fragment powieści "Ostatni rok"
kilku przyjaciół wybiera się na wagary i zakłada się, kto będzie na tyle odważny, że położy się wzdłuż torów podczas przejazdu pociągu. Co z tego wynika...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Błękitne niebo nad miastem właśnie przedwczoraj obmyło się w deszczu. Dziś było czyste i nie groziło prędką zmianą takiego stanu rzeczy. Szliśmy wzdłuż torów, wąską ścieżką, co chwilę ginącą wśród traw. Dookoła krajobraz miejscami jak z Madmaxa. Zwykłe przedmieścia drugorzędnej mieściny na Podkarpaciu, ruiny byłego PGR-u, dawno zamknięte fabryki, zardzewiałe i zagruzowane budynki bez szyb i dachów, place budowy dziś porośnięte rzadką, szczeciniastą trawą. W tle składnica złomu, stare płyty szkodliwego dla zdrowia azbestu i połacie podziurawionej korozją blachy falistej. Kopalnia możliwości, którą jednak jakoś nie zachwycaliśmy się. Ja, Koreń i Duszyk, po raz pierwszy po przerwie na wagarach! Właściwie szliśmy nad Tamę, ale przypadek sprawił, ze wybraliśmy dłuższą drogę, wzdłuż torów prowadzącą przez stare złomowiska, łąki, fabryki i osiedle domków jednorodzinnych. Kiedyś na ten złom przywieziono nawet dziesięć przestarzałych, pociętych czołgów z okresu stalinowskiego, ale obecnie pozostały po nich jedynie nikłe fragmenty podwozia. - Serio mówiłeś o tych dziewczynach na polskim? – spytał nagle Koreń - Jak najbardziej. - Nie chcesz więc mieć dziewczyny? To chyba nienormalne w tym wieku. - A możesz mi powiedzieć, po co mi dziewczyna? - No jak to po co?! – włączył się Duszyk – Do dupczenia! Nie chcesz mieć panny?! A sex, pieprzenie jej w każdej wolnej chwili cię nie interesuje? Mówię ci, takie solidne dymanko, to jest to! - No i widzisz, wszystko sprowadzasz do jednego, jak typowy facet dzisiaj. - A po jaki inny chuj potrzebna jest kobietka!? – Duszyk zirytował się - Widzisz, kiedyś dla dziewczyn pisało się wiersze, chodziło z nimi do kina, trzymało za rękę, do szczęścia wystarczała sama obecność ukochanej osoby. Rycerze potrafili zabijać się dla chustki czy wstążki swej kobiety. To było coś! A dziś... - A pierdolisz... Coś ty Durex taki romantyk? Sam mówiłeś na polaku, że miłość nie polega na pięknych spacerach, kwiatkach i innych pierdółkach. - A na dupczeniu, tak? - Nie... No może nie do końca, ale pytałeś, po co ci kobieta, a jeśli nie do rozmów i trzymania za rękę, to chyba tylko do dupczenia! - A może ja bym chciał pannę do rozmów i trzymania za rękę, co? - Mówiłeś, że na chuj ci to! - Nie mówiłem, że na chuj, tylko, że miłość polega na byciu ze sobą na dobre i na złe. Nie chodzi tu ani o dupczenie (choć z pewnością jest jednym z elementów związku), ani piękne kwiatki, to uczucie, coś znacznie bardziej z sensem! - Eeee tam... A ja potrzebuję panny, żeby sobie podupczyć. – zakończył filozoficznie Duszyk. - No to gratuluję... Zaczynałem mieć dość tej rozmowy. Duszyk, jak Duszyk, chłopak całkiem w porządku, tylko z myśleniem miał czasem problemy. Potrafił w ciągu godziny rozłożyć na części pierwsze i złożyć z powrotem motocykl, ale gadać z nim o dziewczynach – masakra. Na szczęście Koreń zmienił