Wróć do katalogu

Dominikanin

Opowiadanie o "życiu" ulicy, bezdomności i braku współczucia.

akam, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To zdarzyło się chyba koło połowy stycznia, tego dnia wracałem do domu ulicą Szopena. Choć zima była mroźna, od jesieni jeszcze ani razu nie spadł śnieg. Wszystko zdawało się być nagie, surowe i przeraźliwe suche – drzewa, budynki, asfalt, chodniki. Chłód okrywał i przesiąkał wszystko do głębi. Natrętna myśl, że można dotknąć kostki brukowej gołą stopą, bądź policzkiem, powodowała, że dreszcz wstrząsał moim ciałem. Zadziwiali mnie ludzie, którzy przechodzili obok. Na zewnątrz zimni jak kora drzewa, w środku, pod ubraniem, byli jak maślane bułeczki. Trzydzieści sześć stopni z wahaniami, dwie cyfry, które nie mają ze sobą nic wspólnego, zawsze sobie przeciwne, łączyły się w nich, by opisać, jak są ciepli, ile stopni potrzebują ich ciała, by żyć. Pomyślałem, że to wyjątkowo miłe uczucie mieć właśnie tyle, być jak każdy, być dobrze ubranym i nie czuć zimna, choć jest widoczne gołym okiem. Jednocześnie te same ciała, pomimo wrodzonej chęci życia, wydawały mi się też okrutnie kruche i delikatne, szczególnie kobiece, były jak ciepło okryte aksamitem ubrań, jak płomień w kloszu, były tak słabe, że nie mogłem pojąć jak mogą same siebie unieść i być stworzone do czegoś więcej niż przenoszenia się z miejsca na miejsce. Nie miałem ochoty iść do domu, jakoś ciążyły mi przygnębiające myśli, postanowiłem nadłożyć trochę drogi i iść przez centrum. Ogólnie, lubię chodzić przez miejsca, gdzie jest dużo ludzi, kupować w dużych sklepach, chodzić po dworcach. Nie wiem nawet czemu, lubię i tyle. I gdy tak szedłem i na wpół świadomie cieszyłem się z pomysłu, by wrócić inna drogą, zauważyłem, że przede mną na chodniku leży coś dużego i ciemnego, byłem jednak za daleko, by powiedzieć, co to jest. Na początku pomyślałem, że to czarny, duży, wypchany śmieciami, foliowy worek, jakich się używa w przydomowych śmietnikach, ale z każdym krokiem worek przestawał być workiem i przybierał ludzkie kształty – tak naprawdę na chodniku, w brudnej kurtce leżał skulony, wtulony w siebie mężczyzna. Jego siwa głowa oparta była na ramieniu, wyglądał jak zmęczony chłopiec, który zasnął w ubraniu. Miał ogoloną, mocno czerwoną twarz, nos siny jakby doczepiany. Pewnie bardzo wymarzł, ale musiał być też nieźle pijany, bo wokół niego unosiła się woń przetrawionego alkoholu. Czułem też mocz. Palce miał przemarznięte, jedną dłonią, siną niemal jak nos, dotykał chodnika. Nie okryta, z pulsującą w cienkich żyłach, jeszcze ciepłą krwią, była słaba i bezbronna. Nie mogłem pojąć jak ta ludzka ręka jest w stanie dotykać suchego, zimnego jak lód betonu. Może przeraził mnie jej bezwład, niemoc, fakt, że gdyby to było w innym miejscu i o inne porze, ratujący się organizm w rozpaczy porzuciłby ją, pozwolił, by zamarło w niej życie, nie wiem. Mężczyzna nie był najgorzej ubrany. Miał puchową kurtkę, która, choć rozpięta, musiała jakoś chronić go przed zimnem. Spodnie wyglądały na nowe, no i buty, mimo że mocno schodzone, musiały być ciepłe. Zdziwiło mnie, że nikt do niego nie podszedł i do tego, po drugiej stronie ulicy był szpital, przecież ktoś stamtąd musiał go zauważyć. Schyliłem się i sprawdziłem czy oddycha, oddychał i zwyczajnie spał. Zacząłem potrząsać nim za ramie, ale nie mógł się obudzić, zaczął coś majaczyć i odwrócił się. Znowu zacząłem go poszturchiwać i pytałem go, prawie krzyczałem „Proszę pana, nic panu nie jest? Żyje pan? Proszę pana, żyje pan?” Nic do niego nie docierało, coś mamrotał, ale bardzo niewyraźnie. W końcu otworzył oczy, spojrzał na mnie zupełnie trzeźwo, zastanowił się i na całe gardło zaczął wrzeszczeć: -Spierdalaj, pocałuj psa w pizdę! Pocałuj psa w pizdę! -Niech pan się uspokoi, dobrze? –mówię do niego spokojnie. -Pocałuj psa w pizdę, zostaw mnie, spierdalaj! Ludzie zaczęli się oglądać, a on leżał i darł się. Co miałem zrobić? Wstałem i poszedłem sobie… Pokrzyczał jeszcze chwile za mną i znowu położył się na chodniku. Trochę było mi głupio, ale zaraz skręciłem w drogę na rynek i zszedłem ludziom z oczu. I choć poczułem się zupełnie swobodnie, to pozostał mi niesmak po całym wydarzeniu. Przecież chciałem mu pomóc, podnieść go albo choćby gdzieś zadzwonić, a on od razu tak mi dowalił, jakbym chciał typa co najmniej okraść i zatłuc do nieprzytomności. Był pijany – fakt. Może zupełnie nie wiedział gdzie jest i co robi, może śniła mu się włoska plaża i francuska kochanka, ale czy to sprawiedliwe? Nachodziły mnie myśli, żeby wrócić, bo jakkolwiek by nie było, przecież tam został, jednak nie wróciłem. Po chwili usłyszałem jak coś jedzie na sygnale, wmówiłem sobie, że to karetka, że jakoś go zauważą i ta myśl zupełnie mnie uspokoiła. Zresztą co innego na sygnale mogło przejeżdżać ulicą, przy której mieści się szpital? Z każdym krokiem zapominałem o całej sprawie, a gdy już znalazłem się na rynku, stała mi się prawie obojętna. Dokoła było dużo ludzi, poczułem się pewniej, odczuwałem jakby lekkie podniecenie. Minąłem ratusz i wstąpiłem po pączka z budyniem. Dalej szedłem deptakiem, wzdłuż którego, ciągnęły się w kamienicach różne sklepy i restauracje. I choć mróz mocno szczypał, spacerowało sporo osób. Postanowiłem wstąpić pooglądać jakieś ubrania, ale nie znalazłem nic ciekawego, a jeśli już coś rzuciło mi się w oczy, to było, jak na mój gust, za drogie. Wyszedłem więc ze sklepu, ale nie miałem żadnego pomysłu, co robić dalej, wracać już czy jeszcze chwile zostać. Na chodzenie i oglądanie wystaw sklepowych nie miałem jednak nastroju, poza tym trochę już zmarzłem, głównie w stopy, bo miałem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych