Hodowla
Hodowla młodych osobników z przeznaczeniem na walkę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Hodowla Andrzej otrzymał od znajomego czterech ludzi. Znajomy odkupił ich od bankrutującej, posiadającej ogromne zadłużenia i nie przynoszącej żadnego dochodu, hodowli. Likwidowana hodowla była niegdyś olbrzymim, świetnie prosperującym kombinatem, wychowującym młodych ludzi dla potrzeb armii. Właścicielem jej był major Pupenko. Opasły, doświadczony żołdak. Wcześniej zajmował się wieloma rzeczami (wszystkie zgodne jednak z jego starannym, wojskowym wykształceniem), niedawno jeszcze handlem bronią. Jednak konkurencja na rynku była tak duża, że nie sprostał jej, wygryźli go, musiał szukać innego, bardziej odpowiadającego jego charakterowi zajęcia. I znalazł, jak najbardziej odpowiednie, hodowlę. Wyspecjalizował się w tej branży. Ludzie opuszczający prowadzoną przez niego hodowlę odznaczali się dużą agresją na polu bitwy, byli pełni wigoru i woli walki. Dlatego też major otrzymywał znaczne zamówienia, podpisywano z nim niemałe kontrakty na dostawy. Co pewien czas dowódcy frontów zjeżdżali (przeważnie w niedzielę, wówczas na frontach zarządzano przerwę) do Pupenki, by uzupełniać swe, powstałe w ciągu minionego okresu, ubytki w ludziach. Major zawczasu przygotowywał skromny poczęstunek, na stoliku stawiał butelki mocnego alkoholu i zakąski. Dowódcy bardzo lubili pojeść, popić, i podyskutować w swoim gronie, chociaż zdrowie za bardzo im nie dopisywało. Stracili je podczas długoletnich manewrów, uciążliwych poligonów, morderczych walk. Byli już starymi psami wojny, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że byli jej przebiegłymi, wyleniałymi lisami, doświadczonymi wygami co to z niejednego wojennego pieca chleb wyjadali i co już niejednego zęba przy tym stracili. Pochodzili z wielu różnych, przeciwnych sobie frontów. Sprowadzał ich jeden wspólny cel, chęć zakupu młodych, świeżych chłopców, których można ubrać, uzbroić, natchnąć okolicznościowymi mowami i wtedy posłać w krwawy bój, i przesuwając chorągiewki na swych mapach sztabowych patrzeć jak oni walczą, jak oni giną, i wówczas przyjechać do hodowli Pupenki po następnych, równie świeżych, młodych i odpowiednio przez majora przygotowanych. Nie żałowali pieniędzy. Przyświecał im najszczytniejszy cel: zwycięstwo. A na to nikt nie skąpił grosza. Ci starzy wyjadacze zasiadali przy stole u Pupenki i omawiali przebieg bitew na polach wojennych. Cierpiący na zaniki pamięci i silne zawroty głowy, siwy staruszek w szarym, przetykanym złotymi nitkami mundurze próbował przekrzyczeć panujący gwar. - Jutro ruszam z moją ofensywą, zobaczycie na co stać moich chłopców. Nikt mi się nie oprze. Moje pułki wtargną daleko na wasz teren, zajmę nowe obszary, wymorduję przeciwników. Zapowiedzi te nie robiły wrażenia na pozostałych gościach. Jeden z nich, chronicznie cierpiący na katar żołądka, ubrany w fioletowe, mundurowe szaty machnął beztrosko ręką. - Za każdym razem tak twierdzisz, przechwałki nie mające potwierdzenia w czynach. Moich ludzi tak łatwo nie przegonisz, twarde i waleczne to sztuki. Nie próbuj, bo możesz stracić to co już posiadasz. Dowódcy w zielonym mundurze dokuczało zaawansowane lumbago. Jedną nogę podłożył pod szeroki tyłek, drugą miał wyprostowaną, siedział wykoślawiony na krześle. Przymilnie uśmiechał się do fioletowego. - Ten manewr oskrzydlający był pierwszorzędny, gratuluję wykonania. Gdybym na czas nie zabezpieczył tyłów skończyłoby się niedobrze. Straciłem dużo ludzi, muszę dokupić nowych. Fioletowy odpowiadał. - Dziwne, że odparliście ten atak. Byłem pewien, że już po was. Zacierałem ręce, chorągiewki już poprzestawiałem. I musiałem je cofnąć na poprzednie pozycje, tylko niepotrzebne dziury na mojej mapie powstały. Wyjątkowo silny opór stawialiście. Gdzie się pan zaopatruje? Skąd bierze pan tak walecznych ludzi? - Jak to skąd? Stąd. Od Pupenki. - No tak. Domyślałem się. Ludzie pochodzący z hodowli Pupenki byli cenieni na wszystkich frontach. Gruby major wiedział jak wyhodowywać odpowiednich osobników. Wieloletnia praktyka, doświadczenie i specjalne uzdolnienia w tym kierunku powodowały, że jego hodowla była najbardziej znana w okolicy. Metody jakie stosował Pupenko były kosztowne, cena sprzedawanych ludzi wysoka (znacznie przewyższała obowiązujące, średnie ceny), jednak dowódcy pragnęli zaopatrywać się właśnie u niego. W kręgach armijnych panowało przekonanie, że pupenkowi ludzie zaliczają się do najodważniejszych, najbardziej okrutnych i entuzjastycznych morderców, że pluton pupenkowców jest w stanie sprostać nawet batalionowi osobników z innej, mniej renomowanej hodowli. A to się liczyło. Po prostu opłacało się. Z przybyłych dowódców jeden, swym wyglądem i pewnym siebie zachowaniem, zwracał szczególną uwagę. Wysoki, szczupły, z kręconymi sięgającymi aż do czerstwych policzków, wąsami. Dowódca Wąsiasty. Na głowie miał dużą, okrągłą, granatową czapę, której nigdy, nawet przy stole, nie zdejmował, spod niej spływały na ramiona długie, siwiejące już włosy. Granatowy mundur jego, lekko wypłowiały i podniszczony, był czysty i starannie utrzymany. Na wskazującym palcu prawej ręki nosił olbrzymi, złoty sygnet, na nim wygrawerowany był herb jego, zasłużonego dla historii rodu. Błyskał nim, gdy podczas rozmowy z innymi gośćmi na temat zawiłych tajników służby polowej, gestykulował zawzięcie rękami. Wąsiasty znał się bardzo dobrze na wojnach, na ich podstępkach i chytrych sztuczkach, przewyższał pod tym względem innych dowódców. Oni słuchali go, liczyli się z jego zdaniem, zdaniem wybitnego specjalisty. - Przyjechaliśmy ciężarówkami, Pupenko -grzmiał grubym głosem- wyszoruj dokładnie swych chłopaków. Świeżutkie mundury przywieźliśmy, nowiutka, błyszcząca broń czeka w magazynach. My ich uczeszemy, przebierzemy, uzbroimy. I na front. Do walki. Do zwycięstwa! Zuchy, chłopcy na chwał Wspaniale się biją. Żebyś ty ich widział, Pupenko! A ty nie wytkniesz nosa ze swej hodowli. Młodzi, zdrowi, odważni, skorzy do poświęceń. Jaki entuzjazm ich rozpiera! Jak rwą się do bitwy. Jak wyładowują swą zabójczą energię. Nie zwracają uwagi na grożące niebezpieczeństwo, zawzięcie kaleczą, depczą, mordują. A jak giną?! Żebyś ty to widział, Pupenko. Ech, żebyś to widział! Są wspaniali, wypijmy ich zdrowie -Wąsiasty chwycił za kieliszek. Dowódca w szarym mundurze obtarł ręką usta, niespokojnie kręcił głową, coś ugniatało ją w środku, niemiłosierny ból przenikał jej wnętrze. Bardzo cierpiał. Zielony z kolei zmieniał pod swym nabrzmiałym tyłkiem raz jedną raz drugą nogę. Każda pozycja była dla niego niewygodna, ale też każdy ruch sprawiał mu nieznośny ból. Pokrzywiony wylał zawartość kieliszka na mundur, zdążył zamoczyć ledwo usta. Fioletowego męczyła czkawka, odbijało mu się też nieprzyjemnie, co pewien czas rozmowę przy stole przerywało jego przeraźliwe beknięcie. No cóż, byli przecież wojownikami, swe dolegliwości nabyli podczas wieloletnich militarnych zmagań i wysiłków. - Zdradź tajemnicę swej hodowli, Pupenko -domagał się Wąsiasty- co robisz, że ludzie wychodzący od ciebie odznaczają się taką brawurą, są tacy zawzięci, tacy agresywni i bezwzględni? Dyszą nienawiścią. Na takich nam najbardziej zależy. Jakie ćwiczenia z nimi przeprowadzasz? Gruby major uśmiechał się skromnie. - Lata, lata, Wąsiasty, minęły nim dochowałem się odpowiednich osobników. Doświadczenia, próby, długotrwałe badania. Niezliczone dni wytężonej pracy, w trudzie i znoju. Ćwiczenia? Raczej standardowe. Bicie, rozpruwanie brzuchów, odgryzanie głów, kamienowanie, rozczłonkowywanie, krzyżowanie i wiele, wiele innych. Jest dużo strat. Słabi, niezdecydowani, nieprzekonani do walki odpadają. Ich miejsce zajmują ci nieustraszeni, najbardziej zajadli i wściekli. Nie ulękną się nikogo. Mój cykl hodowlany nie należy do najkrótszych, lecz w tej branży nie można się niecierpliwić i śpieszyć. Musi upłynąć pewien okres czasu zanim osiągną odpowiednią moc bojową, nim staną się okrutnikami i bezwzględnymi mordercami. W mojej hodowli zwracam uwagę też na czynnik psychologiczny. W każdym, z dostarczanych mi osobników istnieje ukryty, mniejszy czy większy, pokład agresji. Poprzez odpowiednie dobieranie kandydatów do klatek, do wspólnych ćwiczeń, do przeprowadzanych intensywnych zajęć, uaktywniam ją, powoduję taki jej rozrost, że powoli opanowuje cały organizm, od stóp do głów. Na inne uczucia nie pozostaje już miejsca. - Skąd bierzesz materiał, Pupenko? - O, z tym nie mam problemów. Drobni hodowcy przyprowadzają mi każdą, żądaną ilość. Tęgich i zdrowych młodzieńców. Płacę dobrze więc nie mam kłopotów. Mogę wybierać w towarze. Niektórzy z ludzi nawet sami przychodzą, chcąc sprawdzić swą siłę, wyładować tryskającą energię. Przyjmuję wielu, bo też wielu ginie podczas ćwiczeń. Nieprzerwanie rozwijam hodowlę, sami wiecie, zapotrzebowanie jest duże. Dobudowuję obory, stawiam nowe klatki i kojce. Ciężko pracuję. Nie łatwo jest przecież z przyprowadzonego nie wiadomo skąd żółtodzioba zrobić prawdziwego zabójcę, który bez namysłu zamorduje przeciwnika, nawet jeśli nim będzie niedołężna staruszka czy też bezbronne dziecko. A ja takie efekty, nie chwaląc się, osiągam. U moich ludzi nie stwierdzicie ani krzty litości, ani odrobiny niezdecydowania. - Tak, to prawda, Pupenko. Inaczej nie przyjechalibyśmy do ciebie -Wąsiasty ponownie chwycił za kieliszek- zdrowie twoje i twojej hodowli. By istniała i służyła nam jak najdłużej. Wojna to człekożerny stwór. Potrzeba nam wielu, nieulękłych wojowników i przede wszystkim takich hodowców jak ty Pupenko. Armia jest z ciebie dumna, wdzięczna za tę solidną i wydajną robotę. Prawdziwie męskiej sprawie służysz -klepnął grubego majora w plecy. Zielonemu dowódcy z lumbagiem skrzywione ramię odmówiło posłuszeństwa, znowuż wylał zawartość kieliszka na mundur, śmierdział już alkoholem. Fioletowy żałośnie spoglądał na zastawiony zakąskami stół, jego skurczony żołądek mało co przyjmował pokarmu. Ten z zawrotami głowy przytrzymywał się kurczowo stołu, bojąc się, że zaraz spadnie z krzesła. Tylko Wąsiasty trzymał się z nich najlepiej, trudno wywnioskować dlaczego? Przecież też się nie oszczędzał na froncie. Wieczór się zbliżał, Wąsiasty powiedział. - Czas już nas goni, Pupenko. Musimy pakować ludzi na ciężarówki. A przy okazji oprowadź nas po swym majątku. Hodowla składała się z kilkunastu murowanych, bielonych wapnem obór, usytuowanych na obszarze ogrodzonym drewnianym płotem i strzeżonym przez uzbrojonych w kije dozorców. Weszli do jednej z nich. Przykry zapach uderzył im w nozdrza, wyciągnęli chusteczki z kieszeni, przytknęli je do nosów. W oborze przebywało kilkuset ludzi. Tłoczyli się w ciasnych kojcach, oświetlanych przez mdłe, nieosłonięte i zabrudzone odchodami much, żarówki. Przepychali się do koryt, do których dozorca wlewał zawartość przyniesionych z kuchni wiader. Łapczywie wydzierali sobie nawzajem strawę, bili się, odpychali, targali za włosy. Dozorca uderzeniami kija po ich nagich plecach łagodził zaciekłe spory. - Co to za pożywienie? Czym ich karmisz, Pupenko? -zaciekawił się Wąsiasty. - Mieszanka różnych składników, pod koniec cyklu codziennie włączam dodatkowo porcję witamin. Oczywiście tylko tym co dotrwają. Za wcześnie nie opłaca się, poniósłbym zbyt duże koszty. Major wskazał jeden z kojców. - Ci przeznaczeni są do dzisiejszej odstawy. Też dla ciebie Wąsiasty. Możesz się im przyjrzeć. Ładna partia. Wąsiasty podbiegł do klatki. Dzikie i nieprzyjazne pomruki go przywitały. - Wyciągnij Pupenko jednego z nich, chcę się bliżej przyjrzeć. Major skinął na dozorcę. Ten otworzył kojec, wszedł do środka, lawirując wśród siedzących w nim ludzi, uderzając kijem na boki wyłowił wysokiego, muskularnego blondyna, sprytnym uderzeniem wypędził go na zewnątrz. Przytrzymywał go za włosy. Wąsiasty obmacywał jego ręce, brzuch, nogi, sprawdzał mięśnie, zaglądnął w zęby. - Dobry okaz, będzie z niego pożytek -mruczał, gładził wąsy. - I jak? -zagadnął Pupenko- Pierwszorzędny gatunek, nie? - Zaraz zobaczę co potrafi -Wąsiasty podwijał rękaw munduru- puść go -rozkazał dozorcy. Dozorca uwolnił z uchwytu włosy młodzieńca. Wąsiasty walnął go mocno pięścią w głowę. Chłopak upadł ogłuszony, lecz zaraz otrząsnął się, poderwał i rzucił się na Wąsiastego, wbił się zębami w jego epolety, dłońmi chwycił za szyję i dusił. Wąsiasty charczał. Kilku dozorców podbiegło i solidnymi uderzeniami kijów zapędzili blondyna z powrotem do klatki. Pupenko ostrzegł. - To nie żarty, Wąsiasty. Są przeznaczeni bezpośrednio do walki. Agresywni i nieobliczalni. Uważaj na nich, mogą zrobić krzywdę. Niepotrzebnie prowokujesz. Możesz mi wierzyć, ode mnie wychodzi pierwszorzędny