temat. - To jak się ustawia ten zapłon u Ogara? – spytał Duszyka Chłopak znalazł się w swoim żywiole. O motorach, samochodach czy pociągach mógł opowiadać godzinami. Powoli i dokładnie zaczął wyjaśniać Koreniowi skomplikowany mechanizm zapłonu u motoroweru. Trzymałem się trochę z boku błądząc wzrokiem po księżycowym krajobrazie dookoła, nie chcąc się ujawniać z całkowitą niewiedzą w tym temacie. Prawdopodobnie bliskość toru kolejowego sprawiła, że po jakimś czasie rozmowa zeszła na pociągi. Rozpoczęła się dyskusja, która lokomotywa, spalinowa czy elektryczna, potrafi uciągnąć więcej wagonów. Koreń twierdził, że elektryczna, gdyż dysponuje większą mocą pobieraną z sieci frakcyjnej, nie jest ograniczona mocą silnika, ja popierałem Duszyka, przypominając sobie spalinowego kolosa ciągnącego ponad sześćdziesiąt wagonów, wypełnionych rudą żelaza, po ruskim torze w Padwii Narodowej.
Stukot kół zbliżał się powoli. Wiedziałem, że jest jeszcze daleko, sylwetki lokomotywy nie można było dostrzec spoza porośniętego drzewami zakrętu, jednak ziemia i szyny wiedziały, że wkrótce stalowy kolos nadjedzie. Podświadomie wyczuwałem przez ubranie każdy wstrząs ziemi, wytężałem słuch w oczekiwaniu dalekiego grzmotu. Leżałem wzdłuż torów pełen mieszanych uczuć. Wiem, że pewnie to bzdura, nic nie ma prawa mi się stać, to tylko pociąg, Duszyk zapewniał, że przejedzie nade mną nie robiąc mi żadnej krzywdy, co najwyżej trochę ogłuchnę, a Duszyk zna się na pociągach jak na wszystkim, co wiąże się z techniką. Zakład to zakład. Pociąg zbliżał się. Ciągle jeszcze nie był widoczny, jednak daleki poszum wiatru i ledwo słyszalny pisk torów zapowiadał jego nadejście. Wszystkie mięśnie napięte jak struny drogiej gitary... W końcu nic mi się nie stanie, a dwadzieścia złotych piechotą nie chodzi. „Jak pory roku Vivaldiego, zmienia się światło w twoich oczach...” – przyczepiła mi się piosenka z jakiegoś serialu. Jakiego? To oczywiste, „Klan”, tylko po jaką cholerę mi się to teraz przyczepiło?! „Powiedz mi życie coś miłego, nie pędź tak proszę...”. Stres nie stres, ważne żeby dotrwać, być odważnym, bo nikt mnie jeszcze w życiu tchórzem nie nazwał. Choćbym miał umrzeć, to tylko z imieniem odwagi na ustach, potrafię bowiem być kimś i zaistnieć i nieważne że moja śmierć i tak pozostanie niezauważona. Jaka śmierć do cholery?! To tylko pociąg, jego dudnienie zbliża się, nadchodzi, powoli stukot kół miesza się z szumem wiatru w gałęziach przydrożnych lip... Skąd ja to znam, gdzie ja widziałem ten motyw? Przydrożne lipy? Na jakimś obrazie? Nieistotne. Jest! Potężne trzy reflektory wielkiej spalinowej lokomotywy Gagarina, powoli wytoczyły się zza zakrętu. „A kiedy przyjdzie także po mnie, zegarmistrz światła purpurowy, by mi zabełtać błękit w głowie, to będę jasny i gotowy...”, tak... Woźniak jest dużo bardziej adekwatny do sytuacji! Czuję go każdą cząstką ciała, słyszę nadjeżdżającą masę stali, ciągnącą sznur osobowych wagonów. Sto metrów, może więcej i zbliża się. Gdzieś w krzakach jęk Korenia i Duszyka. A niech mają tanią rozrywkę, skurwysyny, jak już przejedzie, wstanę i pokażę im, kto tu rządzi. I wcale nie postawię im żadnego pieprzonego piwa za te dwie dychy! Stukot kół na łączeniach szyn przybierał na sile, coraz silniej odczuwałem lekkie drgania spróchniałych belek w starym pokładzie kolejowym, na którym leżałem. Pamiętaj, jak najbardziej płasko, nic się nie stanie, nic się nie stanie... Ta tach ta tach ta tach, jest blisko... Pisk miażdżonych potężnym cielskiem lokomotywy szyn boleśnie wwierca się w czaszkę. „Spłyną przeze mnie dni na przestrzał, zgasną pożogi i powietrza, na wszystko jeszcze raz popatrzę, i pójdę, nie wiem gdzie...”. Pisk stawał się nie do zniesienia, jak ultradźwięki, w bolesnym jęku rozdzierał mi uszy. Nagle dołączył do niego drugi. Hamulce. Iskry sypiące się spod kół. Gdzieś tam widocznie ktoś musiał mnie zauważyć, ale jest już za późno... Dużo za późno. Słońce pięknie i wyjątkowo czysto świeci dzisiejszego dnia, żeby tylko ten tunel miał światło na końcu, drugiego kanału nie zdzierżę, liście mają tak piękny zielono-złoty odcień, szklą się na tle błękitnej tafli nieba... Dwadzieścia metrów, nieustanny pisk hamulców połączony z bolesnym pulsowaniem czaszki i odgłosem miażdżonej stali. Ta tach ta tach t a t a c h t a t a c h t a t a t a c h... J u ż i d ę ż e b y c i ę z a b i ć t a t a c h t a t a c h... Pięć metrów, NIE!!! Piiiiiiiiiiiiiiisk rozdzierający wnętrzności. Resztki sił zesztywniałego do granic możliwości ciała, potężny wysiłek wszystkich mięśni, ostatnie dwa metry i... ...stoczyłem się z nasypu do rowu. Metr wyżej z potężnym zgrzytem zablokowanych kół przetoczył się pociąg pospieszny Wrocław - Stalowa Wola. Siedem wagonów. Siedem wagonów, a w każdym ludzie. Siedem wagonów, a między nimi zwisające do samej prawie ziemi, potężne zwoje kabli, grubości ludzkiej ręki, śruby od amortyzatorów sterczące niemiłosiernie na boki, potężny zderzak Gagarina wiszący dwadzieścia centymetrów nad ziemią... Ogólnie rzecz biorąc uciekłem w ostatniej chwili od nieuchronnej śmierci. A wszystko z powodu głupiego zakładu z Duszykiem i Koreniem; czy to prawda, że można położyć się wzdłuż torów podczas przejazdu pociągu, i nic się złego nie stanie. Boże! Właśnie, że się stanie! Nie można! A mi brakowało d w a m e t r y!!! Serce miałem nawet nie w gardle, tylko w okolicach czubka głowy. Nie było jednak czasu odpoczywać, ani się nad niczym zastanawiać, bo pociąg wciąż zwalniał, by zatrzymać się kilkadziesiąt metrów dalej. Z lokomotywy wypadło trzech ludzi w granatowych mundurach i jeden w żółtej, odblaskowej kamizelce. SOKiści! Rzucili się w naszą stronę. - Zwiewany! – krzyknął Koreń Całą trójką chwyciliśmy plecaki i rzuciliśmy się do panicznej ucieczki. Czterech kolejarzy biegło zajadle w naszą stronę. Puściliśmy się wzdłuż pociągu, dobiegliśmy do końca wagonów, po czym skierowaliśmy się w stronę rzędu nieczynnych fabryk, wpadając wkrótce na dziedziniec pierwszej z nich. Kluczyliśmy pośród bram i starego żelastwa, jednak odległość między nami i ścigającymi nas kolejarzami malała z każdą chwilą! - Rozdzielamy się! – zakomenderowałem Puściliśmy się biegiem, każdy w przeciwną stronę. Jak było do