Główny Szlak Beskidzki
Przejście najdłuższego szlaku w Polsce (500 km)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zapraszam do przeczytania tej wędrówki na moim blogu, gdzie znajdziesz zdjęcia z każdego dnia wyprawy. https://arsislogos.pl/
Dzień pierwszy, Beskid Śląski 22.05.2020 r. 14:50 Ruszam z Ustronia na Główny Szlak Beskidzki mierzący ok. 500 km, a kończący się w Wołosatem. Nie idę z myślą przejścia całej trasy. Idę z myślą o przygodzie, spaniu w lesie, dzikich zwierzętach, życia przez jakiś czas z naturą i w odosobnieniu. W każdym momencie mogę zrezygnować i w każdym momencie mogę iść dalej. Nie chcę go przejść za wszelką cenę, bo nie chcę mieć do siebie żalu jeśli będę musiał zrezygnować z różnych względów, które mogą podczas mojej wycieczki nastąpić. Plecak waży 20 kg. Jest bardzo ciężki jak na taką podróż, ale musiałem wziąć rzeczy, bez których bez wątpienia moja wędrówka skończyłaby się dużo wcześniej niż zaplanowałem. Moje tępo moje uczucia, moja wola. Przede mną pierwszy szczyt. Wchodząc na Wielką Czantorię (995 m n.p.m.) myślałem, że stracę wszystko co jeszcze przed chwilą miałem na dole. Cały zapał, silna wola, siła fizyczna. Wszystko to gdzieś ulatniało się w miarę wysokości i przebytych metrów. Plecak ciążył niesamowicie, dwulitrowy bukłak wody malał z każdą chwilą. Powoli krok po kroku udało mi się dotrzeć na szczyt, choć po drodze w myślach przeklinałem siebie, plecak i świat. W tym miejscu szlak łączy się z granicą Czech. Na dalszej trasie umieszczonych jest wiele znaków zakazujących przekroczenia granicy z powodu pandemii. Kolejny szczyt jaki odwiedziłem to Soszów Mały (762 m n.p.m.). Byłem zmęczony i zastanawiałem się czy rozłożyć namiot obok szlaku gdzie mógłbym spędzić noc, lecz postanowiłem iść dalej. Po niedługiej chwili marszu znalazłem się przy schronisku na Soszowie gdzie udało mi się znaleźć wolny pokój, za który dostałem dodatkowo zniżkę będąc piechurem Głównego Szlaku Beskidzkiego. 15 km szlaku
Dzień drugi 23.05.2020 r. 10:30 Wyspany ruszyłem w dalszą drogę. Pierwszą górę jaką pokonałem to Soszów Wielki (885 m n.p.m.), który był bardzo blisko schroniska. Następnie Cieślar (920 m n.p.m.) i tak na horyzoncie pokazało się kolejne schronisko na szczycie Wielki Stożek (978 m n.p.m.). Zatrzymałem się na małe piwo i krótki odpoczynek. Po uzupełnieniu płynów żwawym krokiem doszedłem na szczyt Kiczory (989 m n.p.m.) skąd trasa prowadziła w dół ku przełęczy Kubalonka (761 m n.p.m.). Tam pojawiła się lekka cywilizacja, z której skorzystałem jedząc hot doga i kupując kilka oscypków na kolację. Schodząc w dół do Kubalonki cały czas czułem jak bolą mnie stopy. Choć buty mam dość wygodne, twarde pięty dają mi się we znaki. Po dłuższym czasie wędrówki doszedłem do kolejnego schroniska Przysłop pod Baranią Górą i tam zostałem do dnia następnego. Na jednej pięcie pojawił się bolesny bąbel, ale tak to bywa przy takich wyprawach. Tym razem w pokoju byłem z innym podróżnikiem. Wieczór minął nam w przyjacielskiej atmosferze z opowieściami o naszych przygodach i wyprawach. 37,4 km szlaku
Dzień trzeci 24.05. 2020 r. 9:30 Po porannym ogarnięciu czekała mnie chwila wspinaczki na Baranią Górę (1220 m n.p.m.). Grad, który zaczął padać lekko poobijał ludzi wędrujących na szlaku. Po drodze spotkałem miejscowych, którzy także szli na szczyt. Nie mogłem odmówić piwa tak miłym ludziom gór. Na szlaku mijaliśmy się ostatecznie kilka razy i spotkaliśmy się na Baraniej gdzie odpoczęliśmy i gawędziliśmy o życiu. Szedłem dalej. Trasa prowadziła raz w górę raz w dół, góry są przewidywalne. Przez Magurkę Wiślańską (1140 m n.p.m.) i Magurkę Radziechowską (1108 m n.p.m.) doszedłem na wzniesienie Glinne (1034 m n.p.m.) gdzie usiadłem na polance odpocząć. Ściągnąłem buty. Okazało się, że bąbel na pięcie już nie istnieje a zamiast niego jest nieprzyjemna rana. Zakleiłem bolące miejsce plastrem, zjadłem dwa oscypki i jabłko, które dostałem od mojego współlokatora i ruszyłem dalej. Wędrowałem długo przez las. Minuty stawały się godzinami. Myśli były ciężkie i bezlitosne. Rana na stopie i ból w ramionach nie dawały o sobie zapomnieć. W końcu dotarłem do miasteczka Węgierska Górka (ok. 400 m n.p.m.) gdzie zaopatrzyłem się w wodę. Następną wioską na mojej trasie była Żabnica. Minąłem ją szybko i wszedłem z powrotem w lesiste tereny. Nieopodal Żabnicy na skraju lasu i polany rozłożyłem namiot. Obawiałem się trochę deszczu, bo już wcześniej padało, ale nie miałem wyboru. Po zachodzie słońca zaczęło padać. Na szczęście lekko i przez ok. godzinę. Leżąc w ciszy usłyszałem obok namiotu szelesty. Byłem pewien, że coś obok niego chodzi. Wytężałem słuch, gdy nagle obok mojego prawego ucha coś wydało dziwny dźwięk burczenia. Wystraszyłem się nie na żarty. Wcześniej myślałem, że to może zając, który odwiedził mnie gdy jeszcze było jasno, ale teraz już byłem pewny, że to co innego. Pod ręką miałem nóż i latarkę, ale nie chciałem niepotrzebnie wychodzić i straszyć czegoś co mogło mnie zaatakować. W końcu szmery obok namiotu ucichły i moje serce także. Po namyśle stwierdziłem, że to pewnie był jakiś dziki pies. Tylko to dziwne burczenie... "Najpiękniejsze doświadczenie, jakie możemy mieć, to doświadczenie nieodgadnionego… Każdy, kto nie zastanawia się, nie dziwi się, może równie dobrze nie żyć, jego oczy są zamglone". Albert Einstein 58 km szlaku
Dzień czwarty, Beskid Żywiecki 25.05.2020 r. 7:30 Noc minęła spokojnie lecz chłodno. Mój śpiwór na szczęście jest przystosowany do niskich temperatur więc nie zmarzłem. Znów zaczęło kropić więc szybko spakowałem rzeczy, namiot i byłem gotowy na kolejny dzień. Dzisiaj na szlaku czekało sporo wyzwań a także dużo wzniesień. Ruszyłem przez Abrahamów (829 m n.p.m.) w stronę Stacji turystycznej Słowianka. Po drodze rozpadało się na dobre. Na plecak założyłem folię ochronną, a sam maszerowałem, w nieprzemakalnej kurtce i nieprzemakalnych spodniach. Błoto było wszędzie. Buty przyklejały się do podłoża, a po bokach ścieżki i niekiedy na niej spływały wodospady deszczu. Spodnie do kolan miały odcień brązu i czerni, ubłocone buty połyskiwałyby w słońcu gdyby szare chmury i mgły nie zasłoniły nieba. Dotarłem do Słowianki. Otwarty był tylko