sort. - W porządku, Pupenko. Nie musisz mnie uczyć, wiem co robię, znam swój fach -Wąsiasty otrzepywał mundur- spodobał mi się. Jeśli wszyscy są tacy, to po takim zastrzyku świeżości wojna między nami nabierze rumieńców -zwrócił się do pozostałych dowódców. Skinęli potakująco głowami. Wąsiasty krzyknął w stronę ludzi w klatkach. - Wyrwiemy was chłopcy z tych śmierdzących kojców! Z ciasnych i brudnych pomieszczeń. Uczeszemy, ubierzemy, uzbroimy, poślemy na front! Odetchniecie pełną piersią po trudach hodowli, wolność poczujecie w prawdziwie męskich potyczkach. Spełnicie swą, odwieczną wolę walki. Pupenko zapraszał dalej. - Teraz do komory ćwiczeń. Znajdowała się ona w oborze stojącej na skraju terenu hodowli. Podchodząc do niej słyszeli dochodzące stamtąd krzyki. Wąsiasty uśmiechnął się, znajome dźwięki. - Zarzynają, zarzynają -powtórzył dwukrotnie. Weszli do środka. Stanęli przy stalowych kratach, przedzielających oborę na pół, przytknęli do nich swe szerokie nochale. W podnieceniu przypatrywali się toczącym się po drugiej stronie okrutnym ćwiczeniom. - To jest moja komora ćwiczeń -powiedział zadowolony wywołanym wrażeniem, Pupenko. Kilku dozorców ustawionych po przeciwnych stronach naganiało na siebie grupy spoconych i zaciekle walczących osobników. Okładali ich batami, zmuszali do ciągłej walki. Kto próbował się wycofać otrzymywał bolesną porcję razów i zaraz wracał na miejsce ćwiczeń. Ludzie zwierali się w śmiertelnych uściskach, łamali kręgosłupy, ukręcali głowy, rozdzierali brzuchy, odgryzali ręce i nogi. Głośno przy tym krzyczeli. Każdy próbował zwyciężyć przeciwnika, rozszarpać go, zabić. Na ziemi, pod ich nogami leżało kilka bezwładnych, podeptanych, zakrwawionych ludzkich korpusów. Gruby major dał znak dozorcom. - Wystarczy. Teraz następni. Dozorcy batami rozdzielili walczące strony, kierowali ludzi do wyjściowych klatek. Martwe i drgające w konwulsjach ciała spychano do olbrzymiego dołu z odpadkami, przysypywano warstwą ziemi. Do komory wprowadzano już następnych, przygotowanych do ćwiczeń. Dozorcy zaświstali batami, dawali znak rozpoczęcia. Wąsiasty kręcił złotym sygnetem na palcu. - Są straszni, nieobliczalni. Solidna robota -chwalił Pupenkę- więcej potu na ćwiczeniach, mniej ofiar na polu bitwy. - Codziennie tak -odpowiadał major- dzień, w dzień. Nikogo nie oszczędzam. Kogo najdzie chwila zwątpienia ginie rozszarpany przez innych. Słabi odpadają. Tylko najlepsi, najbardziej śmiali i bojowi utrzymują się. - I takich nam trzeba Pupenko. Nieustraszonych wojowników. Prawdziwych, silnych mężczyzn, potrafiących sprostać wymaganiom dzisiejszych, burzliwych czasów. Solidna robota -powtórzył Wąsiasty. Wyszli z obory. - Teraz do przebieralni - Pupenko wskazał komorę przy bramie wyjściowej. Tam już leżały mundury dostarczone przez Wąsiastego i pozostałych dowódców. Dozorcy wprowadzali młodych, muskularnych mężczyzn pod prysznic, dokładnie myli. Odświeżonych, pachnących mydłem przebierali w mundury. W szare przetykane złocistymi nitkami, fioletowe, zielone i granatowe Wąsiastego.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gomez
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…