I nie opuszczę Cię aż do...
Jakże brzemienne w skutkach może być przyjęcie czekoladki od nieznajomej...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mateusz podszedł do ściany i oparłszy się o zakurzone półki, wyjrzał przez piwniczne okienko. Natalia wybrała się na zakupy, jej samochód właśnie zniknął za zakrętem. Jeszcze przez kilka sekund między drzewami błyszczała bordowa karoseria. Kiedy las odzyskał swoją samotność, Mateusz ostrożnie odsunął się od okna. Został sam. Zatarł ręce. Rzucił ostatnie, kontrolne spojrzenie na wąską ścieżkę. Pusto. Czyli niczego nie zapomniała. Następne dwie godziny należeć będą tylko do niego. Włączył światło. Żaróweczka, smętnie zwisająca z sufitu, rozjarzyła się mętnym blaskiem, pokrywając piwnicę plątaniną cieni. Powietrze było suche, śmierdziało stęchlizną. Mateusz zdawał się tego nie zauważać. Zagwizdał swoją ulubioną melodię: motyw przewodni z „Czasu Apokalipsy” i zabrał się do porządków. Kartony po telewizorze i wieży wyrzucił już tydzień wcześniej. Teraz zabrał się do demontażu niektórych półek. Nie pasowały do jego koncepcji, planu, który powstał dawno temu; tak absurdalny, że aż rzeczywisty. Uśmiechnął się do swoich wspomnień. Nie było łatwo. Barierą były, oczywiście, pieniądze, choć nie tylko. Oszczędzał ponad półtorej roku, założył specjalne konto, a że – jak się okazało – potrafił sobie odmówić wielu doczesnych przyjemności, kwestia niezbędnych funduszy zeszła na dalszy plan. Trzeba było tylko przekonać Natalię. Jako wyemancypowana, wyzwolona feministka, Natalia wierzyła święcie w równouprawnienie. Jednak była również intelektualistką, kobietą, która uwielbiała wymyślać nowe interpretacje, zatem niedługo po ślubie (którego zresztą Mateusz nie pamiętał, po ciężkim wypadku całkowicie stracił pamięć) wprowadziła w życie Ideę Nowoczesnego Małżeństwa. Od strony teoretycznej miała ona zamienić ich doczesne lokum w gniazdko niekończącej się miłości. Od strony praktycznej... Cóż. Pozostawiała mu bardzo niewiele swobody. I jeszcze mniej pieniędzy. Pogodził się z tym przykrym faktem, nie chcąc krzywdzić żony, która była dla niego wszystkim. Z tego samego powodu zdecydował się nie ujawniać swojego planu. Już niedługo wszystko będzie gotowe. Wtedy kupi bukiet najpiękniejszych w mieście róż i zaprosi ją na kolację. Powolutku wyjaśni wszystko, od samiutkiego początku, zaczynając od niewinnych stwierdzeń typu „każdy może mieć swoje marzenia. Marzenia są piękne, prawda, Natalko?”, przechodząc przez smutne spojrzenia i westchnienia, aż do ataku na jej zatroskane („co się stało, kochanie?”) oblicze. Oczywiście nie obejdzie się bez komplementów („Kwiatuszku”, „Promyczku”, „Żabeńko”, a najlepiej „Królowo” – wprost uwielbiała, gdy ją tak nazywał). Kolejna półka z trzaskiem oderwała się od ściany. Rzucił ją na stertę desek i otarł pot z czoła. Czekało go jeszcze wiele pracy. Trzeba było zdemontować szafki, odkurzyć podłogę, pociągnąć kable... Kurz i stęchlizna, póki co, pomyślał. Ale jeszcze zrobię z tej piwnicy salon bilardowy. Wyobraźnia wykrzesała z jego umysłu kontury stołu, umieściła go tuż obok, w zasięgu ręki. Rozmarzył