przewidzenia, SOKiści rozdzielili się także, a za mną, o zgrozo, pobiegło dwóch! To już nie są żarty, z niezbyt rozgarniętym woźnym! Byli jakieś trzydzieści metrów za mną, biegli na oko bardzo szybko, ale ja przecież byłem mistrzem szkoły w biegu na czterysta metrów! Muszę sobie poradzić! Gdybym tylko znał teren... Na prostej pewnie bym ich odstawił, ciągle jednak biegłem po krętej ścieżce pełnej dziur i wykrotów, przeskakując co chwilę przez jakieś pozostawione przez PGR żelastwo. Drzewa, łąki i złomowiska migały mi przed oczami zlewając się w jedną buro zieloną plamę. Żeby tak się gdzieś ukryć, szybko! Biegłem i biegłem dając z siebie wszystko. Dystans między mną o SOKistami pozostawał właściwie bez zmian. Musieli mieć niezłą kondycję, albo być bardzo wściekli... Nie urwę się im, muszę gdzieś zniknąć! Kątem oka dostrzegłem porwaną siatkę ostatniej z rzędu fabryki. Była to stara, nieczynna od lat mleczarnia. Potykając się o kolejny płat przerdzewiałej blachy falistej (skąd tu się wzięło tyle tego świństwa!?) wpadłem biegiem na dziedziniec. Gdzie teraz? W lewo! Nie, w prawo! Cholera, nie myśl, tylko biegnij! Po co braliśmy te pieprzone plecaki! Kopniakiem rozwalam wiszące na jednym zawiasie drzwi i wpadam do środka. Półmrok, chłód, pełno szkła z potłuczonych butelek po winie, smród ludzkich odchodów i jeszcze czegoś. Nie wiem. Sekunda na dostrojenie oczu i dostrzegam wnętrze dawnej mleczarni. Jest prawie całkiem puste wyłączając trzy potężne, pokryte oczywiście rdzą kotły, wysokie na jakieś trzy metry, przytwierdzone wspornikami do ściany. Schodki na górę. Podest, podparty stalowymi kolumnami, z niewielką barierką. Pusto, lepiej znów na dół. Nie ma drugiego wyjścia! Za sekundę tu będą! Cholera, rób coś! Nie namyślając się długo wdrapałem się po wspornikach i wskoczyłem do pierwszego z brzegu kotła. Zadudniło ponuro i cała konstrukcja zatrzęsła się złowieszczo. Ścianki kotła lepiły się od jakiegoś zielonkawego paskudztwa, stałem po kostki w szkle, widocznie kotły służyły miejscowym pijaczkom jako kosze na śmieci. Aż dziw, że nie pokaleczyłem nóg wskakując do środka. Wytężyłem słuch... Moje położenie miało swoje dobre strony, gdyż byłem całkowicie niewidoczny w zewnątrz. Po chwili przed wejściem do mleczarni rozległ się przyspieszony odgłos kroków. - Tu wbiegł! Nie mógł gdzie indziej. - No to go mamy... Dwaj SOKiści prawdopodobnie weszli do środka, usłyszałem bowiem dźwięki mocowania się z blachą drzwi. - Ciemno, kurwa... - Czekaj chwilę, on tu musi być. - Gówniarz, kolejny pieprzony samobójca. Drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Co ich w tym roku tylu nasrało?! - Często macie samobójców na torach? - Raz na jakiś czas zdarzy się jakiś. Kilka lat temu wbiegła mi pod pociąg matka z dzieckiem. Masakra, dochodzenie, przesrane na całej linii... Czy ci ludzie nie myślą?! Przecież to najgorszy sposób dla samobójcy; nie dość, że obarcza sumienie niewinnych maszynistów, to jeszcze zdarzało się, że taki kutas przeżył, został kaleką na całe życie, na własne życzenie. Ta matka z dzieckiem śni mi się po nocach do dziś. Gdybym mógł to