Dalej od gwiazd (2)
rozdział drugi opowieści o kolesiach jadących do Barcelony, których los śmiesznie rzuca, uwielbiają niewiasty i nienawidzą organy porządku publicznego
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
2. Twoje imię na ziarenku ryżu
Kilkanaście godzin później nasze tobołki wypadły z pociągu Bratysława- Hel wprost w pył i kurz dworca w Juracie. Odnalazłszy odpowiednio niedrogie pole namiotowe, zapłaciliśmy za tydzień z góry, rozbiliśmy obóz i ruszyliśmy na plażę.
Dzień był ciepły i słoneczny. Na gorącym piasku, niczym krokodyle Nilowe, wylegiwały się stada naoliwionych dobrze cycków. Ciszyliśmy zmysły morską bryzą i szumem fal, dumając nad kondycją świata. Co i rusz podchodziły do nas jakieś dziewczęta z promocjami, zapraszając na imprezy, rozdając ulotki lokali i tym podobne gówna.
Od czasu do czasu Golas namawiał je słowami pełnymi szlachetnej prostoty do sakralnego połączenia dusz poprzez organy płciowe. Chwilowo bez skutku, jednak uśmiechy co niektórych zdawały się sugerować, potrzebę głębokiej ekstazy religijnej.
Wieczorem wróciliśmy do obozu. Wielki, niezastąpiony kucharz- pragmatyk, gotował wieczerzę, marudząc, iż niepotrzebnie roztrwoniliśmy światło dnia na oglądanie się za dupami i cyckami zamiast z marszu przystąpić do interesów.
Skrytykowaliśmy jego chciwość i niezdolność do odpoczynku, argumentując, iż nerwowość jego bierze się z przydługiego okresu abstynencji seksualnej. Następnie gestem nie znoszącym sprzeciwu podałem mu butelkę wina wieloowocowego, co ostatecznie odebrało mu wszelką chęć do dalszych wypowiedzi o tematyce ekonomicznej.
Pole namiotowe było zwyczajnym podwórkiem sporej posesji. Właściciel pozwolił nam korzystać z kuchni i toalet. Oprócz nas rozbity był tam tylko jeden namiot. Wspaniała budowla, przypominająca raczej pałac wzniesiony z płacht i rurek. Właściciel wybył gdzieś i nie mieliśmy możliwości poznać się od razu.
Powrócił tuż przed zmierzchem, niosąc metrowej długości drewnianą skrzynię. Zapoznawszy się zaprosiliśmy go na wieczerzę, poczęstowaliśmy alkoholem, a sprzątnąwszy, wspólnie ruszyliśmy w miasto.
Rafał, okazało się był artystą, rzeźbiarzem. Pochodził spod Krakowa, ukończył tamtejszą ASP. Choć wyglądał na niecałe trzydzieści, miał niemalże dziesięć lat więcej. Był szczupły, nieco niższy ode mnie. Jego krótkie czarne włosy siwiały nieznacznie na skroniach. Szare oczy spoglądały na świat gdzieś z bardzo daleka, a mówiąc, często robił dramatyczne pauzy, jakby poszukiwał właściwych słów, zasępiał się, lub uśmiechał tajemniczo.
- W czym rzeźbisz- zapytał kiedyś Wielki, węsząc chciwie wonie korzyści bijących z posiadania sławnego przyjaciela.
Rafał uśmiechnął się i rzekł:
- W mózgach, rzeźbię w mózgach.
Wyśmialiśmy z Golasem małostkowość Wielkiego, jednak i nas nurtowała dziwna postać, która niechętnie odkrywała karty z talii własnej tajemnicy.
Rafał był człowiekiem nazbyt subtelnej natury aby wyśmiać nasz plan handlu piwem i kawą na plaży. Do naszej opowieści podszedł sceptycznie, choć podziwiał jedność grupy w dążeniu do tego samego celu. Szczerze życzył nam powodzenia. Jego sceptycyzm miał jednak realne podstawy, których my, nie wzięliśmy jakoś pod uwagę. Chodziło mianowicie o Klątwę meteorologów. Cały lipiec bowiem miało padać.
