Decyzja za jeden uśmiech
Są chwile, kiedy na naszej życiowej drodze spotykamy kogoś, kto uświadamia nam, że musimy zawrócić, bo coś ważnego przemyka obok nas... Poznaj interesującą historię Pawła i Moniki. Jak ty byś sie zachował(a)na ich miejscu?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
DECYZJA ZA JEDEN UŚMIECH
Siedziałem na miękkim obrotowym krześle, kolejną godzinę wpatrywałem się w monitor stojący na biurku w moim gabinecie. Zmęczenie dawało o sobie znać, raz po raz przymykałem oczy, urywał mi się film. Nagle przypomniałem sobie o spotkaniu w chwili, gdy zerknąłem na mój elektroniczny zegarek. O Boże! To już tak późno- pomyślałem. Jak zwykle się zasiedziałem. Kilka minut później znalazłem się przed budynkiem, podszedłem do mojego luksusowego samochodu i czym prędzej pojechałem. Zastanawiałem się, co znowu jej powiem. Moja dziewczyna nigdy nie była na mnie zła, nawet wtedy, kiedy spóźniałem się na nasze wspólne spotkania. Ona czekała z wytwornymi kolacjami, a ja pracowałem. Niedługo wrócę- dzwoniłem do niej i oczywiście zapominałem. A ona czekała ze łzami w oczach. Coś się psuło. Przeze mnie? Nie, przecież ja pracuję! Daję jej zasrane pieniądze- na sukienki, buty- ma wszystko to, czego zapragnie. To, że często mnie nie ma- no cóż, to tylko efekt uboczny mojego idealnego planu na życie. Od małego powtarzałem sobie, że najważniejsza jest kariera. Życie jest tylko jedno i nikt nie zrobi niczego lepiej za ciebie. Musisz to zrobić sam. Pracowałem w ogromnej firmie marketingowej- Pabloid and work. Tą nazwę wymyślili specjaliści od reklamy. Zasrane dupki, które biorą za swoją pracę górę szmalu. No, ale nasze towary sprzedają się lepiej. W zeszłym roku moja firma zdecydowała się na poważniejszą inwestycję. Chcieliśmy kupić ziemię i wybudować na niej supermarket. Mała miejscowość pod Warszawą- idealne miejsce na postawienie dużego sklepu, w którym ludzie kupią wszystko, czego dusza zapragnie. A supermarket oznacza oczywiście ogromne zyski. Kolejne pieniądze... No jak jedziesz baranie? Idioto, to ja miałem pierwszeństwo. Kto ci dał prawo jazdy? Jakiś kierowca skręcił i wjechał z piskiem opon na ulicę tuż przede mną. Musiałem ostro zahamować, inaczej zdarzyłby się wypadek. Parę minut później zatrzymałem się przy kwiaciarni. To właśnie w niej zawsze kupowałem kwiaty dla Ani. Brałem przepiękny bukiet czerwonych róż i wręczałem go mojej dziewczynie. Złość zawsze jej przechodziła. Potem jedliśmy kolację przy świecach, rozmawialiśmy. Zaparkowałem samochód, zamknąłem drzwi i poszedłem do kwiaciarni zdecydowanym krokiem.
- Dzień dobry, pani Halinko - przywitałem się z dobrze znaną mi sprzedawczynią. Ta bardzo miła kobieta miała już grubo ponad sześćdziesiąt lat. Często rozmawialiśmy ze sobą. Gdyby nie jej babcine rady, zapewne już kilka razy rozstałbym się z Anią. - O, Paweł. Znowu tutaj? - na jej twarzy pojawił się promienny, szczery uśmiech - Co znowu zrobiłeś tej biednej Ani? - Znowu się zasiedziałem w robocie. Wie pani, jak to jest, kiedy się pracuje i pracuje i nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest już tak późno - wytłumaczyłem się. - Oj, Paweł. Już ci tyle razy mówiłam, stanowczo za dużo pracujesz - mówiła zdejmując róże z półki i przygotowując bukiet. - Wiem, wiem. Ale dziś naprawdę nie chciałem się spóźnić, już miałem się zbierać, ale niestety... - wciąż nie dawałem za wygraną. - Dobrze, Paweł, tłumaczy się winny. Kwiaty nie rozwiążą twoich problemów. Pamiętaj o tym. Zrób coś ze swoim życiem. Proszę - podała mi spakowany bukiet, ja wręczyłem jej banknot. - Dobrze, do widzenia, pani Halinko. – pożegnałem się. - Uważaj na siebie, Paweł – powiedziała kładąc rękę na moim ramieniu.
