historia pewnego kłamstwa
tę historię napisało za mnie życie... i śmierć
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Czy potrzebujesz czegoś jeszcze? -Nie, kochanie. Idź już spać. Widzę, że jesteś zmęczona. Cały dzień musiałaś wokół mnie skakać, a jutro rano do szkoły. -Ale jakbyś tylko… -Idź już. -W takim razie dobranoc, mamo. -Dobranoc, Marteczko… Marta! Nie weźmiesz jej? -Nie, mamo.
Niewysoka, szczupła blondynka zgasiła światło i wyszła z pokoju. Zanim zamknęła drzwi, spojrzała na leżącą w łóżku matkę raz jeszcze, tym razem zupełnie bez wyrazu. W głowie miała potworny mętlik a w oczach bezkresną pustkę. Nie wiedziała, co czuje. Ba! Nie wiedziała nawet, co w takiej sytuacji czuć powinna. Godzinę temu zawalił się cały jej mały światek, w którym czuła się tak bezpieczna. Układanka, której elementów tak pilnie strzegła, rozleciała się pod wpływem kilku wypowiedzianych zdań. Teraz po wszystkim pozostał już tylko ogromny bałagan, z którym Marta sama nie potrafiła sobie poradzić. Weszła do kuchni. Zapaliła światło, usiadła na taborecie i wlepiła wzrok w podłogę. Dokładnie takim samym spojrzeniem przed chwilą pożegnała matkę. Siedziała tak kilka minut, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wiedziała natomiast, że tę noc ma już z głowy. Że choćby nie wiadomo jak chciała, to i tak nie zaśnie. Nie dzisiaj. Nie po tym, co usłyszała. Do tej pory jakoś radziła sobie z sytuacją, z którą przyszło się jej zmierzyć, choć nie było to łatwe. Niespełna szesnastoletnia Marta, trzy miesiące temu dowiedziała się, że jej mama jest chora na raka. Jej ukochana mamusia, jedyna bliska osoba, poza Karoliną, jaką miała. Odkąd tylko Marta pamiętała, mieszkały z mamą same, w tym niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu. I to jednak stanowiło dla nich czasem nadmiar przestrzeni. Bywały bowiem dni, kiedy czuły otaczającą je, wszechobecną pustkę, choć żadna z nich nigdy głośno się do tego nie przyznała. Obie jednak wiedziały, że pustka ta spowodowana jest brakiem mężczyzny – ojca i męża. Ojca i męża, który zmarł zaraz po przyjściu Marty na świat. Przynajmniej tak wcześniej myślała…
Dziewczyna wiedziała, że jej mama jest w tak ciężkim stanie, iż uratować ją może tylko cud. Czerniak złośliwy był jakąś koszmarną plagą w rodzinie Mataczów. Ciotka Marysia, jedna z sióstr mamy Marty, umierała na niego już od kilku lat, a kilka miesięcy wcześniej odbył się pogrzeb jej ciotecznej babki. Marta podejrzewała zresztą już wcześniej, że z mamą dzieje się coś niedobrego, że ta coś przed nią ukrywa. W końcu więc Dorota, przyparta do muru, przyznała się córce do choroby. Wtedy już było z nią kiepsko. Lekarze zdecydowali, że nie można dłużej zwlekać z operacją, a i tak zagrożenie przerzutami było ogromne. Teraz Dorota leżała w domu, wyczerpana chemioterapią, oczekując na kolejny zabieg. Wiedziała, że zostało jej niewiele czasu, że to kwestia miesięcy, może tygodni… Dlatego właśnie zdecydowała się wyjawić córce tajemnicę, którą od tylu lat skutecznie przed nią ukrywała. Największą rodzinną tajemnicę Mataczów.
Marta wstała z taboretu i podeszła do telefonu. Mimo później pory, postanowiła zadzwonić do swojej przyjaciółki, Karoliny. Wiedziała, że Karola zrozumie, że nie będzie na nią zła.
-Halo? -Karola? Cześć, to ja. -Marta… coś się stało? Czemu masz taki smutny głos? –Karolina zawsze potrafiła odgadnąć, kiedy z jej przyjaciółką działo się coś niedobrego. -Karolcia! Błagam cię, przyjdź do mnie na noc! -Dzisiaj? Teraz? -Mhm… -Kurczę, nie wiem czy starzy mnie puszczą. Trochę późno jest… Ale czekaj, poproszę ojca, żeby mnie podwiózł. Postaram się, obiecuję. Miśka, tylko mi tam nie płacz beze mnie! -Mhm… -Dobra, idę gadać z rodzicami. Jakby co, to za 20 minut jestem. A masz sok pomidorowy twojej mamy? -Mam, stoi w lodówce. Mam też browara. Mama już śpi, więc będziemy mogły sobie wypić. -Ja też mam, został mi jeszcze po tej imprezie u Grześka, hihihi. No to lecę. Mam nadzieję, że do zobaczenia. Cmokasek. -Pa!
Marta odetchnęła z ulgą. Wystarczyło jej usłyszeć głos przyjaciółki, aby poczuć się lepiej. Wróciła do kuchni, wyjęła z lodówki piwo, a z szuflady otwieracz. Zaniosła je do pokoju, w którym czekało na nią pościelone łóżko. Wiedziała jednak, że nie zmrużą z Karoliną tej nocy oczu ani na chwilę. Usiadła na krześle i wzięła do ręki zdjęcie. Ona i mama dziesięć lat temu. Szczęśliwe. Na serdecznym palcu jej matki lśniła złota obrączka. Ta sama, którą dzisiaj matka chciała jej oddać. Marta nie pamiętała już, jak to jest być szczęśliwą. Odkąd dowiedziała się o chorobie matki, minęły zaledwie trzy miesiące, ale dla niej była to wieczność. Kiedyś Dorota stanowiła dla Marty wzór wszelkich cnót. Dziewczyna zawsze chciała być taka, jak mama – silna i wytrwała. Teraz właśnie taka była, musiała być. Nie mogła sobie pozwolić na chwile słabości, zbyt wiele miała na głowie. Szkoła, chora matka, niedołężni dziadkowie i ich duży dom, który co najmniej raz w tygodniu trzeba było sprzątać… Musiała tak siedzieć dość długo, bo ocknęła się dopiero, kiedy usłyszała dzwonek domofonu. „Jest!” –pomyślała.
-Hej –wyszeptała Karolina, już na korytarzu rozsznurowując buty –udało się. -Dobrze, że jesteś. Bałam się, że cię nie puszczą. Wchodź, tylko cicho, bo mama już śpi. -Wiem jak gadać ze staruszkami. A jak się mama czuje? –zapytała z troską w głosie. -Bez zmian –Marta posmutniała –prawie w ogóle nie rusza się z łóżka. Dzisiaj wstała tylko raz, do łazienki. Chodź do pokoju.
Marta i Karolina poznały się osiem miesięcy wcześniej, na początku roku szkolnego. Trafiły do jednej klasy liceum. Obie zaczynały nowy rozdział swojego życia – szkołę średnią. Przypadły sobie do gustu już od samego początku. Połączyła je miłość do drożdżówek i niechęć do rodzynek. Bardzo szybko odkryły w sobie bratnie dusze i właściwie od samego początku były nierozłączne. Razem przeżywały pierwsze miłosne uniesienia i razem płakały zawiedzione. Razem wagarowały i razem udzielały się w lokalnym wolontariacie. W nowym towarzystwie często uchodziły za siostry, mimo braku podobieństwa. One zresztą czuły się jak siostry, które łączy coś więcej niż tylko więzy krwi. Martę i Karolinę łączyło pokrewieństwo dusz. Porozumiewały się bez słów. Niejednokrotnie wystarczyło spojrzenie jednej, by druga wiedziała, co się dzieje. Nie wyobrażały sobie życia bez siebie. No bo jak tu żyć bez swojej drugiej, duchowej połowy? Mimo tych wielu podobieństw, różniła je jedna, zasadnicza sprawa – podejście do życia. Karolina zawsze traktowała wszystko z ogromną lekkością, beztroską. To ona była pomysłodawczynią większości szalonych eskapad, niejednokrotnie niezbyt przyjemnych w skutkach. Marta była tą rozsądniejszą, która myślała o konsekwencjach. To matka ją tego nauczyła. Tak samo, jak próbowała zaszczepić w dziewczynie brak zaufania do ludzi, który sama wyniosła z rodzinnego domu. To jednak zupełnie jej się nie powiodło. Marta była jak małe, dzikie zwierzątko, które tylko czeka, aż znajdzie się ktoś, kto zechce ją oswoić. Chętnych do oswajania było wielu, jednak to właśnie Karolinie udało się to w tak krótkim czasie. Marta oddała przyjaciółce całą siebie, to samo otrzymując zresztą w zamian.
