Wróć do katalogu

Dzień z życia prawdziwego twardziela

Łysy rzucił tylko kilka słów pożegnania w kierunku niebieskich przyjaciół – mamy tradycję, je*** policję! – i już biegliśmy w kierunku opuszczonej stacji kolejowej, która miała skryć nasze bezczelne gęby przed wzrokiem stróżów prawa.

Arwena121, opublikowano , 18 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Budzi mnie brzęczenie spragnionego krwi potwora. Naiwnie wymachując nad głową obiema rękoma wierzę, że uda mi się go odpędzić. Na próżno. Demon jest nieustępliwy niczym pirania czująca krew oraz wściekły jak osa buchająca zazdrością, kiedy niesiesz coś słodkiego. Po tej porcji porannej rozgrzewki nie pozostaje mi nic innego jak odprawienie codziennego rytuału adoracji najświętszego łóżka. Na klęczkach głoszę cudowność bogini umożliwiającej mi nocne eskapady i reminiscencje, równocześnie powolnym, lecz zwinnym ruchem oddalam się od terytorium działania jej mocy, która aksamitnym głosem matki przywołuje mnie obietnicą przyprószenia sennym obłokiem słodkości i ukołysania w puszystym puchu zapomnienia. Nie! Nie złamiesz mnie o Pani swymi promesami! Jestem ja Ci wiernym sługą, ale swego żywota na Twe żądanie oddać nie raczę! Nie dla mnie Twe spokojne, atłasowe podgłówki, jam przeznaczony do złych mocy ze świata zgładzenia. Wygłaszając takie deklaracje, starałem się zważać na ostre słowa, bo w głowie miałem złotą myśl poety, że „świat każdego pobodzie, kto z poduszką w niezgodzie”. Szczerze mówiąc, to moje poranne zmagania nie były takie heroiczne. Co prawda, podążając leniwym krokiem w stronę łazienki, błądziłem w ciemnościach niejednokrotnie unikając śmierci w wyniku zderzenia się z obiektem znacznie przewyższającym mnie masą i wielkością, jednakże był to efekt uboczny oślepienia wpadającymi przez okno promieniami słońca, które już nie od dzisiaj obrało mnie niewinnego na główny cel swych czysto złośliwych działań. W łazience czeka miła niespodzianka. Już w progu wita mnie niesamowity przystojniak. To niewiarygodne! Nawet po długiej nocy wyglądam zjawiskowo! Te błyszczące oczy, ponętne usta i potargane ciemne włosy sprawiają, że w naściennym lustrze odbija się postać młodego, greckiego boga. To zdecydowanie polepsza moje samopoczucie po niedawnych trudnych przeżyciach. Jeszcze tylko trochę żelu, odrobinę pasty wybielającej, sporo perfum za dwie stówki, markowe dresy, podkreślający walory T-shirt i jestem gotowy do włożenia mojej ulubionej maski cwanego twardziela. Przechodzę więc przyspieszoną transformację – głowa zamienia się w banię, twarz w paszczę, a dłonie w graby. Wychodzę z domu. Nie żegnam się ze starymi, aby uniknąć straty energii w wyniku niepotrzebnych re-kreacji. Z małej puszeczki red bulla wysysam energię i biegnę na spotkanie z ziomkami. Zadzieram głowę do góry, promyki Heliosa oświetlają mą postać, kiedy próbują przebić się przez zgraję szarych chmur. Czuję się jak gwiazda estrady. – Siemano Lewy! – zwracam się do chudego chłopaka w przeciwsłonecznych okularach, który siedzi na pobazgranym przez chuliganów murku. – Siemka Paweł – odpowiada. – Może kopsniesz się z nami po jakieś piwo? Suszy mnie od samego rana. W gardle to mam pustynię większą niż Sahara. – Najpierw ściągnij te pedalskie patrzałki, bo wstyd się z tobą na mieście pokazać – dodaje Łysy. Jak sam przydomek wskazuje, Łysy szczyci się gładko ogoloną dyńką, która wypełniona jest różnego rodzaju ripostami zauważającymi w tym pedalskim świecie każdą nawet najmniejszą oznakę pedalstwa, zciotowacenia czy też gejostwa. Wydawać by się mogło, że używa tych pojęć raczej naprzemiennie, jednak w jego ustach nabierają one zróżnicowanego znaczenia. Czasem myślę o tym, że tak skomplikowany system nazewnictwa, poddający rzeczywistość tak szczegółowej analizie i klasyfikacji, mógł powstać jedynie w głowie geniusza. – Paweł, co tak stoisz jak taka ciota? Rusz dupę! Zwijamy się stąd – daje się słyszeć niski głos Łysego. (Po głębszym zastanowieniu cofam hipotezę o geniuszu). Grzecznie podporządkowuję się subtelnej sugestii kolegi, zatem rozpoczyna się nasza peregrynacja do monologowego. Po drodze mijamy długowłosą parkę przyodzianą w jednolite kolorystycznie ubranie i rodzaj dość ciężkich, masywnych butów. Oprócz dającego się słyszeć pomrukiwania Łysego o ciągle rozpowszechniającym się pedalstwie, Lewy, spoglądając na nich spod swoich markowych okularów, dodaje: – Ci metale, wszyscy tacy sami. Za grosz wyczucia stylu. Pod naporem łypiącego wzroku Łysego metalowy osobnik płci męskiej kurczy się, natomiast samica, silnie uczepiona jego ramienia, obdarza moją czarującą postać ukradkowym spojrzeniem. Nie rusza mnie to, choć muszę powiedzieć, że jest w moim typie. I nie mówię tu o wyglądzie, gdyż nie jestem wybredny jeśli chodzi o płeć przeciwną. Jej niewątpliwy atut stanowi brak perspektyw, co do dłuższego pozostania w zasięgu mojego wzroku. Po bliższym poznaniu rzucasz takiej tekst o nie dających ci spokojnie spać moralnych rozterkach, więc ta, czując palący się grunt pod nogami, wraca do uginającego się pod ciężarem poroża chłopaka. Ostatecznie wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Żadnych rozpaczliwych telefonów, desperackich wyznań i obietnic, zero rozczulania się i wyrzutów. Prawdziwemu twardzielowi z przestarzałą miłością nie jest do twarzy. Po wyczerpującej podróży docieramy do sklepu. Łysy i Lewy zostają na zewnątrz na czatach, ja zaś przekraczam wrota samoobsługowego raju. W progu witają mnie roześmiane gęby na okiennych szyldach spijające złocistą ambrozję z puszek i butelek. Wypij z nami, a spełnią się twoje marzenia, ustami muśniesz lepszego świata, który podziwiałeś w książkach, gazetach i telewizji – gdy tak nawołują, zwracają się zarówno do wszystkich jak i tylko do mnie, umożliwiając mojej skromnej osobie doznanie luksusu wyjątkowości. Z dolnej półki wyciągam butelki wybornego trunku dla klas najniższych. Mając na uwadze dobroczynne właściwości czerwonego wina pitego w racjonalnych ilościach, do dwóch flaszek w prawej ręce dodaję jeszcze trzy Amarenki. Jestem znany z tego, że propaguję zdrowy tryb życia. Rzucam więc drogocenne buteleczki na ladę, gdzie po drugiej stronie wita mnie zalotnym uśmiechem Izka. – No cześć Pawełek. Widzę, że jakiś grubszy melanżyk się szykuje – zagaduje do mnie. Iza, przesłodka Izka, lubię ją, choć przyznam szczerze, że inteligencją to ona nie tryska. Izabela to typowy przykład plastiku – tlenione włosy, ostry zapach, ciężki makijaż i obowiązkowe białe kozaczki. To, że rysuje sobie kredką brwi w miejscu, w którym skrupulatnie wyskubała każdy najmniejszy włosek, wydaje mi się tak absurdalne, że czasem tylko czekam na to, kiedy wszyscy wokół wybuchną śmiechem i poproszą mnie o wywiad do ukrytej kamery. Właśnie wyobrażam sobie, że Izka wraca do domu, ściąga jak maskę napuszone blond włosy wraz z udekorowaną, spieczoną na mało apetyczny brązowy kolor skórą i wygodnie siada na kanapie, będąc jedynie sobą, kiedy to przedmiot moich przemyśleń otwiera napuchnięte usta i wyrzuca z nich skrzeczące słowa: – Co ty dzisiaj taki małomówny? Może byśmy się gdzieś razem wybrali? To by ci poprawiło humor. W myślach już widzę jak nabija mnie na te swoje ostre tipsy i odbiera jakąkolwiek nadzieję na wyzwolenie. Cóż, wybaczam jej ten nietakt, ponieważ bawi mnie, że dziewczę nie ma zielonego pojęcia, że jest ode mnie grubo starsze. Strzelam zatem minę, jakbym na serio rozważał propozycję i zanim Izunia zdąży skonstruować kolejną zachęcającą wypowiedź, oddalam się pośpiesznym krokiem, w ręku niosąc reklamówkę za siedem groszy, wypełnioną znacznie drogocenniejszą zawartością. Gdy wychodzę ze sklepu, słyszę chrypliwy głos Lewego: – Paweł, ty jełopie . Miałeś kupić fajniutke, zimne piwko. A ty jakiś szajs nam tu niesiesz. – Stul pysk psie. Myślisz, że ja jakiś burżuj jestem? Dobre winko, dobra cena. Czego więcej chcieć? – odpowiadam oburzony. Udajemy się do naszej ulubionej miejscówki w parku. Wyciągamy nabyte napoje orzeźwiające i delektujemy się wykwintnym smakiem landrynkowego siarczanu. Obowiązkowy jest również odświętny toast: „trzaśniem bo zaśniem”. Po niespełna godzinie uroczystego wznoszenia namiętnych wiwatów dla producentów boskiej ambrozji, sklepowej Izki oraz właściciela winiarni, Łysy zaczyna haftować pod drzewem, gdzie jeszcze zeszłej wiosny wyryliśmy serce z pamiętnym napisem L+P+Ł. Prawdziwa miłość, która przetrwa wszystko. Właśnie miałem ruszyć drogiemu przyjacielowi na ratunek, kiedy nie wiadomo jak i skąd rzucił się na mnie rozwścieczony lew. Poczułem ogarniające mnie dzikie podniecenie. Byłem niczym najprawdziwszy rycerz ze średniowiecznych romansów, który całe życie oczekiwał na chwilę ostatecznej próby i stając oko w oko z bestią, reprezentował siły prawdy i sprawiedliwości w odwiecznej walce dobra ze złem. Bez wahania chwyciłem więc pustą butelkę i z całej siły rzuciłem nią w kierunku krwiożerczego potwora. Mój przeciwnik nawet nie drgnął, a ja niestety stałem się ofiarą własnego ataku. Znokautował mnie odbity odłamek roztrzaskanej flaszki. Zapanowała całkowita ciemność. Czułem rozszalałe żyły pulsujące w czaszce i ciepło ogarniające bezwładne ciało. – Paweł! Paweł! – drżący głos anioła wybudzał mnie z letargu – Paweł! Paweł! Słyszysz mnie? – słodkie brzmienie stawało się coraz wyraźniejsze. Mógłbym nawet pomyśleć, że trafiłem do nieba, lecz moment, w którym postanowiłem otworzyć oczy, rozwiał moje wątpliwości.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych