Wróć do katalogu

Emit Remmus

Szczypta ironii, nieco sarkazmu, sporo przyjaźni. Potęga muzyki. Czyżby powstawała nowa kapela? Dla fanów ciężkiej muzyki przede wszystkim. Część pierwsza!

mojra, opublikowano , 19 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dymitr siedział pod Pręgierzem na Starym Rynku z papierosem w zębach i obserwował. Ludzi. Pogodę. Gołębie. Najczęściej jednak ludzi. Rzesze miejscowych wszystkich subkultur od metali począwszy, poprzez punków, skinów, skejtów, na dresach skończywszy; tłumy niezrzeszonych, pracowników, turystów wszelkich narodowości i ras, ulicznych grajków, takoż mima w długiej, brązowej szacie mnicha, kłaniającego się i dzwoniącego zawieszonym na lasce dzwonkiem, ilekroć ktoś wrzucił monetę do stojącej przed nim puszki. Pogoda natomiast nie pozostawiała wiele do życzenia. Zachodzące słońce padało łagodnymi promieniami na kolorową wieżyczkę Ratusza, lekki wietrzyk porywał papierosowy dym, pomarańczowe, pierzaste chmurki ścigały się po niebie. Upał. Cisza i spokój. Jedynie gołębie zdradzały wyraźny niepokój. Rzadko kiedy siadały na brukowanym chodniku, zazwyczaj nerwowo przelatywały z barwnych kamieniczek przylepionych do Ratusza na większe budynki okalające Starówkę. Coś się szykuje. - I feel change, back to a better days! - zaintonował Dymitr pogodnie i zdusił niedopałek na słupie Pręgierza. Wstał. Ziewnął szeroko. Bez większych skrupułów podrapał się po siedzeniu i posłał przechodzącej nieopodal oburzonej staruszce uroczy uśmiech, po czym, nie mając nic lepszego do roboty, wdrapał się po schodkach do Ratusza i usiadł pod renesansowym łukiem. - Sir Psycho Sexy - that is me! - zanucił, zaglądając do swojego podniszczonego, wojskowego plecaka typu "kostka".- He`s a freak of nature but we love him so, he`s a freak of nature, but we let him go... oo - zdziwił się mile na widok dwóch starannie zapakowanych w "Gazetę Wyborczą" butelek piwa o wdzięcznej nazwie Żywiec. Zamiast jednak skosztować tego niezbyt górnolotnego trunku odwinął gazetę i rozłożył ją na kolanach. "Pechowi przestępcy" brzmiał tytuł na stronie piętnastej, opatrzony krótką notatką i zdjęciem nowiutkiego autokaru z napisem "Eurotrip" na lśniącym boku. - Zorganizowana grupa przestępcza napadła na autokar pełen japońskich turystów - przeczytał na głos rozbawionym tonem. - Policja dysponuje trzystoma zdjęciami napastników - zaśmiał się. - Japońce... - dodał, zerkając na wschodnich turystów obwieszonych cyfrowymi aparatami i malutkimi kamerami. W tym momencie krajobraz postanowił zmienić charakter, jakby bajkowy spokój w ułamku sekundy przeszedł do historii. Pociemniało, zerwał się zimny, porywisty wiatr, a "Gazeta Wyborcza" wzbiła się w powietrze z kolan Dymitra niczym spłoszony flaming. - A niech to szlag - warknął, rzucając się za nią w pogoń, ale w połowie drogi zatrzymał się, zdumiony. Przez Stary Rynek przetaczały się miniaturowe tornada papierków, siatek foliowych, piór, kurzu i piasku, nieczasem również porywając nieuważne gołębie, turyści uciekali do najbliższych restauracji, pubów i barów, a mim pędził ku Ratuszowi, w jednej ręce gorączkowo ściskając pudełko z pieniędzmi, a drugą