Głupiec
Coś dla fanów soku pomarańczowego.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Briss to głupiec. -Czemu głupiec? – wahając się spytał, szczupły, barczysty mężczyzna. -Bo do czego się weźmie, to wszystko niszczy. – brzmiał obojętny, choć zdecydowany głos. -Ale czemu głupiec, w sumie … pracuje tak jak my … nie idzie mu źle. -Jack, jesteś ślepy ? On nawet nie wie, jak się nazywa, chodzi z tymi głupimi historyjkami, bazgrze coś albo czyta jakieś książki. Nie ma pojęcia o życiu, on się nie umie nawet porządnie opić. Nie wiem co Kate w nim widzi - że też takie dziewczyny muszą brać się za takich głupków. Ona zasługuje na kogoś lepszego, na prawdziwego mężczyznę. -No tak … ale, … zresztą, on i tak pewnie będzie chciał odejść. – rzucił pojednawczo Jack. -Odejść? -No tak – odejść. –wyjaśnił. -Chłopaki, słyszeliście ? Ten głupek Briss chce odejść… ten śmieszny prostak, a gdzie on pójdzie ? Pewnie nie jest nawet w stanie zadowolić tej swojej Kate.- grzmiał pełen szyderstwa głos. Słowa te wywołały gromki śmiech grupki mężczyzn, którzy okupowali, stolik pod wielkim czerwonym klonem. -Josh, a może będziesz za nim tęsknił? Kto będzie ci prał twoje sztywne skarpetki ? – żartobliwie zagadną mężczyzna w kraciastej flaneli, ku uciesze współtowarzyszy. -Milcz idioto, pytałem cię o zdanie? – zagrzmiał Josh. -Tylko żartowałem, no … Josh.– bronił się. -To następnym razem nie żartuj… -Spokojnie Josh, to żart, tylko żart. – dobiegł czyjś pojednawczy głos. -To przez tego głupka Briss’a, poruszył mi nerwy, pcha te swoje łapska tam, gdzie go nie potrzebują. Ostatnie słowa wywołały ogólną konsternację. Mężczyźni siedzący przy stoliku pogrążyli się w jakiejś nad wyraz interesującej rozmowie. Dwóch w niewyjaśnionej, ale za to bardzo naglącej potrzebie udało się do lokalu. Nikt nie chciał podjąć publicznej wymiany zdań. Josh oparł się o drewniane ogrodzenie - które zbudowane było z słupków i podwójnych przęseł – i zadziornie postawił stopę na dolnej belce, na jego twarzy pojawiło się zadowolenie i z pełnym spokojem kontynuował: -Chłopaki, może trochę mnie poniosło, ale to widać na pierwszy rzut oka, że Briss, nie ma pojęcia, jak ciężką pracą jest wyręb. Piła lata mu w rękach, nie minie dużo czas jak ten idio … - zawahał się – jak Briss sprowadzi na nas jakieś nieszczęście. -Josh … - podjął Jack, ale lodowate spojrzenie przełożonego ostudziło jego zapał – nie, nic tak tylko sobie pomyślałem, ale to w sumie nie ważne … Niebo z wolna zaczynało szarzeć, horyzont zacieśniał się z każdą kolejną sekundą, drzewa, kwiaty i łąki zatapiały się w ciemnej pochłaniającej wszystko mazi. Ostatnie promienie Słońca łapczywie oplatały olbrzymi klon stojący nieopodal karczmy. Sobota była jedynym dniem kiedy legalnie i bez żadnych konsekwencji można było zatopić wszelkie smutki i całotygodniowy trud w butelce średniej jakości whiskey. W Greenwood, gdzie większość ludzi utrzymywała się z wyrębu drzew, nie wiodło się źle. Mężczyźni co prawda pracowali bite dziesięć godzin, a czasem i dwanaście, ale ich domy były tuż za lasem, więc droga nie zajmowała dłużej, niż piętnaście minut piechotą. Dla kobiet brakowało pracy w okolicy, ale nie było potrzeby by pracowały - drwal zarabiał wystarczająco dużo by zapewnić byt rodzinie. Miało to swoje dobre strony –żona mogła oddać się domowym obowiązkom, wychowaniu dzieci i troszczyć się aby na męża zawsze czekał gorący obiat. W Greenwood niemal wszystkie domy były drewniane i przybywało ich z każdym rokiem -przynajmniej kilkanaście. Osada rozwijała się szybko i ściągała inwestorów węszących dobry interes. Duża liczba przyjezdnych spowodowała, że powstał hotel, który oferował zakwaterowanie na całkiem niezłym poziomie. Z pracą nie było problemu, gdyż każdy kto nadawał się na drwala dostawał ją niemal od ręki, co prawda początkowo pensja nie była szczególnie wysoka, ale z czasem, jak nowicjusz poznawał tajniki fachu, wzrastała. Osadę jednoczyły dwa miejsca – Kościół – jedyny murowany budynek – i karczma. W sobotę pracowano nieco krócej, bo do godziny trzeciej, a już od piątej w karczmie rozbrzmiewała muzyka – zespół bawił w Greenwood tylko tego dnia, co jeszcze bardziej podgrzewało i tak już gorącą atmosferę. Koło godziny dziesiątej znalezienie wolnego miejsca graniczyło z cudem, więc ławki na zewnątrz – mimo chłodu – przeżywały oblężenie. -Chłopaki może wejdziemy do środka, robi się zimno – zaproponował Josh. -No, przydałoby się – wieje od północy i jak wpadnie chołota to zajmie wszystkie wolne miejsca. – zauważył któryś z grupki zajmującej ławkę pod klonem. -Trzeba ukoić nadwyrężone siły, dobrze mówię Jack ? -Tak Josh, zupełnie dobrze. -Więc … stawiam kolejkę. – jego słowa wywołały ogólną radość. Wszyscy niemal szturmem wdarli się do środka i oblegli ladę przy barze. -Kolejkę dla moich chłopców – krzyknął Josh. -Kate zostaw na chwile to sprzątanie i pomórz przy barze – słowa właściciela sklepu zabrzmiały jak wojskowa komenda. -To Kate dziś pracuje ? – spytał, dziwiąc się Josh. -Pracuję, a jakże. -Już idę panie Baker – zabrzmiał delikatny dziewczęcy głos. -Obsługuj przy ladzie, zostaw na dziś to sprzątanie … - szorstko oznajmił właściciel. Kate, piękna brunetka o piwnych oczach zjawiła się przy ladzie i machinalnie, nie patrząc na klienta spytała: -Co podać ? -Witaj Kate. -Josh, nie poznałam cię … czy coś ci podać ? – spytała. -Moi chłopcy ciężko pracowali przez cały tydzień, pomyślałem, że należy im się nagroda ... więc – kolejka dla wszystkich. Kate zdjęła butelkę z barku i powoli przelewała jej zawartość do kieliszków postawionych na metalowej tacy. Gdy skończyła, mężczyźni zgromadzeni przy ladzie unieśli je do góry, ktoś krzyknął: „za Josh’a” i chałstem, jak jeden, wlali w siebie ich zawartość . -Kate, pracujesz dziś do końca ? – spytał Josh. -Do końca, jak zawsze do końca – przetarła ręką czoło – do ostatniego klienta, może do czwartej, może trzeciej… ale na szczęście za niedługo przyjdzie Briss.– dodała z zadowoleniem. -Briss – pogrążył się w głębokiej zadumie – Briss ostatnio nie spisuje się najlepiej, w zasadzie on chyba nie nadaje się do tej pracy – jest słaby. Prawdziwy drwal, to prawdziwy mężczyzna, silny, dobrze zbudowany, a Briss … -Przecież pracuje i nie idzie mu wcale źle. -Kate, teraz może pracuje, ale nie da rady, jest słaby, poza tym – nie jest stąd …nalej mi whisky Kate. Kate napełniła kieliszek i postawiła przed Josh’em. -Zostaw butelkę Katy. -Briss obiecał, że zabierze mnie do Nowego Yorku, pojedziemy tam razem i znajdę na pewno dużo lepszą pracę. – mówiła Kate, a z każdym słowem stawała się bardziej rozpromieniona i radosna. -Co on sobie myśli, że może sobie zwyczajnie przyjechać do Greenwood i wziąć każdą dziewczynę i wywieść sobie od tak. Nie – nie pozwolę na to. – grzmiał Josh. -Jak możesz, przecież nie jestem niczyją własnością. – odparła z wyrzutem. -Nie, nie jesteś – Josh wlał w siebie kieliszek whisky – ale on nie ma prawa, kim on jest ? Kim jest dla ciebie ten pionek ? -Przestań Josh, ja go Kocham. – wyszeptała Kate. Mężczyzna spojrzał w złocisto-brązowe oczy Kate i przez chwilę milczał. Zdawał się delektować tą dręczącą ciszą. -Myślałem, że masz w sobie trochę rozsądku, ale się myliłem, uciekaj, idź sobie z tym niedorajdą. Co on ci może dać ? Może ci dać więcej niż ja ? Wątpię, szczerze wątpię. -Może mi dać dużo więcej niż ty Josh, może dać mi ciepło, ale co ty o tym wiesz, dla ciebie zawsze liczyła się praca, koledzy, na końcu byłam ja. -Gdyby nawet tak, to co, było ci źle? Nie musiałabyś pracować, wychowywała byś dzieci, jak każda kobieta. -Ty nic nie rozumiesz – z żalem dodała Kate. -Wszystko rozumie, przede wszystkim to, że nie potrzeba nam takich przybłęd jak Briss. -Za dużo wypiłeś, idź do domu Josh. -Nie masz prawa mówić mi co mam robić, możesz rozkazywać temu idiocie, ale nie mi. – donośne słowa zwróciły uwagę klientów. -Przestań Josh – pozwiedzała Kate drżącym głosem, z jej oczu popłynęły łzy, otarła wilgotną twarz fartuchem, nie mogąc powstrzymać płaczu, uciekła na zaplecze. -Josh, wypiłeś za dużo, choć do nas, po co męczysz tę biedną Kate – mówił spokojnym głosem Jack. -Zamknij się. – rzucił groźnie i dosiadł się do stolika. Towarzystwo kolegów nieco uspokoił Josh’a. Na stole stała whisky, z której obwicie polewano. W lokalu rozlegał się co pewien czas głośny śmiech, właśnie prowadzono zażartą dyskusję – czy stary Joe Mountaine własnymi rękoma powalił rozwścieczonego niedźwiedzia grizzly. Było to wydarzenie, które uczyniło z niego wielkiego bohatera Greenwood. Tego dnia wrócił z lasu, na twarzy miał cztery szramy po pazurach i do nikogo nie powiedział ani słowa, jak się potem okazało – stracił mowę. Wieczorem rozeszła się wieść o jego wyczynie – mężczyźni wracający z lasu znaleźli na brzegu jeziora powalonego niedźwiedzia. Rankiem następnego dnia, cała osada huczała od domysłów i plotek. Nikt nie wątpił, że stary Joe zabił bestię, ale wersji, co do przebiegu całego zdarzenia było co najmniej kilka. Jedni usilnie przekonywali, że Joe zatłukł niedźwiedzia pniem drzewa, któremu nie mogło podołać pięciu mężczyzn, drudzy, że powalił go głazem, jeszcze inni, że udusił go gołymi rękami. Jednak najbardziej zajmującym tematem rozmów, jakie prowadzili podpici klienci, nie były zdumiewające czyny i przygody, lecz kobiety. Niejeden silny drwal o mięśniach ze skały i barach tura, poczuwszy że whisky zaczęła już pulsować w stalowych żyłach, skamlał jak szczeniak odjęty od matki, gdy wspominał swoją ukochaną Ruth, Mary czy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…