Herosi - legendarni wojownicy
Przybłęda, jak go nazwali potomni, wraz ze swoimi ludźmi pragnie zabić króla. Lecz na jego drodze stanie ktoś potężny, ktoś to postanowi pokrzyżować jego plany.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przybłęda, jak go potem nazwano, niepostrzeżenie wtargnął na dziedziniec. Było południe, nieznośny żar kaleczył ciała skryte pod ciężkimi, lśniącymi zbrojami. Doroczne obchody pary królewskiej obserwowały tłumy. Żołnierze tworzyli mur, stojąc ramię przy ramieniu, pilnowali, czuwali, wypatrywali... Lud, porwany widokiem królewskiej pary, wiwatował. Tylko przybłęda wyczekiwał okazji. W łachmanach żebraka skrył się w gąszczu kolorowych strojów i czekał, aż nadejdzie odpowiednia chwila. Słońce wzbiło się na szczyt swej podniebnej wędrówki, kiedy na dany przez orędownika znak rozbrzmiały odgłosy melodyjnych trąb. Echo rozbiło się o skalne mury. Krzyk i wiwaty tłumu zagłuszyły wszystko. Niepewny, niespokojny, spocony przybłęda wyglądał okazji. Rozpychał się łokciami, próbował krzyczeć, podejść do przodu. Bez skutku. Jako zwykły człowiek nie miał szans przebić się przez rozhisteryzowany motłoch. Użycie nadludzkich zdolności zdradziłoby go natychmiast. Wolał więc poczekać aż wszystko przycichnie. Król wraz z małżonką, nieliczną gwardią i dwoma synami przejeżdżali strojnym powozem. Konie zarżały, jakby przestraszone całego zbiorowiska. Ciągnęły jednak powóz spokojnie. Przy władcy stał wysoki mężczyzna. Młody, piękny, opleciony w czarny płaszcz. Wyglądał może na lat 30, na pewno nie więcej. Jego długie, jasne włosy kontrastowały z ubiorem. W ogóle nie przypominał żołnierzy umieszczonych w mosiężnych zbrojach. Nie gotował się więc na słońcu, nie potrzebował żadnej ochrony dla kruchego ciała. Nazywał się Belrogen. Starszy z królewskich synów stał obok niego. -Sądzisz, że uderzy, mistrzu? – z pewną obawą w głosie, obłędem w oczach zaniepokoił się. -Nie wiem. – odrzekł Belrogen. – Widziano go 5 mil stąd. Tak przynajmniej twierdził powrotny patrol znad Pretorii. -Ale Mechales wraz z ludźmi powrócił już dawno. Kto wie, gdzie on teraz jest? Może wtargnął do miasta, albo czeka z zasadzką przed murami? Po nim wszystkiego można się spodziewać. -Jak go znam, ukrył się w jakiejś norze na prowincji i knuje spiski. Wie, że tu będę. Jeśli więc czai się w tłumie musi mieć jakiś plan, bo w pojedynkę nie da rady. On o tym wie, my także. Nieee, to byłby absurd. Nie jest samobójcą. Nie pchałby się tu, zwłaszcza, że grożą mu wyroki sądowe. -Może właśnie na to liczy? -Hmm? – Belrogen z wykrzywiona miną spojrzał na królewskiego syna. – Mów jaśniej. -Mówiłeś wczoraj, że atakuje z zaskoczenia. Nie daje ofierze nawet chwili na odparowanie ciosu. Może na to właśnie liczy? Nikt się go tu nie spodziewa, straże nie stoją ze zdwojoną czujnością, nawet ty masz wątpliwości. Może to jego plan? -Może, może..? – pomruczał. – Jeśli tu jest, to ja go znajdę. Nie przemknie niepostrzeżenie przed oczami mojej straży, jest na to za głupi. Kiedyś było tak, że ja go łapałem bez trudu. Wprawdzie uciekał z wieży po kilku dniach, lecz wtedy wystarczyły dwie doby by znów wrócił do lochu. Teraz jednak jest jakiś sprytniejszy, podejrzliwszy, jednak głupi tak jak niegdyś. Zdrajca to zdrajca. Tym razem czeka go śmierć, choć nasze prawo zabrania tego. Jednak po naradzie, zadecydowała rada o śmierci dla tego banity. Skończymy z nim raz na zawsze. Oby jeszcze dzisiejszego dnia. Przybłęda, spoglądając spod postrzępionego kaptura, uważnie obserwował Belrogena. Odczytwał jego gesty, ruchy, mimikę, dokładnie wiedział co oznaczają. Nie spuszczał z niego wzroku aż do momentu, gdy powóz zniknął za ścianą dziedzińca i wyjechał w miasto. Teraz mógł działać, miał czas na przygotowanie zasadzki którą planował od dwóch tygodni. Dokładnie wiedział, że jest to ostatnia nadzieja, na obalenie króla, którego uważał za mordercę i oszusta. Polityka królestwa nie była mu obca. Jako jeden z nielicznych miał dostęp do tajemnicy narodzin władcy. Inni milczeli, jednak on chciał wyjawić okrutną prawdę i obalić tyrana z nieprawego łoża. Taka była tajemnica, a on chciał ją ożywić...
Noc wtargnęła do miasta niespodziewanie. Wielki, okrągły księżyc wraz z tysiącem gwiazd ozdobił niebo. Gwar wiwatującej ludności ustał. Wszyscy rozeszli się po domach, pozostawiając na ulicach spokój. Było parno. Rozleniwieni żołnierze patrolujący opuszczone miasto zdawali się nie mieć nic do roboty. Posępne miny sunęły się zaułkami w wyczekiwaniu jutrzenki. Nikt nie przypuszczał najgorszego. Gdzieś na dachu pałacu czekała śmierć. Czterej zamaskowani mężczyźni, wtapiający się w kolor nocy wyczekiwali powrotu króla wraz z orszakiem. Był tam przybłęda – ich wódz. -Musimy uważać – rzekł. – Na tych czerwonych dachówkach za bardzo rzucamy się w oczy. – Rozejrzał się dookoła, jednak poza sunącym przez dziedziniec kotem niczego nie zauważył. -To najlepszy moment by dostać się ukradkiem do sali tronowej. Chyba nikt nie spodziewa się naszej akcji. Żadnych straży. Dziwne to trochę – wielki i zwalisty osiłek próbował zetrzeć pot z czoła, jednak czarna opończa zakrywająca twarz utrudniła mu to. -Do dzieła więc – odezwał się przywódca. Po chwili, ich czarne sylwetki, na tle czerwonych dachówek rozmyły się w mgnieniu oka. Rozbłysły i zniknęły. Obserwujący to zdarzenie z dziedzińca kot zamruczał, okręcił zgrabnie cielsko wokół i pomknął w mrok.
Noc była w pełni gdy król wraz z orszakiem powrócił z męczących obchodów. Chciał teraz spać, ułożyć się na złotym łożu i zapaść w letni sen. Tylko o tym marzył... Sala tronowa, wielka, obłożona świecidłami wszelkiego rodzaju, była pusta tej parnej nocy. Jednak gdy głosy na holu ustały, przestały dobiegać tupoty stóp, zza zasłon wyłonili się czterej zamaskowani mężczyźni, z przybłędą na czele. Zwalisty olbrzym zdjął opończę. -Wreszcie odetchnę – rzekł. – Już dłużej bym w tym nie wytrzymał. – z gracją otarł wysokie, spocone czoło. -Dokąd teraz? – szczupły mężczyzna, niewielkiego wzrostu zwrócił się w stronę przywódcy. Ten pomyślał chwilę, zbadał wzrokiem pomieszczenie, jakby szukał odpowiedniej drogi. -Drzwi na hol są jedynym wejściem do środka. Dachem nie ma co ryzykować. Teiler – spojrzał na czwartego z mężczyzn, który właśnie zdjął maskę z twarzy. – Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz? -Nie zawiodę, szefie – rozbrzmiał nieprzyjemnie niski głos. – Tak ja ustaliliśmy. Wchodzę pierwszy i likwiduję strażników. Obstawiam główne przejście. Wy wchodzicie do sypialni króla, zabijacie zdrajcę a potem to już wiecie co robić. Wszyscy kiwnęli głowami. Zgodzili się na ustalony wcześniej plan. Teiler cichaczem podszedł do mosiężnych drzwi. Delikatnie chwycił za złotą klamkę, pomruczał pod nosem i otworzył przejście. Pozostali mężczyźni nic nie słyszeli. Jego kroków na zewnątrz, likwidowanej straży, nawet krótkich jęków ujawniający ból mordowanych. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Korytarz był czysty, a zwłoki po chwili znalazły się w sali tronowej. Pora stawić czoło przeznaczeniu i dostać się do komnaty królewskiej. To ostatni etap misteryjnego planu. Kim byli spiskowcy? Tego nie wiedział nikt. Króla od dawna informowano o szykowanym na niego zamachu, jednak nawet nie domyślał się od kogo i z czyjej strony dobiegnie. Zdawano sobie sprawę, że przybłęda, na którego wyznaczono wyrok śmierci, będzie jednym z zamachowców. Musiało być ich więcej, bo sam nie dałby rady. To przekraczało jego możliwości, lecz z trójką przyjaciół... Zwalisty osiłek nazywał się Tobian. Znał przybłędę od dziecka. Ich wspólne akcje siały postrach w wielu miastach i wsiach. Napadali na bogatych kupców, rabowali zamożnych mieszczan, nawet chłopską chatą nie pogardzili. Tobian był wielkim mięśniakiem – tak nazywali go przyjaciele. Wyróżniał się nie tylko siłą. Bystry umysł i inteligencja były u niego dobrem wrodzonym. Doskonały strateg. Teiler był cichym zabójcą. Za młodu błąkał się uliczkami miasta, aż natrafił na przybłędę. Poznali się w lochu, gdy oczekiwał wyroku za kradzież na bogatym karmazynie. Przybłęda odkrył w nim doskonałego wojownika na noże i inną broń krótką. Nie miał skrupułów i zabijał cichaczem. Długie, zakrzywione ostrze jego noża, zostało owiane legendą. Ponoć zabił nim ponad 100 ludzi. Szczupły mężczyzna, niewielkiego wzrostu został nazwany Mechelesem. Przydomek zaczerpnięto od nazwy sławnego wojownika Mechalego, który wiek wcześniej był uznawany za mistrza walki wręcz i na miecze. Mecheles, podobnie jak sławny mistrz, nie bał się wroga, walczył jak nikt z przyjacielskiej kompanii. Potrafił z zawiązanymi oczami oprzeć się grupie przeciwnika. Aura wojownika była w nim wielka. O przybłędzie przyjaciele wiedzieli tyle co inni. Był samotnikiem, panem samego siebie. Niewiele mówił o przeszłości, jakby chciał ten fragment życia zachować dla siebie. Tajemnicza postać, dość straszna nawet dla przyjaciół. Potrafił spojrzeć gniewnie tak, że od razu wiadomo było jaki miał nastrój. Nikt z nim nie zadzierał i nie dyskutował. Był przywódcą grupy i tyle. Uważano go za wybitnego stratega. To wystarczało. Przybył z nikąd i zwerbował ludzi. Nawet imię pozostało tajemnicą, dlatego też nazwano go przybłędą.
Drzwi do sypialni otworzyły się cicho, pewnie, szybko. Nowo wstawione zawiasy nie wydały najmniejszego dźwięku. Teiler wiedział, jak postępować w takiej sytuacji. Miał wejść cichaczem i niepostrzeżenie. Tak też zrobił. Rozejrzał się po komnacie, złotej, pełnej przepychu, malowideł i dzieł sztuki. Wzrok jednak utkwił na pięknym łożu nakrytym przepięknym, aksamitnym materiałem. Pod nim musiał sapać król. Wyszedł tak szybko, że nie pozostawił po sobie żadnych śladów w postaci odcisków czy odgłosów. Zajął wyznaczone miejsce przed schodami, a do pokoju władcy wkroczyli trzej żądni królewskiej krwi mężczyźni. Ich oczy malowały strach i zemstę. Przybłęda skinął głową. Tobian musiał wiedzieć co oznacza ten gest, gdyż po chwili zza pasa wyjął długi i cienki sztylet. Mecheles wyciągnął coś, co przypominało czarny flakonik i podał osiłkowi. Ten bez chwili wytchnienia otworzył pojemnik i ostrożnie włożył do środka koniuszek ostrza. Gdy wyjął, na szpicy widoczna była niewielka, czarna plama. Trucizna. Tak chciano zgładzić króla. Nie poderżnięciem gardła, by zmarł we śnie, bez żadnego bólu. Śmiertelny jad zambardijskiej żmij na ostrzu noża, miał spowodować konwulsje, wymioty i agonię w potwornych męczarniach. Spiskowcy pewni byli jego śmierci. Na ten jad nie znano odtrutki. Tobian, pomimo wielkiego wzrostu i niezgrabnej sylwetki, podszedł do łoża zwinnie i bezszelestnie. Spojrzał na delikatnie falujący materiał. Unosił się w powietrzu po czym opadał w rytm oddechu władcy. Olbrzym uśmiechnął się, parszywie wykrzywił usta i uniósł rękę do góry. Ostrze zabłysło po czym z wielką furią runęło w stronę śpiącego... To było jak spełnienie snów. Nóż utkwił w materiale otulającym śpiącą postać. Po tak pewnym, silnym i mocnym ciosie, ciało szybko wchłonie zabójczy jad. Król nie będzie już żył i ta świadomość wywołała ekscytację, radość, lecz nie okazaną przez przyjaciół. Wszyscy radowali się wyłącznie w środku, nie dając upustu na zewnątrz. Byli świadom, że nagły, emocjonalny wybuch szczęścia mógł doprowadzić do klęski... Jednak coś było nie tak. Tobian ciągle trzymał rękojeść schowaną pod pulsującym wcześniej nakryciem. Nie mógł wyjąć ostrza, jakby coś blokowało, trzymało i nie puszczało. Szarpnął więc z całej siły, ku zaskoczeniu pozostałej dwójki i omal, rzucony siłą odśrodkową, nie wylądował na posadzce. Utrzymał równowagę, odrzucił nóż i wyjął szablę . -Co robisz? – zaniepokoił się Mecheles. – Co ty wyprawiasz? Tobian nie zwracał uwagi na słowa tylko zalał się potem. Rozruszał nadgarstek w którym wcześniej trzymał nóż. W tym czasie nakrycie uniosło się w powietrze, jakby od dołu popchane czyjąś wolą. Ukazała się postać w pozycji siedzącej. Zakrywał ją materiał w ten sposób, że bardziej przypominała ducha, za jakiego przebierają się dzieci, gdy chcą kogoś nastraszyć. Posłanie zsunęło się i ku zdumieniu spiskowców nie ukazała się osoba króla, tylko... Belrogena. -Do diabła, gdzie król? – krzyknął przybłęda. Po tych słowach do pomieszczenia wbiegł, jakby przywołany odgłosem zaniepokojenia Teiler. Wszyscy sali zdumieni nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Ich misteryjny plan legł w gruzach. Zamiast władcy napotkali pretora głównej armii, mistrza królewskich synów we władaniu bronią, samego Belrogena. -Drodzy panowie, co was tak przeraziło? Zaraz, zaraz, czyżbyście się spodziewali kogoś innego? – młodzieniec wstał, odgarnął blond włosy za uszy. Zza barków ukazały się rękojeście dwóch szpad przyczepionych na skos skórzanym pasem do pleców. Nikt nie odpowiadał. Niepokój rósł, stawał się bardziej wyraźny zwłaszcza u Tobiana, który niemal nie złożył się do ataku. -Spokojnie – uspokajał przybłęda. – On jest ponad twoje siły. -Coo? – oburzył się osiłek. – Jeśli czegoś nie zrobicie, to sam go zmasakruję, bez niczyjej pomocy. Młodzieniec zaśmiał się. Dwaj pozostali wyjęli broń. W powietrzu zabłysło od metalowych płazów mieczy. Przybłęda wyczekiwał, nie zrobił ruchu, nie wyjął nawet noża, jakby spętany paraliżem czekał na rozwinięcie się sytuacji. Nie trwało to przedstawienie dłużej, bowiem pod drzwi z impetem wpadli strażnicy. Uzbrojeni, czujni, gotowi do walki. Holem, dumnym i spokojnym krokiem podążał król, tuż za oficerami. Nie spieszył się. Wyglądał na zadowolonego i z taką też miną, malującą zwycięstwo, wkroczył do komnaty. -Toście ptaszki wpadły w nasze sidła – rzekł rozbawiony. Spiskowcy opuścili broń, czuli się bezradni. Nie myśleli o strachu, gdyż to w ich zawodzie prowadziło do zguby. Nie mogli znieść myśli, że jako doświadczeni zabójcy, wpadli w taką zasadzkę. Miny rozbawionych żołnierzy uświadamiały im kompromitację. Teraz w więziennych, mokrych lochach, czekała ich śmierć. Dostali się do niewoli z której nie było ratunku...
-Zakuć ich? – w stronę monarchy zwrócił się wąsaty żołnierz, z krzywo osadzonym na głowie hełmem. Ten podniósł rękę by pohamować straże. Chciał nasycić się tryumfem i spojrzeć przybłędzie prosto w oczy, by wyczytać z nich strach. Tam jednak niczego nie dostrzegł. Błękitne oczy mężczyzny zdawały się maskować wszelkie emocje, tłumić rozgoryczenie. -Tyle razy nam uciekałeś. Omijałeś straże, zabijałeś, rabowałeś. Głowiłem się od miesiąca nad tym procederem. Jak, taki typowy złoczyńca jak ty, mógł okazać się taki sprytny? Czyżbyś miał wspólnika? Nie odpowiedział. Ze spuszczoną głową czekał, aż kajdany zatrzeszczą na rękach. Wtedy poczuje ulgę. Towarzysze i wspólnicy byli zawiedzeni. Plan ich szefa zawiódł. Wszyscy zginą. -Możemy stać tak godzinami, a i tak nam nic nie powiedzą. – odezwał się zniecierpliwiony Belrogen. -Tak, tak – zastanowił się król. – nie ma co wyczekiwać poranka. Jutro mają wisieć, więc niech wypoczną w lochu. Tam nabiorą rozsądku, gdy szczury wielkie jak koty zaczną wgryzać się w ciała – zwrócił się w stronę żołnierzy. Ci ryknęli śmiechem... Wystarczyła chwila by wykorzystać okazję. Wąsaty żołnierz z przekrzywionym hełmem, który rżał najgłośniej zalał się krwią. Cios poszedł skosem na głowę. Przecięte ucho, wraz z połową twarzy oderwało się od reszty ciała i zsunęło się na ziemię. Powstała poszerzająca się kałuża gęstej krwi. Zaskoczony król przestał się śmiać, spojrzał przed siebie, a zaraz na jego twarzy bryznęła krew – z kolejnej ofiary. Gdy nagłym ruchem przetarł oczy zobaczył, jak przybłęda okalecza kolejnego strażnika. Nawet Belrogen nie zareagował. Zdesperowany mężczyzna chciał wyrąbać wolność mieczem, przebić się przez rząd straży i uciec. Reszta spiskowców też nie pozostawała bezczynna. Chwycili za broń, by pomóc przywódcy. Tupot, krzyk, panika. Strażnicy padali szybko i cicho. Bez najmniejszego jęku. Wszędzie bryzgała czerwona ciecz. Przybłęda szalał z mieczem w dłoni, tak zadawał celne uderzenia, że widać było w tym rękę prawdziwego mistrza. Wystarczył zamach i jeden atak. Żadna zasłona, unik czy odbicie nie wystarczało by oprzeć się tak potężnemu natarciu, jaki ukazał przestraszonej straży Tobian. Wielki osiłek w akcji budził respekt. Inni nie pozostawali gorsi. Szybkie cięcia Mechelesa dobijały wroga. Teiler zabijał również skutecznie... -Oszalaleś Belrogen? Co tak stoisz, walcz – krzyczał król, spanikowany, próbując wydostać się przez zatamowane trupami wyjście. Dowódca pretoriańskiej straży z zaciekawieniem obserwował rzeź. Gdy król zdołał przedrzeć się przez zawalone przejście i zaczął poganiać ludzi z holu do walki, powolnym ruchem sięgnął ręką za kark, by wyjąć szablę. Jedną, druga nie była mu potrzebna. Nikt nie usłyszał syku wyjmowanej z pochwy broni. Młodzieniec spoważniał i wypatrzył najsłabszą ofiarę. Rozbłysło światło, jasne
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Stadnicki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…