Wyszedłem z kwiaciarni i skierowałem się do samochodu. Nagle zadzwoniła moja komórka.
- Halo Ania. Cześć, już właśnie jadę... - zacząłem rozmowę, gdy usłyszałem jej głos. - Paweł, jadę do rodziców – oznajmiła mi. - Ale jak to? Przecież mieliśmy się spotkać... - nie rozumiałem jej decyzji. - Godzinę temu. Nie mogę dłużej czekać, zadzwonię do ciebie, cześć - pożegnała się. W jej głosie słyszałem zdenerwowanie. Chyba na mnie.
Super, po prostu świetnie. To po co ja kupowałem te kwiaty? Przecież nikomu innemu ich nie dam. Niby z jakiego powodu? Muszę je wyrzucić. Nie zostaję mi nic innego, jak wrócić do pracy. Odwróciłem się i skierowałem się w stronę kosza na śmieci stojącego przy kwiaciarni. Nagle wpadłem na jakąś kobietę.
- Przepraszam, zamyśliłem się - zareagowałem od razu - To ja przepraszam - ona szukała czegoś w torebce.
Oboje podnieśliśmy na siebie wzrok. Byliśmy ogromnie zaskoczeni naszym przypadkowym spotkaniem.
- Monika?! Kopę lat - krzyknąłem i od razu ją przytuliłem. - Paweł, co za spotkanie - ona odwzajemniła uścisk.
Po chwilę puściłem ją z objęć i zmierzyłem wzrokiem.
- Jak zwykle przepięknie wyglądasz - skomentowałem. - Dziękuje, jak zawsze prawisz mi komplementy –powiedziała z pięknym, szczerym uśmiechem. Tak go lubiłem, był taki słodki. Tak dawno go nie widziałem...
{i}Świece oświetlały pomieszczenie, w pokoju unosiła się przepiękna woń kwiatów, które stały w wazonie. Przez okno pukał księżyc, który również chciał dołączyć swoim blaskiem do mnie i do Moniki. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie na krzesłach przy stole. Ona była taka szczęśliwa. Uśmiechała się i śmiała, tryskała szczęściem.
- Kocham cię, najdroższa - powiedziałem ciepłym głosem. - Ja też cię kocham – mówiła nie odrywając ode mnie wzroku.
Wstała z krzesła i podeszła do mnie. Uśmiech wciąż nie schodził z jej twarzy. Usiadła mi na kolanach.
- Ale ty jesteś ciężka – zażartowałem - Pięciotonowy słoń. - Znalazł się chudziutki - zrewanżowała się.
Pogrążyliśmy się w namiętnym i długim pocałunku. Jej usta były takie wilgotne, romantyczne, czułem ją w sobie, była częścią mnie. Poprosiłem ją, żeby wstała, sam po chwili zrobiłem to samo.
- Usiądź, słońce, mam ci coś do powiedzenia - powiedziałem do niej. - O, kurcze, już się boję – odrzekła wciąż tryskając humorem.
Wyjąłem z kieszeni małe pudełeczko i uklęknąłem przed nią.
- Nigdy nie znałem nikogo piękniejszego od ciebie, jesteś dla mnie wszystkim, a świat bez ciebie nie jest już taki sam - zacząłem mówić piękne, pamiętne słowa - Kocham cię i chcę z tobą być do końca życia. Wyjdziesz za mnie? - zapytałem, a moje serce waliło jak ogromny dzwon.
Monika zamieniła się w słup soli. Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Paweł, nie wiem co powiedzieć - odezwała się szeptem. Z jej oczu zaczęły spływać łzy. Łzy szczęścia. - Powiedz tak - sam również się wzruszyłem. - Jasne, że za ciebie wyjdę. Przecież cię kocham - oprzytomniała, znowu się uśmiechnęła.
Po raz kolejny się pocałowaliśmy. Ona kazała mi wstać, a ja założyłem jej na palec pierścionek zaręczynowy, który wyjąłem z pudełeczka. Płakała ukazując jednocześnie na swojej twarzy swój najpiękniejszy uśmiech...{/i}
- Paweł, żyjesz? - Monika przywołała mnie do rzeczywistości. - Tak, przepraszam, zamyśliłem się - wytłumaczyłem się. - To już chyba dzisiaj drugi raz - zaśmiała się. - Tak, ale mów, co tam u ciebie słychać? Nie widzieliśmy się prawie cztery lata - uśmiechnąłem się. Chyba pierwszy raz dzisiejszego dnia. - Wszystko w porządku. W zeszłym tygodniu przeprowadziłam się z powrotem do Warszawy - oznajmiła mi. - A poza tym? Pracujesz? - chciałem wiedzieć wszystko. - To dłuższa historia. Może spotkamy się kiedyś i pogadamy - zaproponowała. - A może teraz pojechalibyśmy do kawiarni, napili się wspólnie kawy? Tu niedaleko parzą bardzo dobrą – próbowałem ją przekonać. - W sumie czemu nie. Mam trochę wolnego czasu - zgodziła się. - Świetnie – zauważyłem - Zapraszam do mojego samochodu.
Pojechaliśmy do kawiarni i usiedliśmy przy jednym ze stolików przy oknie. Zamówiliśmy dwie Cafe latte, do tego dwa małe ciastka.
- Więc opowiadaj, co się u ciebie zmieniło - poprosiłem ją. - Tak ja powiedziałam, w zeszłym tygodniu wróciłam do Warszawy. Wynajęłam mieszkanie, niedaleko stąd, znalazłam pracę jako sekretarka w jakimś biurze. Muszę przecież z czegoś żyć. – opowiadała. - No, tak, to oczywiste. Ale czemu wróciłaś? Czy coś się stało? – spojrzałem na nią poważnym wzrokiem. - Wywalili mnie z mieszkania w Łodzi. Straciłam też pracę, więc wróciłam na stare śmieci. A jak ty żyłeś przez te cztery lata? – zmieniła temat. - Pracowałem w firmie marketingowej. Mam dom, samochód, nie narzekam... – mówiłem. - A masz kogoś? – zapytała mnie. - Tak... to znaczy nie. Jestem sam - skłamałem. - To dla kogo kupowałeś kwiaty? - tym pytaniem zupełnie mnie zaskoczyła. - Dla mojej znajomej, ma dzisiaj imieniny - wymyśliłem kiepskie wytłumaczenie. - To ona pewnie czeka na ciebie, a ja zabieram ci czas – powiedziała. - Nieprawda, mam być u niej dopiero wieczorem – wyjaśniłem Monice. - To randka? - dopytywała się. - Nie, oprócz nas będzie jeszcze kilka osób. To po prostu zwykłe spotkanie, na którym będziemy rozmawiać i wspominać – kłamałem jak z nut.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, było całkiem przyjemnie.
- Niestety, ja już muszę iść. Muszę jeszcze zrobić wiele rzeczy w domu - to stwierdzenie spowodowało ukłucie w moim sercu. - No, tak. Pozwól chociaż, że odwiozę cię do domu. – przekonywałem ją. - No, dobrze, skoro nalegasz. To i tak niedaleko. – zgodziła się.
Zapłaciłem rachunek, wyszliśmy z kawiarni i poszliśmy do mojego samochodu. Zaczęliśmy jechać. Monika, znowu ją spotkałem. Jakie to niesamowite. Ale pewnie ma kogoś. Bałem się zapytać. To normalne, nie mogę myśleć tylko o sobie. Ona ma swoje własne życie, to oczywiste. Nie powinienem wymagać, żeby czekała na mnie przez cztery lata. Ja też przecież mam kobietę- Anię. Jesteśmy ze sobą od kilku miesięcy. Ale w Monice jest coś takiego... Nie wiem, jak to powiedzieć i nie potrafię tego opisać, ale jest to coś pięknego, wyjątkowego. Popatrzyłem na nią. Zauważyłem, że od jakiegoś czasu milczymy. Miała poważna minę, nie śmiała się. Patrzyła przed siebie, chyba się zamyśliła. Skierowałem wzrok troszkę niżej, na jej dłoń. Jak zawsze pomalowane paznokcie, które dodawały jej klasy. Wodziłem wzrokiem nie patrząc na drogę. Liczyłem, że może jeszcze nosi pierścionek, który jej dałem...
{i}Monika pakowała swoje rzeczy do dużej torby. Była ubrana w czerwoną, powiewną sukienkę. Patrzyłem na nią kamiennym wzrokiem, nie uśmiechała się. Wręcz przeciwnie, była zła. Znałem jej zachowania. To już koniec naszego prawie dwuletniego związku. Było nam ze sobą tak dobrze, ale wszystko co piękne, kiedyś musi się skończyć.
- To już wszystko... - zaczęła Monika. - Gdyby coś zostało - przerwałem jej - to wówczas dostarczę ci przez kuriera. - Dziękuje, chociaż tyle możesz dla mnie zrobić - zaznaczyła. - Nie zaczynaj, proszę cię – odezwałem się. - Ja nie zaczynam, ja kończę Paweł. Ja kończę – poprawiła mnie
Podszedłem do niej, uścisnąłem jej rękę. Popatrzyłem na nią z powagą.
- Monika, nie musisz odchodzić... – zacząłem po raz kolejny. -Paweł, rozmawialiśmy już o tym. Nie ma innego wyjścia. Ja nie umiem tak dalej żyć, nie potrafię i nie chcę – mówiła z przejęciem. - Było nam ze sobą tak dobrze... – próbowałem ją przekonać. - Dobrze powiedziałeś- było, ale nie jest – sprostowała. - Monika... – powiedziałem szeptem. - Przestań - krzyknęła i puściła moją rękę. Wyjęła coś z kieszeni – Proszę - podała mi pierścionek zaręczynowy, który podarowałem jej kilka miesięcy wcześniej. - Czemu mi to wręczasz? Pierścionek należy do ciebie – nie rozumiałem. - Już nie, nie chcę, by mi o tobie przypominał. Zatrzymaj go. – powiedziała z powagą.
Chwyciła swoją torbę i podeszła do drzwi.
- Pomogę ci – podszedłem do niej. - Nie trzeba, Paweł. Poradzę sobie, poza tym taksówka już czeka – mówiła.
Otworzyła drzwi i stanęła w progu.
- Cześć Paweł – pożegnała się.
Nie odpowiedziałem. Dźwięk zamykania drzwi tkwił w moich uszach przez kolejne minuty. Patrzyłem się w martwy punkt nie mogąc uwierzyć, że Monika odeszła. To moja wina. To wszystko przeze mnie. Podszedłem do barku, chwyciłem kieliszek i butelkę whisky... {/i}
Dojechaliśmy do bloku Moniki.
- Dziękuje za podwiezienie - powiedziała. - Nie ma za co, mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy – wyraziłem chęć. - Też mam taką nadzieję. Do zobaczenia. – pożegnała się.
Monika wysiadła i poszła do bloku. Wodziłem wzrokiem patrząc, jak znika mi z oczu. Stałem jeszcze przez chwilę zastanawiając się i myśląc o niej. Tak się cieszę, że znowu ją spotkałem. Ona jest niesamowita, wyjątkowa. Nie widzieliśmy się od czterech lat, czterech długich lat. Rozmawiało się nam dziwnie, jakoś tak nietypowo. Ale w sumie to nic dziwnego, skoro nie widzieliśmy się tak długo. Chwyciłem za kierownicę i odpaliłem silnik. Nagle, kątem oka zobaczyłem torebkę Moniki. Zostawiła ją na moim siedzeniu. Muszę jej ją zanieść. Wysiadłem z samochodu i skierowałem się do bloku. Wchodząc na klatkę schodową uświadomiłem sobie, że nie wiem, pod którym numerem mieszka. Przecież nie będę chodził po każdym lokalu i sprawdzał, czy akurat w nim mieszka Monika. A torebka? Może ma w niej jakiś kalendarzyk albo klucze? Ale tak zaglądać do jej torebki? Nie potrafię tego zrobić. Nagle zaczęła schodzić jakaś kobieta w podeszłym wieku. Schodząc powoli po jednym schodku, upadła jej laska. Zareagowałem od razu i podałem jej.
- Dziękuje, młody człowieku - powiedziała, schodząc z ostatniego schodka. - Nie ma za co. Mam pytanie - to było moją jedyną szansą. - Tak, o co chodzi? Służę ci radą – okazała chęć pomocy. - Poszukuję kobiety, która tutaj mieszka, ale nie wiem, pod którym numerem. Zostawiła torebkę - ukazałem ją - Muszę jej ją oddać. - A jak nazywa się ta kobieta? – zapytała. - Monika Kowalska – odpowiedziałem. - Nie kojarzę- odrzekła - Niestety, nie wiem... choć nie, zaraz- w zeszłym tygodniu wprowadzała się jakaś kobieta, mieszka na czwartym piętrze, po lewej stronie – pomogła mi. - Dziękuję pani bardzo, do widzenia – powiedziałem. - Do widzenia – odpowiedziała.
Poszedłem na górę na czwarte piętro. Po dotarciu ujrzałem, że po lewej stronie znajdują się dwa mieszkania. Na początku skierowałem się do tego po lewej. Ostrożnie zapukałem. Drzwi otworzył jakiś mężczyzna.
- Dzień dobry, czy mieszka tutaj Monika Kowalska? - zapytałem. - Nie, proszę pana - odezwał się - Pani Monika mieszka drzwi obok. - Dziękuje bardzo – powiedziałem, po czym odszedłem na bok.
Skierowałem się do drzwi obok. Zapukałem. Po chwili drzwi otworzyła mi Monika. Zdziwiła się widząc mnie w progu. Zapewne dlatego, że przed chwilą się pożegnaliśmy, i dlatego, bo nie znałem jej numeru mieszkania.
- Cześć – powiedziałem najprościej w świecie. - Cześć Paweł. Co tutaj robisz? – zdziwiła się. - Zostawiłaś torebkę u mnie w samochodzie. Postanowiłem ci ją oddać – wyjaśniłem. - O, dziękuje. Ale skąd wiedziałeś, pod którym numerem mieszkam? Przecież ci nie podałam- cały czas była zaskoczona. - Sam na początku miałem ten problem, ale udało mi się go rozwiązać. Proszę - wręczyłem jej torebkę. - Dziękuje – odpowiedziała. - No to, do widzenia - odwróciłem się i skierowałem do schodów. - Poczekaj, Paweł. Strudzonego wędrowca należy nagrodzić. Nie wejdziesz na chwilę? Zrobię herbaty. Chyba, że się spieszysz – zaproponowała. - W sumie mogę wejść na chwilę... – nie miałem nic do stracenia. - Zapraszam w moje skromne progi - przepuściła mnie w wejściu do mieszkania i zamknęła drzwi. Stanęliśmy w małym, przytulnym przedpokoju...
{i}Zbierało się na deszcz. Chmury były czarne, zerwał się porywisty wiatr. Wracałem ze sklepu, wcześniej przy przygotowaniu obiadu zapomniałem o paru rzeczach. Nigdy nie miałem dobrej pamięci. Znowu zawiało. Ale zimno! Byłem już niedaleko, przyspieszyłem kroku. Poza tym za chwilę miał rozpocząć się mecz w telewizji, a jeszcze musiałem zdążyć z obiadem. Nagle zobaczyłem, jak kilkanaście metrów dalej jakiś wyrostek kradnie torebkę kobiecie. Czym prędzej, pobiegłem na pomoc. Zacząłem gonić złodzieja. Biegłem szybciej od niego, miałem go prawie w garści. Pech chciał, że gdy już prawie go złapałem, przewróciłem się. Podbiegła do mnie jakaś kobieta. Pomogła mi wstać.
- Dziękuje - powiedziałem. - To ja panu dziękuje. Zaczął pan gonić tego złodzieja – odpowiedziała. - To pani ukradł tę torebkę? - zapytałem przyglądając się jej bliżej. Miała piękne, błyszczące, długie, blond włosy. Była średniego wzrostu, raczej szczupła. - Tak, ale niepotrzebnie pan biegł. To znaczy jestem panu wdzięczna - zaczęła się gubić - Ale w torebce nie było nic wartościowego. - W takim razie żadna strata. Może kiedyś się jeszcze spotkamy, przepraszam, ale spieszę się – odrzekłem. - Chciałam pana na chwilę zaprosić, bardzo mi pan pomógł – zaproponowała. - Nie wiem, mam mało czasu, choć w sumie... czemu nie – zgodziłem się. - Mieszkam niedaleko, napijemy się herbaty, jeśli będzie się pan źle czuł, nie obrażę się – chciała być miła. - Nie, skąd. Chodźmy – odpowiedziałem.
Chwilę później znaleźliśmy się pod jej blokiem. Po drodze dowiedziałem się, że owa kobieta ma na imię Monika, pracuję jako kasjerka w pobliskim sklepie, i jest zaledwie dwa lata młodsza ode mnie. Choć tę ostatnią informację zdobyłem nie od razu.
- O, kurczę - odezwała się Monika. - Coś się stało?- przestraszyłem się. - W torebce były klucze do mojego mieszkania – wyjaśniła. -Nie dostaniemy się do środka – powiedziałem. - Nie o to chodzi, moja sąsiadka ma zapasowe klucze, ale będę musiała zmienić zamki. Chodźmy na górę – odrzekła.
Chwilę później znaleźliśmy przed drzwiami do jej mieszkania. Monika przekręciła klucz w zamku.
- Proszę wejść, zapraszam w moje skromne progi - odezwała się.
Wszedłem, ona za mną. Znaleźliśmy się w miłym, przytulnym, małym przedpokoju.
- Proszę się rozebrać i czuć jak u siebie w domu. Salon jest tutaj - wskazała palcem - Ja już wstawiam wodę na herbatę.
Zdjąłem buty i płaszcz i skierowałem się do pokoju. Usiadłem na kanapie spoglądając na wystrój pomieszczenia. W wazonie na stole zobaczyłem kilka żółtych, pachnących tulipanów... {/i}
Usiedliśmy przy stole naprzeciwko siebie w małym pokoju, który spełniał funkcję salonu. Piliśmy herbatę. Monika opowiadała o mieszkaniu, jak je urządziła, co jeszcze musi dokupić, albo czego zrobić remont.
- Wiesz, okłamałem cię - przerwałem chwilę ciszy. Postanowiłem powiedzieć jej prawdę - Tak naprawdę, mam kogoś. Jesteśmy związani od kilku miesięcy. - Rozumiem, i to dla tej osoby kupowałeś kwiaty? - zapytała. - Tak, dla niej. Ma na imię Ania. Znowu się spóźniłem, byliśmy umówieni, a ja kupiłem kwiaty, żeby się na mnie nie gniewała. Zwykle tak robię - opowiedziałem jej. - Kochasz ją? - walnęła prosto z mostu. Nigdy nie owijała w bawełnę. To rzekomo banalne pytanie było dla mnie strasznie trudne. Szczególnie, kiedy zadawała je moja była narzeczona. - Nie wiem, mówię jak najbardziej szczerze. Sam już nie wiem - byłem niezwykle poważny. To pytanie dużo mi uświadomiło. - Dlaczego z nią jesteś? - nie rozumiała - Dlaczego, skoro nic do niej nie czujesz? - Czuję coś do niej – zbuntowałem się - Jasne, że czuję. Po prostu praca... zabija cały mój czas. Pracuję w Pabloid and work. Ta firma to nie zabawa. To ogromne inwestycje i niesamowicie wielki kapitał. - Coś o tym wiem, Paweł. Kariera zawsze była dla ciebie najważniejsza. To żadne odkrycie. To znaczy, że nic już poza nią nie widzisz? – zadała kolejne pozornie łatwe pytanie. - Przestań, Monika, jasne, że widzę – odpowiedziałem raptownie. - Jaki jest dzisiaj dzień? - zapytała najprościej w świecie upijając łyk herbaty. - Wtorek, dwudziesty czwarty – odrzekłem. - Dwudziesty piąty, i do tego środa – poprawiła mnie. - A, tak, wczoraj był wtorek. To zwykłe przemęczenie – próbowałem się wytłumaczyć. - Paweł, mnie możesz oszukać, ale samego siebie nie. Chcesz zniszczyć swój związek, tak jak zniszczyłeś nasz, kiedyś? – to pytanie było dzisiaj najtrudniejsze.
Zastanowiłem się nad tym. Monika miała rację. Jak zawsze, miała rację. Ta, dosłownie chwila rozmowy uświadomiła mi, jak wiele błędów popełniłem w życiu. Jak wiele straciłem i jak mało zyskałem. Do niczego nie dążę. Do pieniędzy, których i tak ktoś inny zawsze będzie miał więcej? Nie! Nie mogę tak żyć! Muszę się zmienić, zacząć doceniać, to co w życiu dobre, niepowtarzalne.
- Paweł, żyjesz? - wyrwała mnie z przemyśleń. - Tak, Monika. Myślałem nad tym, co powiedziałaś. Ja nie mogę tak dalej żyć, nie chcę. Muszę rozstać się z Anią. Jestem pewien, że nigdy do niej nic nie czułem – podjąłem ważną decyzję. - Więc dlaczego z nią byłeś? – nie rozumiała. - Nie wiem, naprawdę nie wiem. Monika, dziękuje. Tak dużo mi uświadomiłaś – uśmiechnąłem się do niej. - Uspokój się, Paweł. Tylko spokojnie - uścisnęła mnie delikatnie za rękę...
{i}Wszystko przygotowane. Kolacja, szampan, kwiaty, piękny zapach, świece. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Czekałem na Monikę. Dziś byliśmy umówieni na pierwszą randkę. Znaliśmy się już kilka tygodni, czasem spotykaliśmy się, natomiast dzisiaj zaprosiłem ją do siebie na kolację przy świecach. Rozległ się dzwonek do drzwi. To na pewno ona. Otworzyłem drzwi i ujrzałem ją w progu. Była ubrana w piękną, powiewną, czarną spódniczkę i elegancką białą bluzkę. Przywitałem ją i zaprosiłem do środka. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim, mieliśmy setki tematów. Gdy zjedliśmy, włączyłem muzykę i poprosiłem ją do tańca. Tańczyliśmy blisko siebie. Czułem ciepło Moniki, jej dotyk, zapach. Wtedy byłem już tego pewien. Kochałem ją i byłem gotów zrobić dla niej wszystko. Gdy piosenka się skoczyła, wróciliśmy do stołu. Dalej rozmawialiśmy.
- Ja posprzątam, najwyższa pora - chciałem złapać się za talerze. - Nie, poczekaj, Paweł - ona uścisnęła mnie za rękę - Wstań.
Oboje wstaliśmy. Słowa były niepotrzebne. Pocałowała mnie, ja odwzajemniłem jej pocałunek. Całowaliśmy się długo i namiętnie. Czułem podniecenie, gdy delikatnie kąsiła językiem moje podniebienie. Zacząłem zdejmować jej bluzkę. Cały czas całowaliśmy się, pragnęliśmy siebie. Ona położyła swoje dłonie na moich plecach, przesuwała je zdejmując mój podkoszulek. Przemieściliśmy się do sypialni dalej rozbierając się i całując. Wtedy spędziliśmy pierwszą wspólną noc i po raz pierwszy się kochaliśmy...{/i}
Wróciłem do rzeczywistości. Poczułem ciepło na mojej dłoni. Monika ściskała mnie za rękę.
- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytała mnie. - Tak, tak dobrze jak nigdy – byłem tego pewien.
Wstałem, podszedłem do niej i nachyliłem się nad nią.
- Monika, ja wciąż cię kocham - powiedziałem szeptem i zbliżyłem swoje usta do jej warg. Zamknąłem oczy. Zacząłem ją całować, ona nie odwzajemniła pocałunku.
- Paweł... - odezwała się odsuwając głowę. - Przepraszam cię za wszystko, jeszcze raz. Tylko z tobą mogę być szczęśliwy – mówiąc to byłem bardzo poważny.
Popatrzyła na mnie kamiennym wzrokiem. Spróbowałem po raz drugi, dotknąłem wargami jej ust i pocałowałem. Tym razem ona również tego pragnęła. Całowaliśmy się długo i namiętnie. Zaczęliśmy się rozbierać kierując się w stronę łóżka. Położyłem się na niej zdejmując jej czerwony, seksowny biustonosz. Taki sam, który kiedyś przesądził o naszym rozstaniu...
{i}Zegar
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pieróg ziom
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…