Rankiem zbudził nas deszcz bębniący w plandekę namiotu. Niebo pokryła gruba warstwa nimbo stratusów. Dął wicher. Plaże były puste. Świat na powrót stał się ponurym zaułkiem, z jednym tylko wyjściem.
Trzy dni padało bez przerwy. Rzadkie chwile kiedy słońcu udawało się przełamać ciemności niebios, wykorzystywaliśmy by poszwędać się po okolicy. Dokonawszy dogłębnego rekonesansu miejsc wartych odwiedzania, zalegliśmy pod wiatą z bambusów przy stoliku na ogródku piwnym jednej z otwieranych tu latem knajpek. Sączyliśmy browar wniesiony z sobą, rozlewając go do knajpianych kufli. Fundusze topniały nam z prędkością dźwięku. Nastroje były złe.
Znudzeni, powędrowaliśmy w stronę morza, starając się w huku fal znaleźć odpowiedź, wygrzebać ją z piasku, lub ukraść spod hotelu w którym mieszkał prezydent. Nie było jej tam.
Powlekliśmy więc nogi w odwrotnym kierunku, w stronę zatoki. Licząc na cud, olśnienie lub cokolwiek. I wtedy właśnie cud się zdarzył.
Rafał siedział na murku grzebiąc w czymś między palcami. Drewniana skrzynka jaką nosił za sobą stała teraz rozłożona na drewnianych nogach, a wewnątrz szufladki tkwiły dziesiątki maleńkich buteleczek, rzemyków, długopisów i kilka strzykawek z przezroczystą gęstą cieczą. Para starszych ludzi zapłaciła mu jakieś pieniądze, podziękowała i odeszła. Przywitaliśmy się.
- Wy jeszcze tutaj, zdawało mi się, że wyjeżdżacie- zagaił ten Który Rzeźbił w Mózgach.
- Nie bardzo mamy jak pokazać sie bez kasy, to długa historia.
- Rozumiem, ale z waszej sytuacji płynie nauka moralna, aby na przyszłość częściej oglądać prognozy pogody. Dla mnie zresztą też, ledwo zarabiam na pole namiotowe, żarcie i jakiś alkohol od czasu do czasu kiedy tak leje.
- Co właściwie robisz? Prowadzisz polową wytwórnię heroiny- zapytał Golas wskazując na liczne strzykawki ułożone w sztaludze.
Rafał nie silił się z odpowiedzią. Wręczył za to każdemu z nas po wisiorku. Na cienkim rzemyku wisiał flakonik wypełniony przezroczystą cieczą. Wewnątrz flakonika pływało ziarenko ryżu na którym dobrze widoczne wypisane było imię. Ania.
- Szkiełko i olej stanowią naturalną soczewkę, dzięki czemu ziarenko w środku jest znacznie lepiej widoczne- wyjaśnił Rafał dumny ze swego wynalazku.
- Niezłe kurwa, ale kto to kupi?
- Zdziwilibyście się, dawniej zarabiałem na tym po trzy tysiące złotych dziennie.
Ciężko wyrazić zdziwienie jakie odmalowało się wtedy na naszych obliczach.
- Teraz jest znacznie gorzej. Najwięcej jednego dnia udało mi sie zarobić 600 złotych, co i tak stanowi nienajgorszy rezultat.
- Robisz je na miejscu?
- Jasne to proste jak drut, trwa pięć minut, kasuję kaskę i idę na browara. Zrobić wam po jednym- zapytał otwierając sobie puszkę piwa z sykiem.
- Nie, dzięki, ledwo stać nas na to- rzekłem, odbierając mu piwo i pozbawiając puszkę połowy zawartości- nie wspominając nawet o reszcie nadmorskich przyjemności. Tak w ogóle to robimy dzisiaj grilla na polu namiotowym. Wpadnij, pośmiejemy się, napijemy, jutro chyba jedziemy do Gdańska nająć się do jakiejś pracy, albo chuj wie co.
- W razie czego ukradniemy riksze
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mundek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…