Implozja w hipermarkecie
Pełny tutuł brzmi: "Para Noja IV: Krótka historia Romana Trąbki, i nie tylko (Implozja w hipermarkecie)". Czwarta część surrealistycznego cyklu opowiada historię typowego samca klasy lekkopółśredniej, który chciał tylko zrobić zakupy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Skromna uwaga na początek: W opowiadaniu tym istotną rolę odgrywają przypisy. Niestety, interfejs Opowiadań nie oferuje jeszcze tak złożonych funkcji :). Wszystkie przypisy znajdują się pod tekstem. Miłej lektury...
PARA NOJA IV: Krótka historia Romana Trąbki, i nie tylko (implozja w hipermarkecie)
Roman Trąbka pokornie pokiwał głową. - Pamiętasz, co masz kupić? - Tak, Elu. Pamiętam. Dokładnie. Co do słówka, co do najmniejszej cebulki. - Kilo cebuli, masło, jajka, dwa litry mleka, drożdże – nie zapomnij, mam ochotę na placek z wiśniami, mamusia przywiozła, są takie pyszniutkie – worek ziemniaków i ze trzy kilo mąki. - Mam karteczkę. - Pokaż. Pokazał. Karteczka uzyskała akceptację. Już miał wychodzić, kiedy usłyszał krzyk: - Romuś! Powolutku obrócił się do żony. - Tak, kochanie? - Tylko pamiętaj o drożdżach. - Dobrze, kochanie. Kiedy wyszedł z domu, poczuł ulgę. Odetchnął głęboko, jakby nie dowierzając. Powietrze było ciepłe i czyste; w odróżnieniu od tego domowego – pełne nadziei i spokoju, tudzież nadziei na spokój. Tutaj nikt nie nawrzeszczy na niego za źle położoną szczoteczkę do zębów, nikt nie zruga, kiedy zapomni zamknąć szafkę. Tylko on, Roman Trąbka i szafirowe niebo. Do hipermarketu pójdzie spacerkiem, powoli, noga za nogą. Rozkoszując się każdą chwilą spędzoną w świecie, gdzie nie ma barier i nikt nie patrzy. Rozmyślał o książce, którą czytał. Lubił książki, pomagały mu oderwać się od lepkiej codzienności. Wchłaniał każdą prozę, tę ambitną i tę niższych lotów. Zaśmiewał się do łez czytając płaskie komedie, ze skupieniem trawił kolejne tomiszcza Prousta lub Faulknera, lubił przechadzać się po amerykańskich przedmieściach (pachnących latem i prażoną kukurydzą), które to King tak zgrabnie opisywał w swoich kolejnych historiach. To dawało mu spokój i odkupienie. Niestety, ona o tym wiedziała. Dlatego też za każdym razem, kiedy widziała go z książką w dłoni, wynajdywała tuzin rozmaitych spraw, których załatwienie nie mogło czekać, bo jak to, kurz powoduje alergie, nie wiedziałeś? Jedynie późnym wieczorem mógł znaleźć chwilkę czasu na przeżucie kilku akapitów, lecz i to nie udawało się zawsze. Ela bowiem nie mogła zasnąć ot tak, po prostu. O, nie. Najpierw trzeba było jej dokładnie wymasować plecy (wysłuchując przy tym ciągłych narzekań na pracę, która tak nadweręża krzyż, że sobie tego nie wyobrażasz, to okropne, w jakich warunkach ja muszę pracować), stopy (*przypis #1) , ewentualnie ramiona. Wtedy dopiero zapadała w sen, jednak siermiężne chrapanie skutecznie burzyło jego koncentrację... Krótkie opowiadanko? Owszem, to jeszcze dało się przeczytać. Głębsza proza? Nigdy w życiu. Takim oto sposobem absolutna ucieczka była możliwa jedynie w chwilach, kiedy stawała się w gruncie rzeczy zbędna – gdy zostawał sam w domu. Tego dnia zdążył już przemilczeć dwie kłótnie (o kapcie w przedpokoju, o nie dokręcony kran) i uniknąć pchnięcia pilnikiem (a chciał się tylko ogolić). Dlatego też polecenie wyjścia na zakupy przywitał z wielką, choć starannie ukrytą, radością. Piątkowe popołudnie było porą masowych zakupów. Na parkingu stało kilkaset samochodów. Ciepłe powietrze wypełniał jazgot malutkich kółek i smród spalin. Od czasu do czasu włączał się wielki megafon i słychać było głos anonimowej kobiety (wyobrażał sobie jej znudzoną twarz), proszącej Pewną Osobę o podejście do Informacji bo Zgubiło Się Dziecko, i te dziecko krzyczy, płacze i chce darmowego lizaka. Pełno nieznajomych twarzy, obcych ludzi, pchających metalowe koszyki... Wszedł do hipermarketu. Wciągnął w płuca klimatyzowane, przefiltrowane powietrze. Popchnął koszyk przez obrotową bramkę i od razu otoczyły go Promocje i Balerony. Co kilkanaście kroków stały uśmiechnięte, długonogie nastolatki, obiecujące nieziemskie rozkosze związane – a jakże – z nową marką czekoladek lub sera. Wszystko to tworzyło jakby wielki kocioł, kolorową mozaikę szarych ludzi. Popchnął wózek. Co miał pierwsze na liście?
