IGRZYSKA W SŁOŃCU (sielanka gastarbeiterska)
Ze zbioru: Ptaki drapieżne, rajskie ptaki
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
IGRZYSKA W SŁOŃCU (sielanka gastarbeiterska)
Rzecz w tym, i o tym, że nic się właściwie tego dnia nie wydarzyło; tyle tylko, że ugryzł mnie pies, z miłości jak twierdzi David. Usiłowałem właśnie wygramolić się z jego pikapa, kiedy moje plecy oblał nagle ogień. Byłem przerażony, zdziwiony i zagniewany w przeciągu sekundy, a moja twarz musiała wyglądać jak maska w greckiej tragedii. Wezbrało też we mnie mnóstwo słów niepobożnych i nieskromnych, ale nie wydostały się poza moje usta — wstrzymałem je wpół drogi bo przede mną stał kaznodzieja i rozbroiła mnie dobroć jego twarzy. Przerażenie, zdziwienie i gniew przetopiły się w smutek, a ból rany w nieznośne swędzenie... Ale to wszystko było później, już po tym, jak nic się nie stało. Bo najważniejsze było słońce... Jak gniew boży siadało na naszych ramionach, barkach, a najbardziej na głowach. Było wszędzie, nawet w cieniu wyzierało z każdej cząsteczki rozgrzanego powietrza. Było stalowe, żeliwne, było leniwą lawą.
— Kinda warm, ain’t it, bro’er? — zagadnął Heyward i dalej żuł zapałkę, jakby starając się upewnić, że przynajmniej z niej nie będzie ognia. Słońce było także w pocie okrywającym jego czarną łysinę i twarz.
—Yeah, it IS kinda warm — potwierdziłem i sam uczułem gwałtowną potrzebę włożenia czegoś do ust, choćby i zapałki, żeby podrażnić gruczoły ślinowe. Wydało mi się, że słońce zastygło, lawa stała się ognistą kręglową kulą, która zaraz stoczy się z nieba poruszona jakimś wyższym zrządzeniem, aby nas obu strącić, mnie i Haywarda, i zaliczyć nowe punkty w jakichś piekielno-niebieskich rozgrywkach.
— Look at the dawg, man. He hot too — Hayward wypluł zapałkę i odstawił doniczkę, którą właśnie był podniósł, po czym kaczym krokiem pomaszerował w stronę kranu na samym środku polany i napiwszy się wody włożył pod strumień głowę, wreszcie cały swój czarno lśniący tors.
— This is it, bro’er. Come oan, Zykie — zawezwał psa, któremu, jak chyba słusznie zauważył, też musiało być gorąco. Zykie w sekundzie znalazł się przy kranie, rozgarniając powietrze rozmigotanym ogonem, niczym równoważnik śmigłowca. Przyssał się do kranu jak szczenię do suki, a z jego oczu można było wyczytać bezgraniczne psie szczęście i zapamiętanie. Coś we mnie też zapragnęło przyssać się do jakiegoś źródełka, ale nie potrafiłem skłonić się do odpędzenia Zyka kopniakiem, jak doradzał Hayward. Stary klaun zrobił to za mnie, śmiejąc się z moich skrupułów, Rzeczywiście Zyk wcale nie wydawał się urażony tak bezceremonialnymi manierami Haywarda, przyjmując kopniaka jako wezwanie do igraszek. Woda była ostatecznym przeciwieństwem słońca. Mile przeraziła mnie swoją odmiennością od dotychczasowych wrażeń tego pracowitego dnia, w którym to jednak nic się nie wydarzyło, tyle tylko, że ugryzł mnie pies, z którym tak figlarnie droczył się teraz Hayward. Ale tamto było później, już po tym, jak nic się nie stało. Wrzawa uczyniona przez czarnego psa i czarnego człowieka wyrwała nieznane mi dotąd szczebioty z ptaków ukrytych gdzieś pośród iglastych wierzchołków sosen, które otaczały polanę Davida. Sosny były jakieś roślejsze niż te znane mi z kraju, i ptaki przez to odleglejsze. Zresztą były tam też drzewa liściaste, dla mnie nierozpoznane, i one także musiały być schronieniem ptaków biernie obserwujących nasze zmagania. Spojrzawszy w górę w poszukiwaniu ptaków, mimowolnie natknąłem się na słońce, wciąż żeliwne i ciężkie. Wydało mi się teraz, że to drzewa są kręglami, na które stoczy się ta kula z lawy, a my jesteśmy tylko pasożytami na torze w kręgielni, żywi łaskawym niedopatrzeniem kosmicznej sprzątaczki.
— Gotta get back to work — mówi Hayward, więc rozstaję się z kranem, rozbawiony romantycznym wręcz posmakiem tej cielesnej rozłąki. Spod przyjaznych drzew wychodzimy na sam środek słonecznej części polany, gdzie dziesiątki tysięcy doniczek trzeba przestawić z jednej plastikowej płachty na drugą i uporządkować w rzędy, kwadraty i prostokąty, a może w setnie i kohorty. Hayward drapie się to po głowie, to po brzuchu, czyli po najbardziej odstających częściach swego ciała. Wygląda jak szachista, który nie może zdecydować się na ruch. Tylko że dookoła same pionki, więc może to takie gigantyczne warcaby. Patrząc na niego usiłuję sam schować się we własnym cieniu przed słońcem niemiłościwym i gniewnym jak patriarchowie ze Starego Testamentu. Łudzę się, że jakimś przemyślnym splotem ciała znajdę się pomiędzy jego biczowymi promieniami, a nie pod nimi, gdzie wciąż jeszcze przebywam, przerażony, że częściowo plastikowa bejsbolówka wtopi mi się w czaszkę razem z daszkiem. Da połowy „szychty” jeszcze daleko, wiec uśmiecham się tylko do Haywarda i łapię pierwszą doniczkę. Landskejping to zabawna praca, takie poprawianie krajobrazu po Panu Bogu. Przeniosę dziś kawał lasu, pomyślałem. Lasu, którego nikt nigdy nie zobaczy, bo krzaczki w doniczkach rozjadą się po mieście i okolicy. Jeszcze dziś przyjedzie duża ciężarówka po niektóre z nich i znikną jak pionki zbite z szachownicy, nieważne, przegrane, utkną gdzieś pod oknem lub przy ulicy jako uzupełnienie gładko wygolonych trawników, niczym bokobrody przy łysinie. Hayward też wziął się do pracy po chwili niewątpliwie intelektualnego wysiłku, mrucząc coś i pojękując w dialekcie niezrozumiałym nawet dla miejscowych białych, na kształt pogańskiego czarownika czy szamana odprawiającego modły nad każdą doniczką. Swoim nieskładnym mantrowaniem skutecznie wypełniał powietrze nieomal ciekłe od słońca i wilgoci, a jego melorecytacji zdawały się wtórować ptaki coraz bardziej hałaśliwe pośród liści. To chyba pobudziło go do jeszcze głośniejszych medytacji, spośród których wyławiałem tylko pojedyncze słowa, jak z zamazanego manuskryptu liturgii nieznanych mi obrzędów. Zrobiło mi się przykro. Poczułem się intruzem i przypomniało mi to, że jestem przecież cudzoziemcem, i pewnie Hayward dogaduje się z ptakami łatwiej niż ze mną, słabszym zawodnikiem na obcym stadionie. Doniczek ubywało jednak na starej płachcie i rosły regularne wzorki na nowej. Pomyślałem o ziemi, która poci się i dusi pod plastikiem, i pewnie obumiera. Może na powrót zamienia się w skałę... odwracając się tyłem do niegościnnego świata ludzi. Zbyt jednak zajęci byliśmy naszymi rozgrywkami, by poświęcić temu więcej uwagi. Kroczyliśmy coraz bardziej miarowo i sprawnie, na wyścigi tworząc rządki i kwadraty, a może setnie i kohorty, niebaczni na ptactwo kłótliwe pośród igliwia. Aby nie wydać się milczkiem, co mogłoby być poczytane za złe maniery lub nie daj Boże za oznakę nadmiernego zastraszenia, i ja zacząłem przemawiać w moim własnym narzeczu, wtapiając słowa i frazy pomiędzy dwa rytmy: oddechu i kroku. Nie był to jednak prawdziwy monolog, bo choć zignorowałem psa i ptaki, zwracałem się w mojej rytmicznej przemowie do Haywarda właśnie, licząc na to, że moje słowa dopadną w końcu jego intuicję i podświadomość. Dobrze się stało, mruczałem, żeśmy tu obaj. Bo to my jesteśmy jedynymi pionkami na tej szachownicy, ty czarny, ja biały, jeden wart drugiego. Było to bajecznie nieuniknione. Od tak zwanego zarania usiłowaliśmy odgadnąć Graczy, nawet wtedy, gdy oprócz nas były tu jeszcze ważne figury. Albo jeszcze wcześniej, gdy moi plemienni praszczurowie przaśni widzieli jednego z Nich z wieloma twarzami na każdą stronę świata, być może po to, aby w porę wypatrzyć wrogów pośród gąszczy nie gorszych od tych, w których twoi przodkowie płacili haracze duchom głazów, drzew i słów. I wtedy, gdy u nas palono stare i nowe wznoszono ołtarze niechcianemu żydowskiemu prorokowi, a u ciebie uwierzono w proroka ucieczki i wśród piasków wzniesiono minarety. Wtedy wreszcie, gdy w nowym domu tobie kazano wznosić modły do naszego Gracza, tylko surowiej, bez ozdóbek, a mnie nieomal zabroniono. To wszystko musiało skończyć się tą właśnie doniczkową polaną Davida z kranem pośrodku, naszymi wyścigami oraz potem, który nie tylko zalewa mi czoło i twarz, ale także myśli. „Niesmaczno idą pieśni, gdy się poci czoło”, zakołatało mi gdzieś pod czaszką
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil feliksk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…