wymachując laską. Blond warkocz powiewał za nim szaleńczo, brązowa szata wydymała się na wszystkie strony, sprawiając wrażenie, jakby mim miał zaraz polecieć, czego jednak nie uczynił. Wykrzykiwał coś niezrozumiałego. - Cześć, Maksiu - powiedział Dymitr tonem nie zwiastującym nic dobrego, kiedy nieszczęsna figura ukryła się wreszcie pod dachem. - Możesz mi wyjaśnić co się dzieje? Maks poświęcił trzydzieści sekund na ułożenie szaty na właściwym miejscu, po czym raczej tępo spojrzał na przyjaciela. - Burza - oświadczył lakonicznie. - Możesz to potrzymać? - wcisnął mu w dłonie pudełko, po czym starannie zaciągnął imitujący pasek sznur wokół talii. - W prognozach nie było mowy o żadnej burzy - kontynuował Dymitr, marszcząc brwi, po czym zajrzał do skarbonki i skrzywił się. - Dużo to ty nie zarobiłeś. Maks wzruszył ramionami. - Letnie burze trudno przewidzieć - zerknął na szalejącą po Starówce pogodę i podrapał się po głowie. - Ciekaw jestem, czy ktoś tu dotrze. - Chudemu Edowi niestraszna nawałnica - mruknął Dymitr, puszczając porozumiewawcze oko. - A jeśli przyczłapie Ed, to przyczłapie i reszta. Zresztą nawet nie pada. W tym momencie z nieba runęła ściana deszczu. Maks uniósł brew. - W porządku, pada. Istnieją jednak takie wynalazki jak parasole. Przez Rynek przefrunął wywrócony na lewą stronę damski parasol w gustowną krateczkę, odstawiając w powietrzu szalonego breakdance`a. Maks uniósł drugą brew. - Tudzież płaszcze z kapturem - oświadczył Dymitr, czując, że zaczyna się irytować. - Wierzysz w cuda, Zimmer - westchnął niedoszły mim, cofając się, kiedy ciężkie krople deszczu zaczęły bębnić w jego niezbyt szczelne glany. - I`m your dream - make you real! - zaśpiewał głębokim głosem Dymitr ze złośliwym błyskiem w orzechowym oku. - I`m your eyes, when you must steal, I`m your pain, when you can feel - sad but true! I`m your truth - telling lies... o cholera - bąknął, kiedy tuż nad ich głowami rozległ się ogłuszający grzmot. - Sad but true, Metallica - rzekł spokojnie Maks. - Patrz, pędzi Puk - wskazał na samotną postać przecinającą Starówkę galopem tak imponującym, że spokojnie mógłby wygrać szkolne biegi na sto metrów. Rzeczony Puk zwany również Kajtkiem malowniczym skokiem przekroczył jakąś ozdobną ławeczkę i pięć sekund później stał już między Dymitrem i Maksem, dysząc i ociekając wodą. Deszcz niemal rozprostował jego radosne loczki niczym najdoskonalsza, acz nieco mokra prostownica. - I`m inside - open your eyes... I`m you! Sad but true! - dokończył Dymitr z rozbrajającym uśmiechem. - Cześć, Kajtuś. - Też się cieszę, że cię widzę - oświadczył Kajtek, otrząsając się niczym pudel. - Sad but true, ale obawiam się, że z naszego nocnego szlajania się po mieście nic nie wyjdzie. Aczkolwiek - tutaj dłonią zaczesał włosy do tyłu i uśmiechnął się promiennie. - Jest nadzieja, że taka burza nie będzie trwać długo. Jakby w odpowiedzi potężna błyskawica przecięła ciemne niebo, a gdzieś niedaleko rozległ się donośny huk oznajmiający, że burza nie zamierza szybko spasować. - No tak - bąknął Kajtek, jakby nieco zakłopotany i zerknął na swoje czarne trampki, z których przy każdym kroku sikała woda. - Było zabrać glany - zatriumfował ni stąd ni zowąd Maks. Przyjaciele w trampkach rzucili mu ciężkie spojrzenia. - To co robimy? - padło zasadnicze pytanie. Czarne brwi Dymitra zbiegły się niemal w jedną linię, zwiastując, że ich właściciel wpadnie za chwilę na jakiś oszałamiająco - pomylony pomysł. Obecni utkwili w nim błagalny wzrok, ale śpiewak wyciągnął tylko papierosa i w zamyśleniu przypalił go poobijaną zapalniczką. Kajtek zerknął na Maksa. Maks zerknął na Kajtka. Równocześnie wzruszyli ramionami. - Cholerrrra - zirytował się Dymitr, kiedy potężny i wilgotny podmuch wiatru zgasił mu papierosa. Rzucił go na ziemię ze złością. - Nie patrzcie tak na mnie, nie mam pomysłu i nie zamierzam przemoknąć. Róbcie co chcecie, ja tu zostaję. Rozejrzał się za swoją Wyborczą, ale dostrzegł tylko pół strony tytułowej trwożliwie przesuwającej się w kierunku przeciwległej ściany. Wobec tego z rozmachem usiadł na ziemi, dziwnym cudem po turecku, założył ręce na piersiach i pozwolił, aby postrzępione i niekoniecznie czyste włosy zasłoniły mu twarz. Z perspektywy Maksa sprawiał wrażenie rozzłoszczonego królika. Mim przetrawił jednak tę rewelację w milczeniu, nie chcąc doprowadzić wybuchowego przyjaciela do prawdziwej furii. Włosy Kajtka ponownie zaczęły skręcać się w loczki, dając jasny i czytelny znak, że one również nie mają zamiaru ponownie przemoknąć. - W takim razie poczekamy na resztę - oznajmił Puk pogodnym tonem, siadając na niewielkiej ławeczce wbudowanej w ścianę Ratusza. - Z cukru nie są, powinni się pojawić. Dymitr zerknął na niego zza kurtyny ciemnych włosów. - Optymista - burknął i pogrążył się we własnym świecie. Maks oparł się o ścianę z cichym westchnieniem i, nie mając nic lepszego do roboty, zaczął przyglądać się to jednemu, to drugiemu towarzyszowi niedoli, podczas gdy deszcz zacinał z nieco zmienną, ale upartą częstotliwością, a grzmoty przetaczały się regularnie nad miastem. Kajtkowa koszula w optymistyczną kratkę stopniowo zaczęła parować. Jej właściciel wyciągnął beztrosko nogi przed siebie i odchylił głowę do tyłu, podrygując lekko stopą w rytm jakiejś wewnętrznej melodii. Na okrągłej, zazwyczaj zdziwionej i nieco dziecinnej twarzy czaił się nieznaczny uśmiech, który prawie nigdy nie znikał. Srebrno - czarny zegarek na prawej ręce zupełnie zaparował. Ogólnie rzecz biorąc, Kajtek wyglądał na człowieka, który macha problemom życiowym z wysokości pokładu parowca odpływającego na Hawaje. Brakowało mu tylko naszyjnika z kwiatów. Radosne loczki dopełniały obrazu. Maks przesunął spojrzenie na Dymitra. Ów rysował jakieś nieokreślone znaki na zakurzonej posadzce długim, smukłym palcem, należącym do równie smukłej, ale pokiereszowanej dłoni. Zazwyczaj nosił czarne, niemal sięgające łokci ciasne rękawiczki z odciętymi do połowy palcami, ale dzisiaj z racji upału ich nie założył i Maks miał okazję przyjrzeć się bladym, poznaczonym bliznami rękom przyjaciela. Czarny podkoszulek z czerwonym napisem Red Hot Chili Peppers ujawniał, że Dymitr musiał ciężko pracować - zwłaszcza fizycznie. W przeciwieństwie do Kajtka, niemal doskonałej personifikacji optymizmu, Zimmer…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych