Dupowaty z Niegodzia
Dupowaty miał jedno marzenie - znaleźć dziewczynę, która lubi spać "na łyżeczkę".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały, że będzie to dziewczynka. Pierwsze miesiące ciąży znaczyły poranne wymioty, całodzienne mdłości i senność. Kolejne przyniosły ciężarnej pewną ulgę, jednak za sprawą buzujących hormonów szybko zaczęła przybierać na wadze. Zbrzydła, co ewidentnie wskazywało na płeć potomka, bo to zwykle dziewczynki zabierają urodę przyszłej mamie. Kiedy jednak sypnął jej się obfity wąsik, przyszły tata stchórzył i zniknął. Brygida Wąsińska nie zmartwiła się zbytnio tym faktem, zrobił swoje, co prawda w miejscu mało romantycznym i będąc pod wpływem alkoholu. Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Oczekiwała dziewczynki, zawsze chciała mieć córeczkę, którą będzie stroić w kolorowe ubranka, czesać jej mięciutkie włoski i tulić do piersi. Marzyła o tym od lat, jednak z czasem marzenie to stawało się coraz mniej realne. Szczególnie w małym miasteczku - Niegodziu, wsi w zasadzie, gdzie był tylko kościół, szkoła podstawowa, remiza strażacka, do której regularnie uczęszczała na cotygodniowe potańcówki i gdzie mieszkało niewielu mężczyzn. Czas płynął, dawno stuknęła jej trzydziestka, a urodą nigdy nie grzeszyła.
Podczas czerwcowej długo-nocy, samotnie wracającą z dyskoteki Brygidę gwałtem odarł z cnoty podpity amant. Nie broniła się, sama też była lekko wstawiona i takoż chętna. Przychodził do niej potem w odwiedziny. Po miesiącu okazało się, że ona spodziewa się dziecka, który to fakt napawał go coraz większym strachem, a już wielka tusza i wspomniany wąsik sprawiły, że pewnego dnia wystrzelił jak z procy, aby nigdy więcej nie pokazać się już w okolicy.
Brygida pracowała w szkolnej bibliotece. Zaokrąglona, tocząca się bryła zjawiała się w pracy punktualnie o dziesiątej i siedziała tam do piętnastej. To co robiła trudno było nazwać pracą, bowiem zajmowała się głównie jedzeniem pomidorów ze śmietaną albo zwyczajnie drzemała. Dzieci rzadko zaglądały do jej cichego zakątka, mogła więc spokojnie spędzać czas na marzeniu o swojej córeczce. Któregoś jesiennego dnia siedząc w kanciapie nagle poczuła skurcze, a po nich prędko następne i kolejne. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wezwana z najbliższego miasta karetka zabrała rodzącą do szpitala, ku uciesze zgromadzonych uczniów stawiających zakłady, czy zdąży dojechać na miejsce, czy urodzi w aucie.
Zdążyli! Wycieńczonej porodem mamie położna podała umytego już i ubranego noworodka podkreślając dumnie: „śliczny chłopczyk”. Brygida utuliła dziecię, które przystawione do piersi od razu zaczęło umiejętnie ją ssać. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że to chłopiec. Podczas przewijania przymykała oczy, żeby nie widzieć prawdy. A już najbardziej dziwił pielęgniarki fakt, że zwracała się do dziecka imieniem – Martusia.
Lekarz określił jej stan jako lekki szok poporodowy i zalecił spokój. Po kilku dniach młoda mama i zdrowy chłopczyk wrócili do domu.
*****
Rozpoczął się najszczęśliwszy okres w życiu Brygidy. Całe dnie spędzała ze swoim długo wyczekiwanym maleństwem. Karmiła, przebierała, głaskała śpiące ciałko i wychodziła na spacery. Dom pełen był małych, różowych śpioszków, kombinezonów, sweterków i czapeczek. Gdy niemowlę spało matka kładła się obok niego i z zachwytem wpatrywała w maleńką, śliczną buzię wciąż powtarzając: „moja Martusia”.