sklep, do którego i tak nie można było wejść. Schroniłem się chwilę pod daszkiem. Niestety nie było żadnego miejsca bym mógł usiąść i ściągnąć choć na chwilę buty. Trzeba było iść dalej. Cały mokry, brudny, obolały i zmęczony wyobrażałem sobie jak dochodzę do kolejnego schroniska na Rysiance (ok.1250 m n.p.m.) siadam i zamawiam placki ziemniaczane. Głód zmotywował mnie do szybszej wspinaczki. Mogłeś iść wybrzeżem Bałtyku, po piasku zamiast ślizgających się kamieni, boso zamiast w twardych uciskających butach, spać i budzić się przy szumie fal a nie ze strachem, że zje Cię jakiś leśny stwór, w koszulce i okularach przeciwsłonecznych zamiast w mokrej kurtce i przemoczonych gaciach, mówił mózg, ale już go nie słuchałem, bo oto wyłonił się zza wzniesienia majestatyczny dach zbawiennego ciepła i strawy schroniska. Zamkniętego schroniska. Stałem chwilę pod drzewem i już miałem się rozpłakać gdy nadeszły inne osoby. Matka z córką i dwóch przyjaciół wędrujących przez Szlak Beskidzki. Wymieniliśmy się spostrzeżeniami i poszedłem do następnego schroniska. W drodzę dopadła mnie obawa, że jest nas już piątka, która chce spać w najbliższej chatce i przy obecnej sytuacji może zabraknąć miejsca. Na szczęście ja byłem na przedzie i nie było mowy o tym żebym dał się wyprzedzić. Na dalszej trasie minąłem szczyty Trzy Kopce (1216 m n.p.m.) i Palenica (1343 m n.p.m.) za nim dotarłem do najwyżej położonego schroniska w polskich Beskidach na Hali Miziowej (1330 m n.p.m.). Zameldowałem się w pokoju jednoosobowym z łazienką, wziąłem gorący prysznic i zjadłem pierogi z mięsem (niestety nie było placków). Między czasie widziałem jak reszta wędrowców, którzy szli za mną, także znalazła pokoje dla siebie. Tak ogólnie to większość schronisk z jakimi się spotkałem do tej pory w Beskidach przypominają bardziej hotele niż schroniska, tak pod względem luksusów jak i ceny. Szkoda bo nie odczujesz tu takiego klimatu gór, dzikiej natury, a może nawet integracji z innymi piechurami. Na ramionach zrobiła mi się duża i brzydka wysypka od ramiączek plecaka, na szczęście mam maść z antybiotykiem, której użyłem. Wszystkie rzeczy, które miałem w plecaku były doszczętnie mokre mimo założonej płachty ochronnej, więc musiałem rozłożyć je (łącznie z namiotem) po pokoju i łazience. Zrobiłem pranie i oddałem się relaksowi. "Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz". Masashi Kishimoto 77,3 km szlaku
Dzień piąty 26.05.2020 r. 8:45 Odpocząłem. Nogi miały się nieźle oprócz doskwierającego bólu z rany na pięcie. Nie wszystkie rzeczy do końca wyschły w tym buty, które nadal były wilgotne. Na szczęście nie mnie się tym dzisiaj było przejmować ponieważ zostałem w schronisku. Cały dzień lał deszcz, na chwilę przyszła nawet burza. Ja posegregowałem sobie sprawy związane ze szkołą, wszystkie rzeczy spokojnie przeschną do jutra, a burze przejdą. Ten dzień odpoczynku dedykuję szkole, moim ubraniom, pogodzie, sobie i przede wszystkim mojej mamie w dniu jej święta. 77,3 km szlaku
Dzień szósty 27.05.2020 r. 10:15 Ruszyłem w dalszą drogę. Dzień zaczął się bardzo mgliście. Widziałem tylko swoje stopy i zarysy drzew, może dlatego poszedłem w zupełnie inną stronę niż powinienem. Na szczęście w porę się zorientowałem i wróciłem na dobre tory. W sumie mała rozgrzewka pod górę dobrze mi zrobiła. Dzisiaj miałem ambitny plan. Chciałem przejść więcej niż w każdym poprzednim dniu. Plan nie wypalił, ale o tym zaraz. Pierwszy przystanek zrobiłem na przełęczy Glinne gdzie znajduje się przejście graniczne. Siedziałem na krawężniku i patrzyłem ponuro na zamknięty szlaban myśląc kiedy w końcu można będzie przejść na drugą stronę. Nie zabawiłem jednak długo, czas gonił, a strażnikom, którzy z pewnością przyglądali mi się za pomocą kamer, pewnie nie było w smak moje gapienie się na słowacką stronę. Pogoda mi sprzyjała, wyszło słońce i deszcz był daleko. Trasa była ciekawa i prosta. Przeszedłem przez szczyt Student (935 m n.p.m.), następnie Beskidek Korbielowski (955 m n.p.m.) i górę Beskid Krzyżowski (923 m n.p.m.). Po drodze spotkałem dwóch wędrowców, którzy także przemierzali GSB w drugą stronę. Zupełnie nieplanowanie zagadnąłem gdzie najlepiej dzisiaj spać. Jeden z nich odpowiedział, że niedaleko jest chatka zrobiona przez ludzi i tam można spać za darmo. Zdziwiło mnie to bo nigdy o czymś takim nie słyszałem. W końcu dotarłem na miejsce. Jaworzyna (1013 m n.p.m.). Z boku chatka wygląda jak czyjaś własność. Ogrodzona i zadbana. Gdybym nie wiedział, że jest to punkt odpoczynkowy nawet bym się nie zatrzymał. Eksplorując to miejsce byłem w szoku. W domku jest stara kuchenka, w której trzeba napalić żeby z niej skorzystać, półki z książkami, zlew i kran z bieżącą wodą. Ponad to były różne produkty, które zostawiali ludzie dla innych podróżników. Za chatką jest prawdziwy kompleks. Drewniane ławki i stoły, mały domek, w którym znajdują się dwa piętrowe łóżka, dwa miejsca na rozpalenie ognisk, prysznic i toaleta z papierem! Do tego drewno na ogniska jest porąbane i przygotowane. Nikogo tam nie było. Wszystko jest darmowe i tylko jeśli taka twoja wola możesz wrzucić datek do przygotowanej puszki. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Miejsce jest magiczne i nie boję się użyć tu tego słowa niesamowite. Można by tu było zostać na dłuższy czas. Mój ambitny plan nie wypalił przez to miejsce, ale wcale mi tego nie żal. Zostałem tu na noc. W głównym domku zauważyłem kiełbasę na grilla, więc postanowiłem rozpalić ognisko. Niestety gałęzie były mokre i nie chciały się palić. Kiedy wziąłem się na poważnie za rozpalanie prawdziwym drewnem zaczął padać deszcz. Rozpadało się na dobre i kiełbaski nie było, ale uśmiech pozostał. 90 km szlaku
Dzień siódmy 28.05.2020 r 8:45 Spałem niezbyt dobrze. Miałem koszmary i co chwilę budziłem się myśląc, że ktoś wchodzi do mojego baraku. Noc była zimna i strasznie zmarzłem. Z rana przywitała mnie ładna pogoda, więc ruszyłem w dalszą drogę. Przez Szczyt Jaworzyna (1047 m n.p.m.), Przełęcz Głuchaczki, górę Mędralowa (1169 m n.p.m.), Przełęcz Jałowiecka, Żywieckie Rozstaje, dotarłem do schroniska Markowe Szczawiny. Szło mi się w miarę dobrze, zważywszy, że nie padało. Dopiero tutaj czekało mnie pierwsze wyzwanie dzisiejszego dnia. Najwyższy szczyt na Głównym Szlaku Beskidzkim Babia Góra inaczej zwana Diablakiem (1725 m n.p.m.). Było to moje pierwsze wejście na tę górę od tej strony. Stroma ale miła trasa doprowadziła mnie w końcu do punktu, w którym wiatr przekracza granicę prędkości dźwięku. Oczywiście to niemożliwe i nie wiem z jaką dokładnie prędkością wiał wiatr, ale na pewno z większą niż 100 km/h. Dwa kaptury zasłaniały mi twarz i widok, który niestety nie był zadowalający. Chmury przesłoniły cały szczyt. Na szczęście nie padało. Byłem na drodze w dół. Zaczęło padać. Mocno padać. Gradem. Świat zasłoniły spadające kostki lodu odbijające się od mojej osoby i wszystkiego wokół. Musiałem przystanąć i chwilę przeczekać nawałnicę. Później był już tylko deszcz… W dalszej trasie minąłem Sokolicę (1367 m n.p.m.), Przełęcz Krowiarki, Sylec (1146 m n.p.m.), aż dotarłem do szczytu Cyl Hali Śmietanowej (1298 m n.p.m.). Pogoda nie dawała za wygraną. Burze tańczyły wściekle to z prawej to z lewej. Cały przemoczony, ubłocony i nie ukrywam psychicznie i fizycznie zniszczony parłem przed siebie. Szarość przechodząca w ciemność zabierała nadzieję, że kiedykolwiek dotrę do wymarzonego schroniska. Wchodząc na kolejny szczyt Polica (1369 m n.p.m.) uzbrojony byłem w mocną czołówkę, której światło odbijało się od chmur i mgły odcinając mi całkowicie pole widzenia. Parłem na oślep, to w jasności błyskawic wijących się tuż obok, to w ciemności grzmotów odbijających się echem w czeluściach lasu. Spadający grad zasnuł całkowicie ziemię, która wyglądała jak lodowiec. Po pokonaniu ostatniej góry, dziękując Bogu dotarłem do Schroniska na Hali Krupowej gdzie spędziłem noc. 119,6 km szlaku
Dzień ósmy 29.05.2020 r. 10:15 Po wczorajszym dniu nadal byłem zmęczony. Pogoda nie rozpieszczała, choć przelotne deszcze nic nie znaczyły w porównaniu z wczorajszymi harcami. Po przejściu szczytu Okrąglica (1239 m n.p.m.) musiałem zrobić przystanek. Bardziej niż w poprzednich dniach dokuczał mi ból pięty, gdzie rana nie miała szansy zdążyć się zagoić, a druga noga zaczęła boleć mnie od ciężaru, którego doświadczała przy ciągłym utykaniu. Po opatrzeniu stopy, krzywo ruszyłem w dół ku miasteczku Bystra Podhalańska. Po uzupełnieniu zapasów jedzenia i picia w przydrożnym supermarkecie obrałem kurs na Jordanów. Tam czekał już na mnie domek wypoczynkowy, który wcześniej znalazł dla mnie przyjaciel. Po zrobieniu prania czekało już tylko łóżko. 135,7 km szlaku
Dzień dziewiąty 30.05.2020 r. 9:00 Dzień odpoczynku. Ubrania się suszą, ja się byczę. Z Krakowa przyjechali moi dobrzy przyjaciele, z którymi wybrałem się na pobliskie wzniesienie na rekreacyjne piwo. Później zwiedzając miasteczko wstąpiliśmy na pizze. Między czasie zrobiłem zakupy w aptece i spożywczym na dalszą drogę. Dzień niestety zleciał bardzo szybko i po miłych pogawędkach wrócili do domu. Ja zaś zostałem i od jutra zaczynam od początku moją wędrówkę. “Dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo i choć ani kształt chmury, ani barwa, ani wielkość nigdy takie same nie zostają, ciągle jest chmurą. I tak samo z duszą jest. Kto rzec może, skąd chmura przywiała? Albo kto tą duszą będzie jutro?” David Mitchell “Atlas Chmur” 135,7 km szlaku
Dzień dziesiąty, Gorce 31.05.2020 r. 11:40 Z rana przywitał mnie już tak dobrze mi znany przyjaciel deszcz. Po wysuszeniu wszystkich rzeczy zapowiadało się znowu zmoczenie. Z Jordanowa ruszyłem do wsi Wysoka, następnie mijałem miasteczko Skawa i przedzierając się przez gęsty las deszczowy dotarłem do Rabki-Zdrój. Trasa nie była zbyt wymagająca. Przez wsie szedłem asfaltem, więc było sporo równiny. Gorzej było z trasą do Rabki, która po pierwsze słabo oznaczona, po drugie mało widoczna i po trzecie miejscami strasznie gęsta od rozmaitych krzaków, mogła doprowadzić do irytacji. Do tego ciągły deszcz. Dzisiejszego dnia, nie było ani minuty, w której by nie padało. Po dłuższej chwili odpoczynku na przystanku autobusowym w Rabce skierowałem się ku Bacówce na Maciejowej (852 m n.p.m.) gdzie nocowałem. Woda, błoto, kałuże, wodospady, las, mgła, chmury. Moi nieustraszeni towarzysze podróży. Odrzuceni lecz wierni. Nie kochani, lecz trwający przy swoim kompanie. Przechodząc przez szczyt Maciejowa (815 m n.p.m.) spotkałem rodzinę dzikich kaczek, które założyły swoje ognisko domowe w kałuży… Sporej kałuży. Może nawet dziedziczonej z pokolenia na pokolenie. Pradziad Kaczor bronił jej za okupacji niemieckiej i obronił. Dzięki niemu miałem buty pełne wody. Na szczęście jutro miała być ładniejsza pogoda, bo ciągły deszcz zrobił mi już zwarcie w mózgu przedzierając się chyba przez wszystkie otwory mojego ciała do środka organizmu. Dzisiaj strasznie bolały mnie stopy. Prawdopodobnie od długiego chodu po twardej nawierzchni. Po rozłożeniu mokrych rzeczy i kolacji w postaci chleba tostowego z pasztetem, zapadłem w głęboki sen. 156,4 km szlaku
Dzień jedenasty 01.06.2020 r. 10:30 Dzisiaj dostałem najlepszy prezent na dzień dziecka. Ładną pogodę. Słońce świeciło, a na niebie były wyłącznie białe cumulusy. Jak długo czekałem na ten dzień. Ruszyłem w drogę. Pierwszy przystanek zrobiłem sobie w Schronisku na Starych Wierchach, później minąłem szczyt Obidowiec (1106 m n.p.m.) i dotarłem na znaną górę Turbacz (1310 m n.p.m.). Na horyzoncie pokazały się piękne Tatry. Ośnieżone szczyty wzbijały się ku chmurom. Dla takich widoków warto było znosić deszczowe dni. Strzeliste góry nie znikały mi z oczu podczas dalszej wędrówki. Kolejny przystanek zafundowało mi Schronisko na Turbaczu, gdzie pozwoliłem odpocząć stopom. Pozostałości po ostatnich dniach niestety zostały, więc gdy zagapiłem się na piękne widoki wpadłem w olbrzymie błoto, aż do kostek. Lekko obmyłem buty i maszerowałem dalej. Następny szczyt to Kiczora (1282 m n.p.m.). Później było sporo schodzenia w dół. Miałem rozłożyć się gdzieś z namiotem, ale zauważyłem na mapie stację turystyczną Studzionki, gdzie dotarłem i przespałem się w cieple za przystępną cenę. 179 km szlaku
Dzień dwunasty 02.06.2020 r. 10:20 Pogoda była w kratkę. Pół godziny padało pół świeciło słońce. Tak czy inaczej byłem mokry. To od deszczu, to od potu. Przeszedłem przez wzgórze Kotelnica (946 m n.p.m.) i Runek (1005 m n.p.m.), aż dotarłem do Szczytu Lubań (1211 m n.p.m.). Podejście na sam wierzchołek było dosyć strome i wymagające, ale widok z postawionej tam wieży o wysokości 27 m rekompensował wysiłek. Teraz droga prowadziła już tylko w dół. Pogoda unormowała się i w oddali pojawiły się piękne śnieżne szczyty. Minąłem wzniesienie Marszałek (828 m n.p.m.) i dotarłem do swojego punktu docelowego czyli miasteczka Krościenko nad Dunajcem, gdzie przenocowałem w pewnym domku. Wieczorem wyszedłem pozwiedzać okolicę i przy okazji zrobiłem zakupy na dalszą podróż. 198,6 km szlaku
Dzień trzynasty, Beskid Sądecki 03.06.2020 r. 11:40 Z Krościenka ruszyłem w stronę szczytu Radziejowa (1266 m n.p.m.). Pogoda była ładna, to bardzo dobrze się składało, bo czekało mnie dzisiaj spore wejście. Pomiędzy Krościenkiem a Radziejową jest różnica wysokości ok. 860 m. Zanim dotarłem na najwyższą górę dzisiejszego dnia przeszedłem przez Groń (803 m n.p.m.), Dzwonkówkę (982 m n.p.m.), przełęcz Przesłop, Skałkę (1163 m n.p.m.), Przehybę (1175 m n.p.m.) i Złomisty Wierch (1224 m n.p.m.). Na Przehybie odpocząłem w schronisku gdzie spotkałem dwóch panów. Jeden z nich był przewodnikiem. Pogadaliśmy o mojej trasie i polecił mi kilka fajnych miejsc do spania. Na Radziejowej ukazała mi się nieczynna wieża widokowa. Nie tyle się tu wspinałem żeby z niej nie skorzystać. Dziura w siatce sugerowała, że nie ja pierwszy byłem niezadowolony z zamkniętej wieży. Trochę adrenaliny też się przyda w takiej podróży. To było szybkie zwiedzanie. Wszedłem, zrobiłem kilka zdjęć, popodziwiałem widoki i zszedłem. Nikt mnie nie widział, nikt nie słyszał, nic się nie stało. Ja zadowolony. Następnie minąłem wzniesienie Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.) i znalazłem się na górze Niemcowa (1001 m n.p.m.). Miałem rozłożyć namiot obok zamkniętej chatki, do której jeszcze kawałek trzeba było zejść, ale stwierdziłem, że tu też jest ładne miejsce. Rozbiłem się i czekałem na gwiazdy. Niestety nie doczekałem się. Księżyc tak mocno świecił, że było jasno, a cienie czarne i długie. Poszedłem spać. “Na cienie trzeba uważać. Bo inaczej mogą wyrosnąć im zęby. Naprawdę mogą. A czasem, kiedy chcesz zapalić światło, żeby je odpędzić nagle okazuje się, że nie ma prądu”. Stephen King “Ręka mistrza”
219,4 km szlaku
Dzień czternasty 04.06.2020 r. 10:20 Po dosyć chłodnej nocy, z rana świeciło pięknie słońce. Przeszedłem Kordowiec (763 m n.p.m.) i zszedłem dalej do miasteczka Rytro. Tam uzupełniłem wodę i kupiłem kilka innych rzeczy. W oddali zauważyłem ruiny zamku. Zszedłem więc ze szlaku i poszedłem pozwiedzać. Zamek nie był zbyt okazały, ale jak już tu stał to można go było oglądnąć. Po eksploracji ruin ruszyłem w dalszą wędrówkę. Spowrotem doszedłem do szlaku i zacząłem zmierzać do Schroniska Cyrla. Słońce prażyło a wejście było wysokie i strome. Pot strużkami spływał mi po nosie, kapał do oczu, był po prostu wszędzie. Wcześniej byłem mokry od
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sarenu
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…