się. Tu stół, pachnący drewnem, pokryty idealnie gładkim, zielonym suknem, tam, pod ścianą, stojak na kije, ale takie ekskluzywne, z najwyższej półki. W kącie barek i zawsze pełna beczka Żywca. Zamknął oczy. Jego wewnętrzny wzrok z rozkoszą prześlizgiwał się po kryształowych kieliszkach; Mateusz brał do ręki kij, ważył go w dłoni, podchodził do stołu, z szacunkiem taksując trójkąt z kolorowych bil. Przymierzał się, wsłuchany w delikatny jazz. Uderzał. Perfekcyjnie, a jakże. I tak całymi wieczorami... Otworzył oczy. Marzenia marzeniami, ale najpierw rozwal tę półeczkę, pomyślał, podchodząc do szafki, na której jeszcze niedawno stały słoiki z miodem i konfiturami. Pół godziny później na środku piwnicy piętrzyła się monumentalna sterta desek, drzwiczek, skobli i uchwytów. Mateusz dyszał ciężko. Przed powrotem Natalii będzie musiał się wykąpać. Opadł na drewniany stołek, otrzepał ręce z kurzu. Z zadowoleniem przyjrzał się prawie pustej piwnicy. Nagle jego wzrok wyłuskał niepokojący detal. - Co jest? Z trudem dźwignął się z krzesła i podszedł do kąta, w którym jeszcze kilkanaście minut wcześniej stała rozsypująca się ze starości szafka. W podłodze widniał otwór wielkości dłoni. Mateuszowi zdawało się, że w otworze majaczy jakiś kształt. Przezwyciężył niechęć wymieszaną z obrzydzeniem (co może kryć się w takiej dziurze? Pająki? Robaki?) i zanurzył rękę w smolistej pustce. Przez kilka sekund jego palce bezradnie drążyły przestrzeń i już chciał wycofać dłoń, kiedy natrafił na coś twardego. Twardego i gładkiego... W dotyku przypominało szkło. Wyciągnął to i usiadł na podłodze. W świetle brudnej żarówki przyjrzał się zakurzonemu słoikowi. W słoiku coś było. Zapisane kartki. Powrócił na chybotliwy stołek i zaczął czytać. Gęsto zapisane strony były czymś w rodzaju pamiętnika: „11 marca Nazywam się Albert. Tkwię tu już od czterech dni, przynajmniej tak twierdzą chłopaki. Postanowiłem, że opiszę wszystko, co mi się przytrafiło. A więc tak: Wszystko zaczęło się od pociągu. Wiał cholernie zimny wiatr, kiedy...”
*
Pociąg ruszył. Albert rozpoczął kolejny rozdział swojej wędrówki. Od dnia, w którym stracił rodziców, zdążył już odwiedzić Warszawę, Łódź i Wrocław. Teraz kierował się na północ. Świat stracił dla niego wszelkie barwy, był obrzydliwie suchy i okrutny. Dziekan nie chciał słyszeć o rezygnacji ze studiów, dał mu urlop do końca roku akademickiego i kazał wrócić w październiku. W tej sytuacji Albert mógł tylko wzruszyć ramionami i wyjść. W poszukiwaniu spokoju błąkał się po Polsce. Rodzice zostawili mu niemałą fortunę, wiele, bardzo wiele banknotów, jednak on oddałby je wszystkie, co do papierka, za chociaż jeden dzień starej, dobrej normalności: wieczór, wyschnięte kubki w salonie i... Matka strofująca ojca, ojciec – uśmiechnięty, mruczący słowa przeprosin, słowa – foremki na uczucia. Chociaż kilka godzin... Wspólne, bezgłośne oglądanie telewizji, jakiegoś głupiego teleturnieju (ojciec na pewno znałby odpowiedź na każde pytanie, zawsze znał). Pełne ciepła „dobranoc”, kiedy matka zamykała drzwi od sypialni. Przygryzł wargi. Wylał już zbyt wiele łez, które i tak nic nie zmieniły. Siedział w przedziale sam. Przykleił się do szyby i obserwował przepływające za oknem krajobrazy. Jeszcze kilka dni temu świat okrywała biała, puchowa warstwa. Teraz wszystko powróciło do monochromatycznych standardów. Nie wiedział, kiedy zasnął. W pewnej chwili ocknął się i stwierdził, że nie jest już sam. - Cześć – powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się. - Cześć... – odpowiedział, wykrzywiając wargi w nieszczerej parodii uśmiechu. Dziewczyna była wręcz oszałamiająco... Niepiękna. Gdyby nijakość mogła oblec się w formę, to właśnie tak by wyglądała, pomyślał gorzko. Zwykłe włosy na zwykłej twarzy, opadające na zwykłe ramiona i przeciętne kształty. Powyciągany sweter. Jego towarzyszka podróży stanowiła antytezę piękna, nie było w niej absolutnie nic pociągającego. Albert zdziwił się, albowiem uważał się – przynajmniej do niedawna – za konesera kobiecego czaru, osobę, która w nawet największej maszkarze potrafi odnaleźć pierwiastek boskiego geniuszu. Dziewczyna siedząca naprzeciwko stanowiła wyjątek. W ciągu ułamka sekundy zlustrował ją całą. Starał się zmusić zaspany umysł do chociażby najlżejszego odruchu fascynacji. Nic z tego. Z niepokojem stwierdził, że bardziej pociągający wydaje mu się grzejnik, który, notabene, parzył mu stopy. Szara blondynka wskazała na tabliczkę czekolady, leżącą na stoliczku pod oknem. Zauważył popękaną skórę na palcach i poobgryzane paznokcie. W ostatniej chwili zdusił jęk. - Może czekoladkę? - Nie, dzięki... - Nie poczęstujesz się? Dostrzegł formującą się łzę. Po chwili krystaliczna kropelka rozpoczęła wędrówkę wzdłuż kościstej twarzy dziewczyny. Cholera, zauważyła, że... – pomyślał. Jak miał wybrnąć z tej absurdalnej sytuacji? Mimo wszystko nie chciał jej zranić. Sięgnął po czekoladkę. - Dziękuję – powiedział, żując gorzką kostkę. Czekolada miała dziwny, metaliczny posmak. Przeterminowana? – zdziwił się. Pięć sekund później zobaczył przed oczami ciemne, wirujące płaty. Ostatnią rzeczą, którą dostrzegł przed utratą przytomności, było dziwnie skupione oblicze dziewczyny.
*
Pod plecami czuł chłód kamiennej posadzki. Przeszył go dreszcz. - Ej, Michał, on się chyba obudził – usłyszał głos, dobiegający z wilgotnej ciemności. - Nareszcie. Albert dźwignął się na łokciach. Po chwili tuż obok jego twarzy zamigotał płomień zapalniczki. Trzy osoby przyglądały mu się z zaciekawieniem. - Jestem Michał, a to Bartek i Adam. Jeśli zastanawiasz się, jak się tu znalazłeś, to witaj w klubie – nieznajomy podał mu rękę. Pomieszczenie było pełne tańczących cieni, rzucanych przez pochylone nad Albertem sylwetki trzech, na oko dwudziestoletnich, chłopaków. Rozchybotane światło wykrajało z ciemności obraz chropowatych, murowanych ścian. Albert próżno błądził wzrokiem, szukając okna. Jedynym wyjściem z pomieszczenia były solidne, wzmacniane metalem drzwi. - Gdzie ja jestem? - Nie mamy pojęcia – odpowiedział Michał, po czym pomógł mu wstać. Albert otrzepał ubranie z kurzu. Przyjrzał się nieufnie swoim nowym znajomym. Poza Michałem, brunetem o bystrym spojrzeniu, wyglądali, jakby lada chwila mieli się rozpłakać. Adam, burknąwszy „cześć”, poczłapał pod jedną ze ścian, zwalił się na ziemię i ukrył twarz w dłoniach. Bartek wciąż stał obok Michała, przyglądając się uważnie nowemu lokatorowi. - Co pamiętasz? Albert z wysiłkiem cofnął się pamięcią do podróży pociągiem. Co pamiętał? Samotne okupowanie przedziału, dziwne sny i... - Dziewczynę – szepnął. - Jak wyglądała? Głos Michała drżał lekko, co kłóciło się ze spokojnym i opanowanym wyrazem twarzy chłopaka. Albert poczuł, że właśnie staje się uczestnikiem wydarzeń, które z całą pewnością mu się nie podobają. Wszystko dookoła: ciemność, piwnica, gest Adama, ta nuta wibrującego strachu, wszystko to składało się na obraz stuprocentowego szaleństwa. - Gdzie ja jestem? – powtórzył. - Już mówiłem, nie wiemy. Jak wyglądała dziewczyna? To może być ważne, przypomnij sobie. - Ona... Hmm. Szara mysz, nic szczególnego. A nawet można powiedzieć, że brzydka. Z kąta dobiegło parsknięcie Adama. Bartek opuścił wzrok i westchnął cicho. Rysy Michała stężały. Zgasił zapalniczkę. - Trzeba oszczędzać gaz – powiedział. - Czy dowiem się wreszcie, co się dzieje?!
*
„I w końcu się dowiedziałem. Chłopaki tkwili tu już od trzech dni. Każdy z nich podróżował pociągiem, każdy po zachodzie słońca był sam w przedziale. W końcu zasypiali, ile można odganiać sen? Budzili się w towarzystwie dziewczyny. TEJ dziewczyny. Adam w myślach nazwał ją ‘kartoflem’, Bartek – ‘pasztetem’, Michał stwierdził jedynie, że była ‘po prostu strasznie brzydka’. Proponowała czekoladę. I wszyscy się zgodzili, żeby nie zrobić jej przykrości! Adam powiedział, że zauważył dziwny blask w jej oku, „tak możesz patrzeć na soczyste jabłko, kiedy strasznie chce ci się pić” – powiedział. Gość jest w porządku, tylko szkoda, że poeta. Non stop siedzi w kącie i mruczy coś pod nosem. Nie to, co Michał. Michał przynajmniej myśli nad sposobem wydostania się z tego... Więzienia. Może razem wpadniemy na jakiś pomysł. Mówią, że raz dziennie przynosi im posiłki. Wsuwa tacę przez mały otwór w drzwiach. Gdyby tak...”
*
- A gdyby tak spróbować złapać ją, kiedy będzie wsuwać nam jedzenie? A nuż trzyma klucz gdzieś w kieszeni, a wtedy... – zagaił Albert. - Ćśś. Ona może wszystko słyszeć. - Co o tym sądzisz? Michał pokiwał głową. - Nie wyjdzie. Otwór jest za wąski. - Jak to: nie wyjdzie? Adam, Adam! – szturchnął kolegę. – Wstawaj no, pokaż rękę. Adam machnął mu dłonią przed oczami, po czym obrócił się na drugi bok i ponownie zachrapał. Albert, nie zrażony, złapał jego ramię. Cichutko gwizdnął. - Michał, nie gadaj, jego ręka na pewno się zmieści. - Pokaż. Przyświecając sobie zapalniczką, dokładnie przeanalizowali możliwości Adama. Ten, nie przejmując się ich dysputami, mruczał przez sen tajemnicze adoracje pod adresem niejakiej Natalki. W końcu Michał dał się przekonać. - No to teraz go obudź, według mojego zegarka jest już prawie szósta. Zwykle przychodzi o tej porze. - Aha. Może by mi ktoś pomógł? – sapnął Albert, próbujący ocucić kolegę. Pomimo prób, błogie chrapanie cały czas odbijało się echem od zimnych ścian. Po kilku minutach rozmaitych operacji udało się im wreszcie rozbudzić kolegę na