Dziewczyny rozsiadły się na łóżku z piwem w dłoni. Ta mała butelka potrafiła sprawić, że czuły się takie dorosłe! Na dodatek za chwilę miały rozmawiać o dorosłych sprawach, z czego doskonale zdawały sobie sprawę. Karolina spodziewała się rozmowy o chorobie pani Doroty. Myślała, że Marta dowiedziała się dziś od mamy czegoś nowego, może na temat operacji. Karola lubiła te momenty, w których rozmawiała z Martą o życiu i śmierci. Zupełnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mama jej przyjaciółki faktycznie może umrzeć. Że dla Marty te rozmowy to coś więcej niż tylko wymiana poglądów.
-Karolcia… -zaczęła smutnym głosem Marta -Momencik! –przerwała jej przyjaciółka –najpierw przynieś jeszcze sok pomidorowy. Bo potem pewnie zapomnisz. Ej, słonko, co jest? Marta nie potrafiła dłużej tłumić w sobie emocji. Wybuchła płaczem. Karolina przytuliła ją z całej siły i nie wypuściła z objęć, dopóki ta się nie uspokoiła. -Już? Lepiej? -Karola pogładziła Martę po twarzy, ocierając jej przy tym łzy. -Nawet nie wyobrażasz sobie, czego ja się dzisiaj dowiedziałam. -Nie wyobrażam sobie, dlatego czekam aż sama mi o tym opowiesz. W końcu po to chyba dzwoniłaś.
Na moment między przyjaciółkami zapadła głucha cisza. Patrzyły na siebie, jakby próbowały porozumieć się telepatycznie. Nagle z drugiego pokoju zaczęły dobiegać ciche pojękiwania. -To mama. Zaraz przyjdę. Widać, że płakałam? –zapytała Marta, ocierając z policzków resztki łez. -Już nie. Idź. A ja mogę w tym czasie zapalić przez okno? -Możesz, tylko się mocniej wychyl. -Ok.
-Jezu! Ja już mam tego dosyć Karola! Nienawidzę tych jęków zza ściany! –wycedziła Marta, zamykając za sobą drzwi od pokoju -Całe noce czuwam, w obawie, że mamie się nagle pogorszy. Jak długo to jeszcze potrwa? A wiesz co mi się wczoraj śniło? Śniło mi się, że szłam z mamą przez miasto i przechodziłyśmy obok pubu. Wiedziałam, że tam są moi znajomi, że ty tam jesteś. Chciałam tam wejść, wreszcie się zabawić. A mama krzyknęła do mnie: „Ja jutro umrę, a ty chcesz iść na imprezę?!” Obudziłam się, cała spocona. -Kotek! Widzę, że jest ci ciężko. Naprawdę chciałabym ci pomóc, ale nie wiem jak. Mam wrażenie, że potrafię tylko z tobą rozmawiać. Ale wiesz dobrze, że zawsze możesz na mnie liczyć. -Wiem Karola, wiem. Dlatego właśnie chcę ci powiedzieć, co za okropnej rzeczy dzisiaj się dowiedziałam. -Słucham. Marta wzięła głęboki oddech i zaczęła: -Wiesz, że mój tata nie żyje, prawda? -No tak, wiem -To nie jest prawda. Karolina spojrzała na Martę z powątpiewaniem. -Jak to nieprawda? Nie rozumiem. -Ja też nie mogłam w to uwierzyć. Widzisz… to wszystko kłamstwo. -Okłamałaś mnie? Ale dlaczego? -Nie. Ja ciebie nie okłamałam. To wszyscy dokoła okłamywali mnie. Przez szesnaście lat, wyobrażasz sobie? –Marta pociągnęła z butelki łyk piwa. Znowu milczały przez chwilę, wpatrując się w siebie, jakby chciały odgadnąć swoje myśli. -Moja mama nigdy nie wyszła za mojego ojca. -Co??? Co ty opowiadasz? –Karolina nie mogła uwierzyć własnym uszom. -No to słuchaj uważnie –Marta zaczęła nerwowo potrząsać nogą –Dzisiaj poznałam całą prawdę. Pamiętasz, jak mówiłam ci, że mama strasznie długo…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil who?
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…