Droga do El Paso cz. II Wspomnienia z Bodie
Druga część westernu. Will Harper rusza w dalszą drogę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kilka dni później Will odebrał konia ze stadniny i przygotowywał się do dalszej drogi. Pobyt w Deadwood nie przyniósł już żadnych problemów. Nie było w mieście nikogo, kto nie bałby się Diabła i syna szeryfa. Nikt nie śmiał nawet spojrzeć w ich stronę. Harper wszedł do pokoju, by wziąć resztę swoich rzeczy. Charles Willson siedział przy oknie z butelką Whisky. - Gotowy do drogi, chłopcze? - zapytał Willy. Smithy powoli odwrócił głowę od okna. Uśmiechnął się szeroko. - Nie wyjadę z tobą - odparł. - A co z wielkim planem chronienia mnie przed łowcami nagród w zamian za wielką fortunę? - zapytał drwiąco Will. - Nie myślałeś chyba, że będę jechał z tobą cały czas? Wyjadę nieco później, dogonię cię. Będę twoim cieniem, staruszku.
Rewolwerowiec opuścił miasto. Przystanął jeszcze raz na wzgórzu. Widział z daleka drewniane zabudowania. Wiedział, że już nigdy tam nie wróci, zostanie tam po nim już tylko sława i legenda. - Żegnaj Deadwood - powiedział w pustkę. Odpowiedziała mu tylko cisza i lekki wiatr. Willy Harper nie był tak naprawdę staruszkiem, chociaż nie był też już młody, tym bardziej biorąc pod uwagę zachodnią średnią życia. Miał trzydzieści siedem lat, ale ciężar jaki nosił na sumieniu dodawał mu kolejnych dwudziestu. Jego podróż nie miała na celu odkupienia win, znalezienia spokoju ani bogatego życia. Nie był pewien czy zdoła przebyć chociaż połowę drogi do El Paso i tak naprawdę miał to gdzieś. Pięćdziesiąt tysięcy za jego głowę... Gdy o tym myślał, śmiał się w duchu. Pięć razy więcej niż za James'a. Kilka lat temu byłby z tego dumny. Teraz wiedział, że jest w niebezpieczeństwie, ale jeśli będzie musiał, obroni się. I znów zabije...
Tym bardziej, że od pewnego czasu podążało za nim pięciu jeźdźców. Południowe słońce grzało nie do wytrzymania. Mężczyźni zbliżali się cały czas. Harper zjechał w dół płytkiego wąwozu. Jeźdźcy za nim. Zastanawiał się, czy to ludzie szeryfa z Deadwood. Sam Tedd Willson nigdy więcej z nim nie rozmawiał. Czasem tylko obserwował go z daleka, a jego zastępcy bali się Willy'ego jak ognia. Słynny Diabeł jechał powoli, nie męcząc konia, aż słońce zaczęło zachodzić. Śledzący go mężczyźni trzymali się cały czas blisko, lecz zachowywali odległość bezpieczną. Gdy Harper stanął, jeźdźcy również się zatrzymali. Rewolwerowiec poprowadził konia do małego strumyka, a sam wypił pół manierki wody. Odciążył rumaka z licznych toreb i worków. Cały czas obserwował ludzi, którzy go śledzili. Oparł Winchestera z 1876 roku o skałę. W pobliżu znalazł trochę suchych patyków i rozpalił ogień. Czuł na sobie spojrzenia pięciu par oczu, był jednak w odległości nie pozwalającej na celny strzał nawet ze strzelby czy karabinu. Na wszelki wypadek upewnił się, czy rewolwery są naładowane, wyciągnął też torbę z amunicją. Spokojnie czekał, paląc papierosa, a słońce było już coraz niżej. Po paru chwilach jeden z mężczyzn szedł w stronę jego obozu. Harper wstał i ściągnął płaszcz. Dwa Schofieldy w kaburach wyglądały groźnie. Jak wściekłe psy, które w każdej chwili mogły zerwać się z łańcucha. Mężczyzna podszedł bliżej. Szeroki uśmiech odsłaniał żółte zęby, żujące tytoń. Splunął na bok. Wytarł rękawem ślinę z brody, która nie pamiętała już wyglądu brzytwy. - Witam! - krzyknął. Z daleka czuć było odór z jego gęby. - Czego chcesz brudasie? - zapytał Will, trzymając ręce blisko rewolwerów. Obrzydliwy uśmiech zniknął na