żyć jak normalny człowiek? - Jeszcze jedno. Cóż, nie wiem, ja właściwie żyję normalnie, na swój sposób. Zresztą, któż jest normalny w dzisiejszych czasach, spójrz, choćby on- wskazałem na gościa z brodą, właśnie wchodzącego do lokalu. Gość był jakimś tam miejscowym reporterem, i kilkakrotnie już go tutaj widywałem. Kiedyś poprosił był mnie o napisanie dla jego portalu internetowego artykułu traktującego o życiu Polaków w Wielkiej Brytanii. Kadził, iż czasem zdarza się, że materiały z tego portalu nabywają The Sun, Daily Mirror i inne poczytne bulwarówki. Wręczyłem mu kilka swych opowiadań, stwierdził wtedy, że nadają się znakomicie na scenariusze do pornosów i tak zakończyła się moja przygoda z dziennikarstwem w zjednoczonym królestwie. Przywitał się i począł zadawać nam setkę głupich pytań, które zbyliśmy, a potem zapytał o Jenny i powędrował na piętro. - Kto to był- zapytała śmiejąc się. - Kolejne wcielenie Ernesta Hemingwaya. Wierzysz mi teraz? - Wcale o to nie pytałam, zresztą to bez sensu, ty się nigdy nie ustatkujesz- powiedziała. Ona wierzyła w to nie rozumiejąc, dlaczego, a ja nie mogłem jej powiedzieć prawdy, bo już sam się zgubiłem i zapomniałem gdzie to się zaczęło, dla mnie nie było juz odwrotu. Ponieważ mogłem dać jej jedynie opowieść, prostą historię o dziewczynie i chłopcu, którzy idą poprzez deszcz i nic im się nigdy nie uda, bo jedno z nich jest cieniem własnego cienia. Spojrzałem na nią. Siedziała przyglądając mi się uważnie i myślałem o tych wszystkich rzeczach, które mógłbym jej pokazać. Myślałem o włoskich Alpach zimą, gdzie uczyłbym ją jeździć na nartach, o tym jak letnie słońce wypala się na czerwono w Adriatyku od strony krajów bałkańskich, Wenecji latem, czy Barcelonie oraz wszystkich innych miejscach, w których bywałem, które pragnąłem pokazać i jej, ale wiedziałem przecież, że nic z tego nie wydarzy się w tym życiu. Bo to było nie w tej piosence, a gość z gitarą nie mylił się nigdy. - Myślałeś kiedyś, o przyszłości, o tym, co będziesz robić za kilka lat- zapytała z znienacka. - Nie bardzo, jestem typem tu i teraz, pojęcie czasu wymyślili Grecy, żeby nas nim straszyć- odparłem. Sophie uśmiechnęła się kiwając głową z politowaniem. - Czasem trudno z tobą rozmawiać. - Czasem zadajesz pytania jak oficer śledczy. - Czasem mógłbyś odpowiedzieć normalnie. - A ty zapytać wprost i bez ogródek. - O cokolwiek zechcę? - Pytaj, o co chcesz. - Jeśli obiecasz powiedzieć mi prawdę i nie zmyślisz czegoś, co chciałabym usłyszeć, ani nie wygłosisz jakiś kolejnych dziwacznych fraz. - Obiecuję, pytaj- obiecałem, a Sophie wbiła wzrok w szklankę z colą, bawiąc się jednocześnie zapalniczką. - Co by się musiało stać, żebyś został w tym mieście na dłużej. Nie na miesiąc, rok, czy kilka lat, ale na dobre, z własnej woli- zapytała bawiąc się tą zapalniczką i poświęcając jej możliwie jak najwięcej uwagi. - Nie umiem na to odpowiedzieć, nie jestem pewien czy gdziekolwiek zostanę na dobre- powiedziałem szczerze- mam tylko nadzieję, że, jeśli juz to nie będzie to zakład penitencjarny ani dom wariatów. - Myślałam, że tak właśnie odpowiesz. - Tak też i jest. - A jeśli poznasz dziewczynę? - Poznaję ich sporo, gdziekolwiek jestem. Zresztą nie w tym rzecz. - W czym więc. - W jakimś sensie w tym jak dobrze opanuje sztukę porannego loda. - Świnia- krzyknęła uderzając mnie z całej siły pięścią w ramię. Uśmiechnąłem się łagodnie. - To też, a nawet gorzej bo polska świnia! urodzona w pechowym miejscu pod deszczową chmurą wiszącą nad mą głową i podążającą za mną gdziekolwiek się nie udam. - Cóż to ma za znaczenie skąd jesteś. - Nie ma żadnego, jeśli tylko nie