Raz w tygodniu piekła ciasto - sernik z brzoskwiniami, którym dzieliła się z proboszczem. Kilkakrotnie przecierała ser, potem długo i mocno wyrabiała ciasto, aż stół chwiał się na swoich mizernych czterech nogach. Zapach świeżo upieczonego ciasta roznosił się w całym domu i poza jego murami. Brygida słynęła ze swoich wypieków, nierzadko jakaś sąsiadka wpadała na mały kęs. Jeszcze ciepłe ciasto pakowała do koszyka na dole wózka i spacerkiem zajeżdżali na plebanię. Ksiądz już czekał, zawsze łasy na słodkości. Tym razem również.
- Szczęść Boże – przywitała się. - Szczęść Boże, Brygido – odpowiedział oblizując się mężczyzna w sutannie – Proszę za mną. - A co z wózkiem? - Możesz zostawić przed wejściem, nikt go stąd nie zabierze – prędko ją uspokoił. - Ja wezmę Martusię, a ksiądz ciasto. - Z przyjemnością…
Kobieta wzięła na ręce dziecko, a ksiądz schylił się stękając, bo nieco przeszkadzał mu brzuch, i chwycił brytfannę szczelnie zawiniętą w celofan. Degustacja odbyła się natychmiast, gdy tylko zasiedli do stołu. Sutannik nie mógł czekać dłużej.
- Mhm… pyszne… jak zawsze – przełykając łapczywie zachwycał się jedzący – Napijesz się herbaty? - Tak, poproszę. Zmęczyłam się trochę, a mała jeszcze śpi. - Właśnie, dobrze, że przyszłaś. Chciałem z tobą o czymś porozmawiać. - O czym chciał ksiądz ze mną porozmawiać? - zlękła się kobieta. - O chrzcie! Czy myślałaś już o imieniu dla dziecka? - Tak. Chcę by miała na imię Marta. - Ależ droga Brygido. To jest chłopiec i nie może mieć na imię Marta! – oburzył się pleban. - To niech będzie Mart! - Nie ma takiego imienia w polskim leksykonie imion! - To będzie! – odrzekła ze spokojną pewnością siebie kobieta – Inaczej…nie będzie serniczka. - Dobrze, już dobrze. Mart Wąsiński. Ładnie brzmi. - Też tak uważam – odpowiedziała uśmiechając się przekornie.
Nastała długa i śnieżna zima. Brygida spacerowała ciągnąc za sobą dziecko na sankach. Ciepło odziany chłopiec, z błyszczącą od kremu buzią, patrzył w niebo lub na idącą przed nim mamę, która często zatrzymywała się, poprawiała mu szalik lub czapkę i mówiła. Nieustannie mówiła do dziecka, jakby chcąc wypowiedzieć wszystko co przez lata nagromadziło się w jej głowie, a o czym wcześniej nie miała komu opowiadać.
Latem, ubrany w zwiewne sukieneczki wizytował z mamą miasteczko. Blond włoski miał zaplecione w dwa mini warkoczyki, a delikatną buzię chronił różowy kapelusik z szerokim rondem. Siedział w wózku, jak na tronie, i ciekawie przyglądał się wszystkiemu. Jemu też przyglądano się ciekawie, a jeszcze bardziej jego mamie. Wszędzie gdzie się pojawiali, wywoływali ironiczne półuśmiechy, które po ich odejściu zamieniały się w salwy śmiechu.
Mijały lata. Ponad dwuletni Mart ciągle ssał pierś, nie potrafił jeszcze mówić i płakał, gdy matka znikała choćby na chwilę. Spali w jednym łóżku, mały odwrócony do matki plecami, otoczony jej ramionami, w pozycji „na łyżeczkę”. Brygida musiała wrócić do pracy i zabierała ze sobą dziecko. Tam siedział cichutko, oglądał książki z obrazkami, bawił się zabawkami, jadł kiedy był głodny, ale najważniejsze, że była z nim mama.
Gdy poszedł do szkoły, nie przeżył traumy jak zdarza się to wielu dzieciom oderwanym od rodziców. Jego mama zawsze była blisko i na przerwach korzystał ze sposobności widzenia jej. Był grzeczny i cichy. Nie tylko tym jednak różnił się od pozostałych dzieci, szczególnie od chłopców. Już nie w sukience, ani warkoczach, ale nadal miał długie włosy i nosił zawsze coś różowego. Lgnął do pani nauczycielki, bał się wrzeszczących dzieci, bijących się o zabawki i biegających po korytarzach.