chwilę z ust faceta. Odwrócił się w stronę swoich kompanów. - Jestem Ned - powiedział - Charlie wysłał mnie i chłopaków w ramach ochrony. Znów odrażająco się uśmiechał, cały czas przeżuwając. - Nic mi o tym nie wiadomo - odparł Will. Bez mrugnięcia powiek patrzył w oczy Nedowi. Ten splunął ponownie i znów odwrócił się w stronę reszty swojej bandy, jakby chciał się upewnić, że wciąż tam są. Zawahał się chwilę. - Charlie nie mógł znaleźć nikogo, kto by się podjął zadania - odparł Ned. Harper nie wierzył mu ani trochę. Długą chwilę wpatrywał się w brudnego mężczyznę. To wprawiło Neda w zakłopotanie. Nerwowo ruszał żuchwą i co chwila spoglądał w kierunku kumpli. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, chociaż słońce już całkiem zaszło i zrobiło się chłodniej. - W takim razie ochraniajcie mnie z daleka - powiedział Will. To chyba odrobinę zaskoczyło Neda, ale mimo wszystko skinął głową i oddalił się. Pewnie był zadowolony z zyskanego zaufania. Niesłusznie. Willy siedział przy ogniu i obserwował bandę. Czekał na ich następny ruch. Za jakiś czas, gdy było już ciemno, usłyszał strzały za wzniesieniem. To wywołało poruszenie wśród ludzi Neda, lecz wciąż się nie zbliżali. Kolejna seria wystrzałów. Wszystkich było chyba siedem. Chwila ciszy. Ktoś zaczął się zbliżać konno od strony przeciwnej do bandy Neda. Will wycelował Winchestera. Otaczają mnie - pomyślał. - Spokojnie, to ja - usłyszał znajomy głos. Przy świetle ogniska rozpoznał twarz Smithy'ego. Niedawno ogolona, wyglądała na chłopięcą. Jasna grzywka przykrywała część czoła. Niebieskie oczy świeciły podnieceniem. Z uśmiechem zeskoczył z konia i zaczął ładować rewolwery. - Tam na górze było jeszcze trzech! - krzyknął wskazując głową na wzniesienie - Tych pięciu ruszyło zaraz za tobą z miasta. Chciałem najpierw dołączyć do ciebie ale tamci mnie zaskoczyli. Zrobił chwilę przerwy. Wziął kilka głębokich oddechów. - Nie stanowią już problemu - powiedział - Jeszcze pięciu frajerów. Harper cały czas był spokojny. Ani trochę nie udzieliło mu się młodzieńcze podniecenie Willsona. Zapowiadała się kolejna strzelanina w jego życiu. Niebo było pełne gwiazd, a księżyc w pełni świecił tak mocno, że skały wydawały się białe. Zaczął się przyjemny nocny chłód. Ned i jego banda kryli się za skałami, starając się podejść bliżej. - Znasz ich? - zapytał młodego. Ten podrzucił rewolwer prawą ręką i zanim zdążył go złapać, kręcił drugim wokół palca. Bawił się tak przez chwilę. - Nie są z Deadwood - odparł - Zjawili się zaraz po twoim przyjeździe, pewnie dawno na ciebie polowali, ale chcieli cię dopaść z dala od miasta. Przez chwilę w ciszy obserwowali zbliżających się mężczyzn, chowających się za co większymi kamieniami. - Masz kogoś w zasięgu strzału? - pytał Smithy. Will oparł karabin na ramieniu i wymierzył. Odczekał dłuższą chwilę i pociągnął za spust. Odgłos wystrzału odbił się echem po dolinie. Jeden z przeciwników padł trafiony w głowę. - Zostało czterech - szepnął Willson, patrząc z podziwem na Harpera. Padło kilka strzałów z drugiej strony. Przeciwnicy mieli przynajmniej dwa karabiny, ale większość oddali z rewolwerów, trafiając jedynie w kamienie, daleko od swojego celu, wartego fortunę. - Podejdę bliżej - powiedział Smithy wstając. Will złapał go za ramię. - Nie - odparł - Poczekamy. Oni polują na nas, więc muszą podejść bliżej. Młody jedynie skinął i wrócił na swoje miejsce za skałą. Po chwili przerwy łowcy nagród znów zaczęli podchodzić, czasami tylko strzelając na oślep. Charles zaczął mierzyć rewolwerem. Wycelował