urodziłaś się w kraju litra wódki i ogórków, albo jesteś jeszcze prosiakiem. - Myślę że za bardzo się nad sobą użalasz- powiedziała patrząc mi prosto w oczy. Zapalniczka przestała wirowaci w jej delikatnych dłoniach. Uśmiechnąłem się, wzdychając. Nie lubiłem tego typu rozmów, a one przecież zawsze musiały się wydarzać. One wszystkie w jakimś stopniu zawsze domagały się wyjaśnień. Ale tego nie dało się łatwo wyjaśnić bez popadania w śmieszność. Trudno jest wytłumaczyć młodej dziewczynie, jak to jest żyć za granicą bez możliwości powrotu do domu pod groźbą wiezienia tylko dlatego, iż nie skończyło się studiów wyższych. Jak to jest, kiedy kraj uczynił z nas wszystkich głupców, powodując to dziwne uczucie śmieszności samego siebie i groteski. Opowiedzieć o sobie prawdę, kiedy w jakimś sensie wyrzekło sie jej i zastąpiło zmyśleniem, aż do granicy, za którą wszystko jest już tylko złudzeniem, cieniem na wietrze i piosenką w deszczu. - Jeśli patrzeć na to z twojego punktu widzenia to owszem. - Z mojego punktu widzenia? - Sophie, opowiadać o egzotycznym kraju, to tak jakby opisywać zapach, to niemożliwe, jeśli nie możesz porównać go do czegoś, co znasz. Mógłbym opisać ci sytuacje, ale to wciąż będzie tak jakbym opisywal ci drzewo, które ten zapach wywołuje. Kiedy skończę, będziesz wiedzieć w detalach jak to drzewo wygląda, ale dalej nie będziesz w stanie wyobrazić sobie jego zapachu. W ten sposób jego obraz będzie niepełny, nieprawdziwy i nijaki to wszystko. O Polsce nie da sie nic sensownego powiedzieć. - A o UK. - To juz inna sprawa. UK i USA są dwoma nieegzotycznymi krajami świata. Można opisać je w każdym detalu, gdyż straciły zapach i posiadają tylko dotykalną formę, która jest jak beton. - A to niby, dlaczego? - Ponieważ od 63 lat te dwa kraje dyktują innym jak powinno się żyć, sami żyją tak jak mówią żeby żyć, inni natomiast robią swoje? To, się zmienia, ale na szczęście w różnych miejscach z różną prędkością. Kiedyś jednak wszędzie będzie tak samo i wtedy nastąpi czas nudy- rzekłem dopijając resztkę kawy. - Ty jednak nie będziesz sie nudził, nawet, kiedy czas ten nastanie- powiedziała, a oczy jej były jak niebo w tym kraju, błyszczące i pełne deszczu, który zawsze tu był, i nigdy nie przestawał padać. Wtedy zrozumiałem, ze jest kwiatem tej ziemi. Tu zakwitła i kiedyś zwiędnie i nie da się jej przesadzić, gdyż nie przyjmie się w żadnym innym gruncie świata. Gdyż ona i oni wszyscy tutaj potrzebowali tego deszczu i tej wilgoci, podczas gdy ja i mi podobni jesteśmy tylko chwastami, które potrafią rosnąć wszędzie, ale nikt nigdy nie postawi nas na okiennym parapecie, czy kuchennym stole. - Zawsze znajdziesz kłopoty, albo też one znajdą ciebie- ciągnęła- zawsze ujdziesz z nich bez konsekwencji, jak ten kot z piosenki, którą wymyśliłeś, co zawsze spada na nogi. I sądzę, że nie pokochasz nigdy nikogo, aż do momentu, kiedy źle wylądujesz, ale wtedy będzie już za późno, bo to będzie koniec opowieści. - Tak, sadzę, że tak właśnie to wygląda- odparłem i cieszyliśmy sie teraz oboje, aż podeszła Jenny. Zamówiłem piwo i cole dla Sophie. - Tacy jak on nigdy się nie nudzą- rzekła Sophie, do barmanki podającej nam drinki. - Nie, to indywiduum zawsze ma cos szczególnego do zrobienia, to zabawne, ale niewielu już takich zostało- odparła Jenny podstawiając mi kufel pod nos. - To, dlatego, że inni odlecieli do ciepłych krajów, taki nasz wschodni zwyczaj, niebieskie ptaki zawsze odlatują na zimę- powiedziałem ze znawstwem. - Ty jednak zostajesz, policja ma twój paszport i koszulę. - Nie, zostaję specjalnie dla ciebie, tak sobie to tłumacz w ten piękny deszczowy dzień..
Pożegnaliśmy się przed parkingiem. Przytuliła się. Podziękowałem jej za wsparcie moralne i odszedłem w deszcz nie oglądając sie za siebie. Tak właśnie trzeba to czynić. Idąc pewnie, lekko zgarbionym, z papierosem posępnie wiszącym z ust, rękoma w kieszeniach i nigdy, przenigdy nie odwracać sie za siebie.
Resztę dnia spędziłem oglądając filmy, trochę czytałem, trochę pisałem, wysralem się, a efekty zapachowe wprawiły mnie w stan głębokiej zadumy o tematyce dietetycznej. Wieczorem przyszedł Misza Grisza i udaliśmy się grać w bilard, co całe życie miało na mnie wpływ zbawienny. Dźwięk sali bilardowej, przytłumione światło i ten zapach; mieszanka dymu z papierosów i alkoholu, który pozostał w każdej z sal świata, pomimo idiotycznych zakazów palenia. Te ciemne sale, pełne ciszy, skupienia. Amfiteatry doskonałości upływającego czasu i pieniędzy. Cóż, miłość moja do biliarda była ponad wszystko, ponad kobiety, alkohol i inne ważne w życiu rzeczy. Bilard kochałem najbardziej, czasami on też mnie kochał, a wtedy wygrywałem jakieś drobne i miałem, za co pić. Poszliśmy do takiego jednego lokalu, gdzie niemal każdego wieczora było karaoke, oraz dwa stoły bilardowe, na tyłach. Był to bardzo ciemny bar, ze sztuczną mgłą wyłażącą, co jakiś czas spod niewielkiej sceny. Od godziny jedenastej wieczorem oba stoły były oblegane i trzeba było wyczekać na swą kolej. Wygrany zostawał przy stole i tak do 2-3 rano. Znalem tam większość bramkarzy i barmanów, oraz kilku stałych bywalców, którzy grywali tam w weekendy. Kilku z nich ograłem kilka razy w ciekawym stylu. Tego wieczora był tam Patrick. Był niskim, na oko czterdziestoletnim mężczyzną, z blond czupryną. Zawsze, kiedy grał, był tak pijany, iż ledwo trzymał się na nogach. Zawsze też wygrywał. Kiedyś wyjaśnił mi, iż tak właśnie, gra mu sie najlepiej, zaprzyjaźniliśmy się. Powitał mnie wylewnie. Stał prosto, co było zadziwiające biorąc pod uwagę fakt, iż było po dziesiątej. - Jak ci dzisiaj idzie, wygrywa się- zapytałem go. - Nieee, za trzeźwy jestem, mówiłem ci, najlepiej mi się gra, jak piję cały dzień, a dziś dopiero zacząłem i nic z tego nie wychodzi. I przegrał. Potem rozłożył bezradnie ręce i odmaszerował nabyć kolejne piwo. Pograliśmy trochę z Miszą Griszą, ale jakoś bez przekonania, więc znudzeni udaliśmy, się do baru. Trzy następne godziny spędziliśmy prawiąc o Dostojewskim, pijąc tequile i paląc na zewnątrz papierosy. W pewnym momencie udałem się do kloaki celem wyzbycia nadmiaru płynów. Był tam czarnuch, który za kilka monet mył ludziom ręce, wycierał i spryskiwał perfumami. Rozstawił był swój kram z markowymi specyfikami oferując każdemu pijakowi włażącemu do sracza usługi swe. - Może umyję rączki- mawiał z niepewną miną. Niektórych wkurwiał był ten biedny czarnuch, kilka razy widziałem jak ubliżano mu, a był to mały i niegroźny murzyn. Osobiście uważałem, iż trafił z tym swoim biznesem w dziesiątkę. Zazwyczaj dawałem mu się spryskać Hugo bossem, zostawiając jakieś drobne. Kiedyś zapytał mnie skąd pochodzę. Skłamałem mówiąc, iż jestem Niemcem. Poprosił mnie wtedy, czy bym mu nie pomógł znaleźć mieszkania. Zgodziłem się, uznając to za doskonałą okazję na sprawienie wykwintnego żartu towarzyskiego. Podałem mu numer telefonu do jednej Polki, której szczerze nie lubiłem. Następnie wytłumaczyłem czarnemu, gdzie mieszka i poinstruowałem, żeby krzyczał jej pod oknem: Beata kurwo zrucham cię w dupę! Co miało oznaczać: Beata kochanie przysyła mnie Dupe (to ostatnie, przetłumaczyłem czarnemu jako staroniemieckie imię ). Murzyn pojęcia o świecie nie mając uwierzył. Wyjaśniłem mu, iż kwestię swą musi powtarzać, co najmniej przez 20 minut, ponieważ Beata jest kobieta nieprzystępną i podejrzliwą. Następnie upewniłem go by dzwonił do niej śmiało w razie gdyby darcie mordy pod jej oknem nie wywołało pożądanych efektów. Przećwiczyliśmy kwestie i gdy uznałem, iż czarny nabył odpowiedni akcent wysłałem go w drogę, za zapłatę biorąc jedynie świeżego Hugo bossa.
Czarnuch nastroszył się jak jeż widząc mnie obalającego drzwi klopa. - Policja mnie przez ciebie aresztowała- wyjaśnił mi szlachetnymi słowy. - Jak to- zapytałem z kiepsko udawanym wyrazem zdziwienia. - Oskarżyli mnie o zastraszenie i zakłócanie ciszy nocnej. Siedziałem do rana w więzieniu. - Niewdzięczny tułaczu- rzekłem mu- obiecałem pomóc ci znaleźć nocleg, to i znalazłem. Cóż za różnica dla ciebie. Powiedz mi, miałeś ty prąd w tej swojej Afryce? - Czasem brakowało- rzekł czarny zastanawiając się przez chwilę. - Nakarmili cię na policji? - Nakarmili- odparł - Herbatkę z cukrem podali? - Podali... - Proszę, lepiej niż w hotelu. No to, czego kurwa jeszcze chcesz, butelki szampana i kawioru? Kurew do cel niestety nie dowożą- powiedziałem i postąpiłem ku pisuarom, jednakże drogę zagradzał mi olbrzymi Anglik, wrzeszczący na jakiegoś pijanego osobnika. - Pan wybaczy, ale jeśli nie raczy się przesunąć, naszczam na buty- wytłumaczyłem mu. Uśmiechnął się do mnie z niedowierzaniem, a ten, na którego krzyczał uciekł był z klozetu. - Skąd ty kurwa jesteś, chłopcze- zapytał mnie czyniąc groźne miny. - Z magicznego miasta Wrocławia- odparłem rysując znak Batmana kutasem na pisuarze. - A gdzie to jest? - W Europie. - Tacy jak ty przyjeżdżają tu i zabierają nam pracę. - Nie sądzę, abyś chciał moją pracę, oddam ci ją z przyjemnością- powiedziałem mu. - A co robisz? - Pracuję z wariatami- rzekłem, uwagę swą w całości poświęcając szczaniu Batmana. - Eee kurwa, przepraszam stary, ja myślałem, że na budowie robisz. - Ech człowiecze małej wiary- rzekłem- zostało ci wybaczone.. - Sorry, jesteś Ok, a ty, na co sie gapisz czarnuchu jebany- zapytał czarnucha i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mundek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…