tyle, żeby zaznajomić go z planem. - I co? Mam wsadzić rękę w ten otwór? A co, jeśli ta horpyna ma nóż i spanikowana tnie mnie po palcach? - Nie ma noża – odparł Michał. - Skąd ta pewność? - Posłuchaj. Nie ma noża, bo... Pomyśl logicznie. Na tacce znajdują się plastikowe pojemniczki. Zero sztućców, sam tak mówiłeś. Tacka swoje waży, na pewno nie jest jej lekko. Wyobrażasz sobie: ugina się pod tą cholerną tacką, a jeszcze w zanadrzu trzyma nóż, i to tak, żeby w razie potrzeby szybko go wyciągnąć? Pomyśl. - W porządku, ale to pierwszy i ostatni raz. Będziemy mieć albo wspólne We Are The Champions, albo moje osobiste Requiem. Jak to zrobić? Po prostu wsadzić łapę, kiedy otworzy klapkę? - Aha – potwierdził Michał. – Uderz ją, choć nie, nie uderzaj. Hmm... – zamyślił się. – Postaraj się ją jedną ręką złapać, a drugą przeszukać kieszenie. Myślimy, że ma przy sobie klucz. - No dobra. A jeśli nie ma? - Ma. Musi mieć.
*
„No i czekaliśmy. Adam czatował przyklejony do drzwi, my staliśmy metr od niego, żeby w razie czego mu pomóc. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem szum, dobiegający z góry. Brzmiał jak kakofonia... Szeptów. Wwiercał się w głowę, cholernie utrudniał koncentrację. Nie przejmowaliśmy się nim jednak, czekaliśmy na NIĄ. Po nieskończenie długich minutach oczekiwania usłyszeliśmy kroki. Powolne, mozolne, najwyraźniej Michał miał rację. W pewnym momencie zatrzymały się, a my wstrzymaliśmy oddech. Nasłuchiwała? Być może. Po kilku sekundach podeszła do drzwi. Usłyszeliśmy brzęk kluczy... Tak! Kluczy! Moje serce waliło jak opętane. Szepty były coraz głośniejsze. Przy czym nie potrafię powiedzieć, czy dobiegały naszych uszu, czy też trafiały bezpośrednio do umysłu. Pogrążeni w absolutnej ciemności, czekaliśmy na akcję Adama. Nieświadomie zacisnąłem pięści. Nasz los leżał w rękach chucherkowatego blondyna – poety, który pewnie w życiu nie zrobił więcej niż dziesięciu pompek pod rząd, a i tak potem przez pół dnia dyszał jak radziecka lokomotywa. Zazgrzytała zasuwa. Przez wąski otwór do lochu wlało się zimne, blade światło. Adam! Teraz! – wrzasnąłem w myślach.”
*
W niewielkim otworze pojawił się kącik tacy. Ktoś jęknął. Ręka Adama wystrzeliła w jego kierunku. Ciszę rozdarł głuchy dźwięk, kiedy plastikowe naczynia uderzyły o posadzkę po drugiej stronie masywnych drzwi. Albert po raz drugi usłyszał głos dziewczyny; tym razem był zdecydowanie mniej miły. - Adam! Teraz! – krzyknął Michał. Rozpoczęła się kilkusekundowa szarpanina. Powietrze pełne krzyku przeszył odgłos dartego materiału. Albert podbiegł do drzwi. Widział, jak ręka kolegi targa spodnie horpyny. Wydawało mu się, że w otworze coś błysnęło. Klucze, udało mu się, ma klucze, pomyślał. Przez chwilę smakował poczucie zwycięstwa. Odżyła nadzieja... Adam krzyknął. Był to inny krzyk, przerażający i organiczny, jakby razem z dźwiękiem chłopak wyrzucił z siebie kawał ciała. Upadł na ziemię. Klapka z trzaskiem wróciła na swoje miejsce. - Co ci jest? Adam! Michał zapalił zapalniczkę.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creep
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…