*
O godzinie siedemnastej zero siedem siedzący za biurkiem dzielnicowy (*2) wydał z siebie okrzyk radości. Rozejrzał się wokół oczami rozpalonymi tryumfem. W najbliższym otoczeniu nie było jednak nikogo, z kim mógłby podzielić się swoim szczęściem. Właśnie pobił rekord. Kierowany przez niego wąż, zamknięty w środku stareńkiej Nokii 3210, pożarł trzysta piątego robala. Grał, albowiem przeraźliwie się nudził. Stukanie w malutkie klawisze osładzało mu bezproduktywne ślęczenie na osiedlowym komisariacie. Od małego marzył, by zostać policjantem... Tak jak większość dzieci, lubił biegać po podwórku i wymachiwać plastikowym pistolecikiem. Kiedy jednak nieco dorósł stwierdził ze zgrozą, iż większość jego rówieśników już dawno temu odłożyła je na półkę i zajęła się ciekawszymi, w ich mniemaniu, zabawami: wyczynowym piciem, seksem i takimi tam... Natomiast on nie. Plastikowy pistolecik cały czas wiernie spoczywał tuż obok jego łóżka, w specjalnej szufladzie. Był jego artefaktem. Teraz, od czasu do czasu, lubił przejść się na strzelnicę i wypalić kilka pocisków w stronę kartonowych tarcz. Nigdy jednak nie użył broni podczas prawdziwej akcji. Przyczyna była prozaiczna: Nie doczekał się jeszcze prawdziwej akcji. To nie sztuka przyłapać studenta na przechodzeniu przez tory kolejowe. Nie ma nic trudnego w spisaniu staruszki, która wyprowadziła pieska, nie zapiąwszy mu uprzednio kagańca. A do takich, niestety, interwencji póki co sprowadzała się jego służba. W niektóre noce coraz wyraźniej słyszał pukanie. To do drzwi jego świadomości stukała perspektywa ciężkiej frustracji. Cóż mu pozostawało? Awans,? Ha, ha, ha. Najpierw trzeba się czymś wykazać. Awans... Albo gry w telefonie komórkowym. Z westchnieniem pochylił się nad swoją wierną Nokią. Wąż zjadł kolejnego robaczka.
*
- Dzień dobry, może spróbuje pani nowych płatków śniadaniowych firmy BuBas? - Dzień dobry, może spróbuje pani nowych płatków śniadaniowych firmy BuBas? - Dzień dobry, a może pan skusi się na nowe płatki śniadaniowe firmy BuBas? - Tak. Żadnych konserwantów, z polskich zbóż. - Tylko dziś, promocja, wraz... Strasznie bolały ją nogi. Od ponad pięciu godzin stała obok regału... - ...z doskonałymi płatkami śniadaniowymi firmy BuBas... i powolutku zaczęła mieć tego dosyć. Klienci przechodzili obojętnie (ma za mały dekolt?), a kierowniczka, ilekroć pojawiała się w pobliżu, kręciła nosem. Monika, uśmiechnij się szerzej, popraw talerzyki, wypnij pupę. Dla niej wszystko musiało być idealne, dopięte na ostatni guzik, bo to przecież najlepszy hipermarket w mieście, pierwszy w województwie, musi trzymać poziom, codziennie, każdego dnia, i dziś także, bo przecież zupełnie gratis - ...dostają państwo jedyną w swoim rodzaju łyżkę do mleka (*3)! jest cała kupa pysznych prezentów, począwszy od tych cholernych łyżek, a skończywszy na kolorowych pudełkach w kształcie ryby.