Nie miał problemów z nauką, szybko jednak dało się zauważyć, że preferuje nauki humanistyczne, niż ścisłe. Często siadał z książką w ręku, z dala od rówieśników i zapominał o całym świecie, przez co spóźniał się na lekcje i dostawał uwagi do dzienniczka, z których jego zafrasowana mama musiała się potem tłumaczyć. Na WF-ie nie grał w piłkę nożną, ani żadne gry zespołowe, po prostu nie radził sobie. Piłka jakimś sposobem zawsze stawała się jego wrogiem, przewracał się o nią, wytrącano mu ją z rąk lub podawał ją nie temu, komu trzeba. Gubił się, był zbyt wolny. Nie lubił też grać w karty, nie rozumiał tych emocji, dziwiła go ekscytacja rówieśników, którzy potrafili godzinami rżnąć w brydża lub w wojnę.
W starszych klasach szkoły podstawowej modne stało się palenie papierosów i picie alkoholu. Celebrowano ten rytuał, kryjąc się w szkolnych toaletach, czy poza budynkiem lub na rzadkich domowych imprezach. Nigdy nie ciągnęło go do zakazanych uciech. Koledzy z pełną egzaltacją opowiadali jak to jeden papieros krążył między nimi w męskiej ubikacji albo jak pili ajerkoniak znaleziony w barku któregoś z ojców. Marta nie interesowały te opowieści. Dyskretnie odchodził wtedy na bok lub zostawał blisko nerwowo strzelając wyginanymi palcami. Stopniowo przylgnęła do niego etykietka – Dupowaty, i z czasem wszyscy zaczęli zwracać się do niego nie imiennie, tylko właśnie tak.
- Dupowaty! – drwili z niego – Idziesz z nami na szybkiego sztacha? Może kielonka? - Dupowaty! Jakie dziś masz drugie śniadanko? - Dupowaty! Chyba mama zapomniała wysłać cię do fryzjera, co nie? - Dupowaty! Chodź pooglądasz z nami „Świerszczyki”! - Dupowaty! Wąsik ci się rzucił, jak twojej mamusi!
Marta przestało drażnić to przezwisko, przyzwyczaił się. Unikał jednak rówieśników, bo sprawiały mu przykrość ich złośliwe zaczepki. Na długiej przerwie wyciągał kanapkę, a na deser obowiązkowo ciasto schowane do plastikowego pojemniczka. Jadł je łyżeczką, nie bacząc na otaczające go morze drwin.
Od najmłodszych lat uwielbiał pomagać mamie w kuchni. Była to jego druga pasja, poza czytaniem książek. Do innych czynności miał dwie lewe ręce. Nie umiał wbić gwoździa, tylko zwykle trafiał w palce, a potem chodził z sinymi, schodzącymi paznokciami. Na zajęciach praktyczno-technicznych nauczyciel, wiedziony doświadczeniem, zawsze przydzielał mu najprostsze zadania. Takie, przy których nie zrobi sobie, ani innym krzywdy. W kuchni jednak był królem, nie było potrawy, której nie umiałby upichcić. Zaczynał jako mały pomocnik, który z chęcią dosypywał mąkę, wbijał jajka lub mieszał składniki. Oprócz pieczenia ciast nauczył się przyrządzać sałatki, potem zupy, a na koniec wykwintne dania obiadowe. Kuchnia kojarzyła mu się z mamą, z ciepłem, pięknymi woniami i pysznymi smakami. Czuł się tam bezpiecznie, było to jego miejsce.
Odkąd zaczął interesować się dziewczynami, co Brygida zauważyła sprawdzając zawartość jego tornistra, przestała już sypiać z nim „na łyżeczkę”. Stawał się młodzieńcem i nie był to zdrowy układ. Mart bardzo tęsknił za przytuleniem. Czasem w nocy tuptał boso do łóżka matki, zawijał się w jej objęcia i spokojnie zasypiał.
Nęciły go szkolne koleżanki, ich piersi i kuszące ciała ubrane w kolorowe fatałaszki. Ich słodkie buzie, duże oczy i czerwone usta. Podobały mu się te małe kobietki, jednak nie robił nic, aby z którąkolwiek porozmawiać, nie mówiąc już o propozycji spaceru, czy czegoś więcej. Był nieśmiały. Paraliżował go strach przed wyśmianiem i odrzuceniem.
W…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sylwiana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…