zawczasu powystrzelałbym wszystkich, żeby im się nie chciało kłaść na torach! No, gdzieś jest gnojku?! – ostatnie pytanie było raczej retoryczne. - Ten przynajmniej w porę poszedł po rozum do głowy... - Po rozum, kurwa? Sturlał się dwa metry przed lokomotywą! Patrząc przez szybę myśleliśmy, ze już po nim. Gówniarz z plecakiem, pewnie na wagarach. Jak złapie za wsiarz, to obije jak psa, a potem własnoręcznie odstawię do szkoły. - A ci dwaj, jego kumple? - A chuj z nimi! Pewnie założyli się, kto położy się na torach pod jadącym pociągiem. Były już podobne przypadki. Przy wszystkich zbieraliśmy trupy. Jak człowiek dwadzieścia lat zapieprza na kolei, to na niejedno się napatrzy. Pieprzone gnojki! Jak najciszej siedziałem w swoim kotle i przysłuchiwałem się tej wielce pasjonującej rozmowie. SOKiści tymczasem przeczesywali mleczarnie. Odgłos kroków, raz po raz zbliżał się i oddalał od mojego kotła. Cholera jasna! – zapomniałem, że stojąc na podeście, z góry dokładnie widać wnętrze kotłów! Siedziałem wprawdzie w tym najdalszym od podestu, a najbliższym wyjścia, z góry jednak wszystko mieli jak na dłoni! Kroki powoli oddalały się, usłyszałem miarowy odgłos wchodzenia po blaszanych schodach. SOKiści wchodzili na podest! Już po mnie... Skrzypienie zardzewiałej blachy, wszystko jak w zwolnionym tempie widziałem przed oczyma chorej wyobraźni. Jeden schodek, drugi, dziesiąty... Niemiłosierny zgrzyt przeżartej rdzą stali. Nagle... - Kurwaaa!!! – usłyszałem straszny łomot i jeden z SOKistów zwalił się z któregoś schodka na ziemię. Stara, powyginana stal nie wytrzymała ciężaru kroków – Moja noga, kurwaaa! - żalił się - Nic ci nie jest? - Chyba skręciłem nogę, zabiję gówniarza! - Dasz radę chodzić? - Nie bardzo, ale jakoś spróbuję. Właź na górę i rozejrzyj się, on gdzieś tu siedzi, czuję to... - Dobra. Odgłos ostrożnych, pojedynczych kroków zadźwięczał głucho po blaszanym podeście. Jak najciszej się dało przykucnąłem w swoim kotle jednocześnie rozpłaszczając się na ściance po stronie podestu, by być z góry jak najmniej widocznym. Wstrzymałem oddech. Serce biło jak oszalałe, nie wiem, czy nie bardziej niż wtedy na torach. Byłem przekonany, ze jeśli żaden inny odgłos mnie nie zdradzi, zrobi to z pewnością przeraźliwy dźwięk bijącego serca. - Widzisz coś? - Raczej nic... - Patrz dobrze po kotłach. Nie siedzi w żadnym? Zadrżałem. - Nie, raczej nie... Choć, tego ostatniego nie widzę wyraźnie. Boże, już po mnie! - Nie, w kotłach go nie ma! - usłyszałem w końcu. A więc Bóg istnieje. - Na pewno? - Na pewno, widzę stąd wszystko, pełno szkła, jakiś syf, ale gnoja nie ma. Musiał zwiać innym wyjściem. - Stąd nie ma innego wyjścia! - No to zniknął. - A na pewno tu wchodził? Dobrze widziałeś? - Sam nie wiem... Drzwi trzęsły się jeszcze na zawiasie. Może wiatr... - Jaki ty kurwa masz dziś wiatr?! Zgubiliśmy gówniarza i tyle! Jak dorwę to zabiję! Podwójne kroki zbliżyły się nieco do mojego kotła. Jeden z SOKistów zeszedł widocznie z podestu. - Ty, patrz, tu jest dziura! - Gdzie? - W kącie, po lewej, kawał poszycia odgięty. Mógł tędy zwiać! - To jak patrzysz, kurwa!? - Nie