w kapelusz, wystający zza skały. Gdy tylko jego właściciel zaczął się zbliżać, młody rewolwerowiec zacisnął palec na spuście Shofielda. - Jednego mniej - powiedział z uśmiechem. Trzech pozostałych zdołało jednak podejść bliżej, a dwa strzały Smithy'ego chybiły. Jeden z przeciwników podszedł wystarczająco blisko, by go rozpoznać. Harper dostrzegł Neda. Jego strzały trafiały już w skałę, za którą byli ukryci. W oczach młodego po raz pierwszy pojawiła się odrobina strachu. Will dostrzegł to i wyciągnął rewolwer z kabury. Bez słowa wstał, ominął skałę i zaczął się zbliżać do bandy wroga. Natychmiast rozległy się strzały z naprzeciwka. Lecz Diabeł z Deadwood kroczył spokojnie w ich kierunku. Jedna z kul ściągnęła mu kapelusz z głowy. Zza skały wychylił się Ned. Willy błyskawicznie w niego wymierzył i oddał trzy strzały, po każdym odciągając kurek nasadą lewej dłoni. Brudas został trafiony. Zdezorientowany całą sytuacją Willson w końcu zdecydował się wyjść. Kroczył za Harperem. Celował dwoma rewolwerami. Oddał po dwa strzały z każdego, odciągając kurki kciukami. Następny przeciwnik padł na ziemię. - Łatwizna - krzyknął młody. Ostatni przeciwnik zaczął uciekać, waląc na oślep z Remingtona. Will już śledził jego ruch muszką rewolweru. Wtedy, wśród huku strzałów rozległ się jęk Charliego. Lecz Harper nie odwrócił wzroku. Pociągnął za spust ostatni raz. Trafił w plecy, gdy uciekający mężczyzna dobiegał do konia. Schował pistolet, którego lufa zdążyła zagrzać się od wystrzałów. Zanim spojrzał w kierunku młodego, był przygotowany na najgorsze. - Jasna cholera! - jęczał Smithy, trzymając się za nogę. W świetle księżyca jego krew wydawała się czarna. Will klęknął obok, zaczął oglądać ranę. - Powiedz mi Will - szeptał młody - Czy ja umrę? Uśmiech pojawił się na twarzy Harpera. - Nie jęcz panienko, to tylko draśnięcie - powiedział - Kula przeszła przez udo na wylot. Zaraz cię opatrzę. W najgorszym wypadku będziesz kulał kilka miesięcy. Smithy poczuł ulgę i odetchnął. Już po chwili leżał z opatrzoną nogą, pijąc Whisky z butelki. Patrzył w ciemną dal, nieobecnym wzrokiem. Bawił się rewolwerem. Willy smażył nad ogniem kawał mięsa, który wziął ze sobą z Deadwood. O dziwo nie zdążył się jeszcze zepsuć w upale. Obaj długo milczeli, Charlie myślał o wydarzeniach, które dopiero miały miejsce. Will nie myślał o niczym. Wpatrywał się w ogień, był spokojny jakby nic się nie stało. Zdawał sobie tylko sprawę, że znów zabił. Lecz to już nie miało znaczenia... - Chciałbym usłyszeć o masakrze w Bodie - rzekł Smithy, patrząc niepewnie na Willa. - To ostatnia rzecz, o jakiej chciałbym mówić - odparł, nie odwracając się od ognia. Willson przyjął to do wiadomości i więcej nie pytał. Ale po chwili milczenia Will zaczął mówić...
- Trafiłem do Bodie w 1875 roku, wkrótce po tym jak odłączyłem się od bandy Jesse James'a. Jak wszędzie, gdzie było złoto, także tam oprócz poszukiwaczy ściągały wszelkie szumowiny, bandyci, handlarze i dziwki. Były tam burdele, palarnie opium i dziesiątki saloonów. Raj dla kogoś takiego jak ja. Codziennie były strzelaniny, bójki, awantury. Grabarz był chyba najbogatszym mieszkańcem tej dziury. Spędzałem tam czas chlejąc wódę i zabawiając się z dziwkami. Tak zresztą wyglądała większość mojego życia. Byłem nietykalny, wszyscy spodziewali się, że skoro ja tam jestem, to i Jesse tam przyjedzie. Nie nazywano mnie jeszcze Diabłem, ale moja sława…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gokusennin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…