*
Roman Trąbka spojrzał na listę zakupów. Póki co w koszyku leżał tylko worek cebul. Dużo czasu spędził całkowicie bezproduktywnie, po prostu wałęsając się między regałami w dziale kaset i płyt. Od Wielkanocy obiecywał sobie kupno American Beauty, filmu, który pokochał od pierwszego obejrzenia. Było w nim coś, co kazało patrzeć i trwać w niemym zachwycie, a może przerażeniu (*4). Sporą przeszkodą w realizacji tegoż szczytnego przedsięwzięcia był jednak brak magnetowidu. Bo po co im magnetowid, skoro Ela ogląda tylko seriale? Roman Trąbka ruszył po drożdże. Po drodze zatrzymał się przy stoisku i wysłuchał słów wcale uroczej młodej panienki, zachwalającej nowe płatki śniadaniowe. Spróbował, pochwalił i już miał sięgnąć po opakowanie, kiedy przypomniał mu się jeden z chłodniejszych dni lutego. Kupił wtedy sobie kubeczek w króliczki. Co tu dużo mówić, urzekł go, a poza tym był w promocji. Ela zafundowała mu wtedy czterdziestominutowe kazanie. Podziękował zatem panience i z gorzkim uśmiechem ruszył dalej. W koszyku lądowały po kolei: drożdże, jajka i masło. Jeszcze tylko mleko... Spacerując wzdłuż półki z nabiałem Roman zauważył nagle staruszkę, stojącą przy równoległym regale. Trzymała w ręku kartonik z maślanką, a jej twarz spowijała dziwna melancholia... Nie, nie melancholia. Ta nierozerwalnie łączy się z przeszłością, natomiast uśmiech staruszki był pełen optymizmu i odprężenia. Jakby nagle znalazła odpowiedź na trapiące ją od lat pytanie, w jakiś niewysławialny sposób pogodziła się z losem. Mam nadzieję, że babci nie przyszło do głowy umierać w hipermarkecie... – zdążył pomyśleć Roman, kiedy staruszka uśmiechnęła się jeszcze szerzej, mrugnęła do niego i z całej siły trzasnęła kartonikiem o podłogę.
*
Roman Trąbka nieczęsto miewał olśnienia. Pewnego razu, jeszcze w liceum, dziesięć minut przed końcem klasówki pojął różniczkowanie funkcji wymiernych. Innego dnia całkowicie znienacka przyszło mu do głowy rozwiązanie problemu Jak Zdobyć Pieniądze (Bo Gwiazdka Już Blisko)(*5). Jednak te olśnienie było inne. Nie wiązało się z nagłym impulsem, gwałtownym i ostrym wkroczeniem jakiejś obcej, do pewnego stopnia surrealistycznej idei. Roman czuł, jakby bardzo blisko jego serca otworzyło się jakieś okno, koniec leja, który wchłaniał smolistą pustkę, a wypluwał ciepło i nadzieję na lepsze jutro. Maślanka tworzyła wielopalczaste strumienie. Klienci zamarli w bezruchu. Niewysoka, krępa kobieta spojrzała uważnie na trzymaną w ręku kostkę masła, po czym przeniosła wzrok na staruszkę. Ta cały czas stała w miejscu, z dziwnym uśmiechem wyrzeźbionym w pomarszczonej skórze. Przenosiła wzrok z twarzy na twarz. Kiedy spojrzała na Romana, ten odruchowo się wzdrygnął. Odniósł wrażenie, że jej spojrzenie, ta linia, biegnąca od oczu staruszki do niego, nie tyle wwierca się jego duszę, ile się po niej prześlizguje. Nagle zrobiło mu się zimno, a potem poczuł fale gorąca, biegnące wzdłuż pleców. Zobaczył wszystko: dzieciństwo, lata młodzieńcze, wreszcie – ślub i ostatnie podrygi wolności. Całe pasmo błędnych decyzji. Egzystencję, która nie mogła być niczym innym, jak tylko gigantyczną,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creep
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…