dostrzegłem tego na początku. - Szczeniak uciekł dziurą jak lis. Ma szczęście, że go nie dorwałem! Chodźmy już stąd, śmierdzi tu jakimś gównem. Odgłos kroków powoli zbliżał się do wyjścia. A więc udało się. Jeden z SOKistów wyraźnie utykał. Słychać było ciche szuranie nogą po podłodze zasłanej piachem i odłamkami szkła. Dobrze mu tak, strach pomyśleć, w jakim ja byłbym stanie, gdyby mnie dopadli. Dość już wrażeń jak na jedne wagary. Po chwili wszystko ucichło. Odczekałem jeszcze dobre dziesięć minut zanim zdecydowałem się na próbę wydostania z kotła. Łatwiej jednak powiedzieć, dużo trudniej wykonać! Pokryte wszechobecną rdzą i jakąś lepką mazią ściany, wysokie na trzy metry nie miały od wewnątrz absolutnie żadnego punktu zaczepienia. Wskoczyć tu było łatwo, wyjść wydawało się niemożliwością. Kilkakrotnie podskakiwałem, próbując uchwycić się ręką krawędzi, wszystkie próby jednak były bezskuteczne. Do krawędzi brakowało za każdym razem ponad pół metra! No to mamy problem! – pomyślałem. Średnica kotła, wynosząca również jakieś trzy metry, pozwalała zapomnieć o jakimkolwiek podparciu dla stóp i pleców i próbie wydźwignięcia się w ten sposób. Po którymś z kolei podskoku opadłem z sił. Poczułem wszechogarniającą słabość i głód. Na szczęście w plecaku miałem mocno pogniecioną kanapkę z serem. Wyciągnąłem ją, odwinąłem z folii i siedząc na kawałku dna kotła, wcześniej uprzątniętym z fragmentów szyjek i denek butelek, zacząłem jeść. A może zostawić trochę na później? Nie wiadomo w sumie ile tu posiedzę - pomyślałem złowieszczo - Nie wiadomo, czy w ogóle stąd wyjdę! Cholera, trzeba coś robić! Najpierw zjedz... – uspokajałem się nieco – Potem będziesz myślał. Ostatni kęs suchej kanapki z trudem przecisnął mi się przez gardło. Zdałem sobie bowiem sprawę z beznadziejności mego położenia. Siedzę w starym kotle, w zapomnianej mleczarni, a nikt nie ma pojęcia, gdzie jestem. W szkole przecież w ogóle się nie pojawiłem, a Koreń z Duszykiem pobiegli w zupełnie inną stronę. Ciekawe, czy ich złapali... Mogę tu siedzieć i czekać choćby końca świata! Strasznie beznadziejne miejsce na śmierć, znajdą moje kości po kilku latach, nikomu wcześniej nie przyjdzie do głowy, że ktoś jest w kotle, a smród rozkładających się zwłok zginie w odorze starego wina i ludzkich odchodów. Rodzice co najwyżej pomyślą, że znów uciekłem z domu, nie racząc nawet tym razem pozostawić żadnego listu. To byłoby zresztą dość prawdopodobne, wczoraj bowiem znów miałem lekkie spięcie z ojcem. Co chwilę się z nim o coś kłócę, zazwyczaj o tak błahe przecież sprawy. Zwykły konflikt pokoleń, ktoś powie, jednak tak bolesny dla obu stron... Zaledwie przed czterema miesiącami uciekłem z domu. Wszystko właściwie przez moją głupotę. Pewnego pięknego majowego dnia, poszedłem sobie jak zwykle na wagary. Tym razem postanowiłem pojechać rowerem do Tarnobrzega. Na swym małym składaku, na dwudziestocalowych kołach lubiłem nieraz zapuszczać się gdzieś dalej i takie wyprawy były u mnie na porządku dziennym. Sto kilometrów w dwie strony? Pestka! Tak było i tym razem. Zatrzymałem się na krótką chwilę na wiadukcie z ruskimi torami, przechodzącym nad drogą w Padwii Narodowej. Patrzyłem na przejeżdżające pode mną samochody. Uwagę moją zwróciły leżące dookoła kulki rudy żelaza. Nie myśląc wiele zacząłem się nimi bawić, ciskając je najpierw do pobliskiego rowu, później zaś rzucając w popękany asfalt drogi. Nie celowałem w auta, broń Boże! Po prostu ciskałem kulki w asfalt, a one dysponując dziwnie sprężystymi właściwościami odbijały się od drogi jak kauczuk i podskakiwały na niej jeszcze przez chwilę. Pech chciał, że jedna z kulek po odbiciu od drogi trafiła prosto w szybę jadącego w stronę Mielca (byłem zwrócony również w tę stronę i niewidocznego dla mnie) srebrnego mercedesa. Kierowca (przypakowany dwudziestokilkuletni nowobogacki), nie stracił panowania nad pojazdem (całe szczęście, bo z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie TIR wypełniony płytami pilśniowymi), tylko powoli na najbliższej wysepce zawrócił, zatrzymał auto przy wiadukcie, wysiadł i puścił się za mną w pogoń. Byłem w zbyt wielkim szoku, żeby porządnie uciekać, dałem się więc złapać, obić na kwaśne jabłko i odstawić na najbliższy komisariat policji. Na strasznie drogiej szybie nowego mercedesa (że też musiałem trafić właśnie w takie auto!) szkliło się w słońcu pęknięcie spowodowane zderzeniem z pechową kulką. Zostałem potraktowany jak zbrodniarz pierwszej kategorii, a gdy jeszcze wyszło na jaw, że jestem na wagarach, postanowiono się ze mną nie cackać, tylko od razu założono mi akta, spisali dane, telefony kontaktowe do pracy rodziców, telefon domowy, po czym poinformowano mnie, że trafię do poprawczaka i że mam oczekiwać na wezwanie do sądu i wyprawiono do domu. Koszt szyby, koszty sądowe, około tysiąc złotych, miał pokryć mój ojciec, poprawczak miał mnie zresocjalizować... Do domu wróciłem tylko po to, by zostawić rower i napisać list. Opisałem w nim całe zdarzenie (posterunkowy nie dał rady dodzwonić się do pracy mego ojca, a w domu nie było jak zwykle nikogo i całą sytuację miałem rodzicom po południu opowiedzieć osobiście) oraz stwierdziłem, że w takiej sytuacji nie mam co w domu szukać, bo ojciec mnie po prostu zabije. Napisałem więc, że uciekam z domu, nie wiem kiedy wrócę, ale prawdopodobnie nigdy lub nieprędko i oczywiście standardowy dopisek, żeby mnie nie szukali, ani nie zawiadamiali policji (nie wiem, po co uciekinierzy piszą w listach tę brednię. Przecież wiadomo, że pierwszą czynnością każdych rodziców jest zgłoszenie ucieczki na policji). Wziąłem ze skrytki swoje siedemdziesiąt osiem złotych, składane od roku na rower górski i poszedłem na dworzec. O piętnastej dziesięć wsiadłem w autobus do Rymanowa-Zdroju, małej uzdrowiskowej miejscowości w Beskidach, gdzie dwa lata wcześniej miałem przyjemność leczyć się przez osiem tygodni w sanatorium. Przez dwa tygodnie pałętałem się bez celu po górach. Pogoda raczej mi sprzyjała. Piłem hektolitrami wodę mineralną z licznych rymanowskich źródeł, żywiłem się w sporej mierze owocami…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil wariorr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…