Karol
Pierwszy rozdział opowieści o miłości męsko-męskiej
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1 Budzik głośno zadzwonił. Karol szybko wyciągnął rękę i wyłączył przenikliwy dźwięk. Światło wlatujące przez okno padało prosto na jego twarz, co przeszkadzało w całkowitym otwarciu oczu. W pokoju panował chłód i nieprzyjemnie było wychodzić spod rozgrzanej pościeli, więc leżał jeszcze chwilę, aż zbierze się w sobie i wstanie z łóżka. Jak co dzień podnosząc głowę widział przed sobą wiszący na ścianie przeszklony, czarno biały obraz Świętej Rodziny, w pomalowanej złotą farbą ramie. Przypominał mu on o porannym obowiązku odmówienia „Ojcze Nasz”. Odwrócił głowę w stronę drugiej ściany, gdzie wisiał z kolei obrazek „Pamiątka I Komunii Świętej”. Spojrzał teraz na meble. Tam stała plastikowa, niebieska figurka Matki Boskiej w koronie, napełniona wodą ze źródełka w Lourdes – pamiątka z „Diecezjalnej Pielgrzymki Do Miejsc Przez Najświętszą Panienkę sobie Upodobanych”. Po wyjściu spod kołdry złożywszy wersalkę ukląkł do modlitwy „Ojcze Nasz, który jesteś w Niebie...” – recytował machinalnie. Na koniec dorzucił od siebie: „Dziękuję Ci Panie Jezu za te szesnaście lat”. Założył dziś nowy, granatowy sweter, do tego ubrał ciemne, wygniecione już na kolanach jeansy. Normalnością było dla niego wstawanie dzień w dzień o piątej minut trzydzieści rano, aby zdążyć spokojnie zjeść śniadanie i przejść trasę około dwukilometrową do najbliższego przystanku PKS. Poranny posiłek standardowo składał się z kanapek i herbaty jedzonych przy kuchennym stole. Wyjątek stanowiła niedziela, gdy na śniadanie matka robiła jajecznicę i kawę zbożową. Wtedy do śniadania siadania w pokoju gościnnym, w którym na głównej ścianie wisiała podobizna papieża. Dzień szesnastych urodzin Karola nie różnił się niczym od innych, nawet pod względem śniadania. Budząc się rano, poza modlitwą nawet nie myślał szczególnie o tym, że kończy szesnaście lat, ale o sprawdzianie z historii, który miał się odbyć tego dnia oraz o zajęciach na pływalni planowanych na czternastą po południu. Dopiero, gdy kończył jeść śniadanie i usłyszał życzenia od ojca - przypomniał sobie ponownie o swoim święcie. -Synu życzę ci czego sobie tylko wymarzysz. Abyś był zawsze uśmiechnięty i pozostał taki, jaki jesteś. - I ja się dołączam do życzeń – kontynuowała matka – żebyśmy zawsze byli z ciebie dumni! A to jest od nas taki drobny upominek – podała Karolowi malutkie białe pudełko. Domyślał się, co może to być. Religijni rodzice w kwestiach prezentów i niespodzianek zawsze są przewidywalni. W następnym tygodniu w kościele miało być poświęcenie krzyżyków i medalików, a ten, który nosił od komunii, niedawno zgubił w czasie sianokosów. A co innego mógłby dostać od rodziców jak nie odpowiednik tego, co stracił? Intuicja go nie zmyliła i pomimo tego, że dobrze wiedział, co dostanie, udał niesamowite zaskoczenie i radość z otrzymania upominku, na wyraz czego ucałował dłonie ojca i matki. Po wręczeniu przez rodziców prezentu, który stanowił złoty łańcuszek z nieproporcjonalnie dużym, co do wielkości tego łańcuszka, ale za to proporcjonalnym do głębokości wiary Karola i rodziny krzyżykiem, umył zęby i wyszedł wraz z matką z domu udając się w kierunku przystanku autobusowego. Trasa, którą zawsze przemierzał pieszo początkowo wiodła kamienistą drogą tnącą pola i pastwiska będące własnością sąsiadów, później przechodziła przez drzewostany jodłowe, w których ojciec jego – leśniczy gospodarował. Wychodząc z lasu przed oczami ukazywał się widok na resztę wsi: szkołę podstawową, remizę, wieżę kościoła i pocztę. Za szkołą podstawową, gdzie żegnał się z matką, która spełniała się w niej jako nauczycielka, droga zmieniała nawierzchnię na asfaltową. Przystanek PKS znajdował się tuż obok kościoła, do którego zawsze wstępował przed podróżą do miasta, aby pomodlić się przed obrazem Najświętszej Maryi Panny – patronki parafii. Przejazd autobusem do Tarnowa trwał około jednej godziny. Po drodze mijał mniejsze i większe miejscowości zabierając ludzi dojeżdżających do pracy, jadących na targ do gminy, bądź takich jak on: uczniów szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych. Karol wyróżniał się spośród podróżnych, przede wszystkim wyglądem zewnętrznym. Miał ostre rysy twarzy. Wysoki wzrost pozostawał w pełnej harmonii z resztą budowy ciała. Morski wręcz kolor oczu i wyjątkowo jasne włosy przyciągały uwagę. W jego postawie ujawniało się niewątpliwie pewnego rodzaju dostojeństwo, którym często mimochodem onieśmielał otoczenie, ale z drugiej strony w jego spojrzeniu kryła się niewinność dziecka. Wysiadając na dworcu zmieniał środek transportu na autobus miejski, który to zatrzymywał się przed bramą liceum. Wysiadała wtedy z pojazdu znaczna część pasażerów: głównie uczniowie i kilku nauczycieli. Budynek jego szkoły za każdym razem robił na Karolu olbrzymie wrażenie. Gmach wybudowany był na styl socrealistyczny w latach powojennych. Cechowało go przeskalowanie poszczególnych elementów, które nadawały mu charakter monumentalności, ale przede wszystkim rzucała się w oczy każdego, kto go mijał symetria. Owa monumentalność budziła w Karolu strach a zarazem szacunek dla szkoły jako instytucji. Rodzice niezwykle cieszyli się, że syn ich uczęszcza do renomowanego liceum, nie ma problemów z nauką i nie buntuje się jak inni w jego wieku i nie ma mowy nawet, aby przysparzał im on jakichkolwiek zmartwień. Obserwując jego wysiłek, który wkłada w naukę, pewni byli, że w przyszłości skończy dobre studia, założy rodzinę i z pewnością poradzi sobie w życiu – „ułożony chłopak” – jak to mówili o nim ludzie w jego miejscowości. Po wejściu do gmachu szkolnego schodziło się prosto do suteryn, gdzie należało zmienić obuwie. Aby nie było nigdy wątpliwości, zasada w tej szkole była prosta „obuwie na miękkiej podeszwie i bez pięt”. Wszyscy uczniowie więc snuli się po korytarzach szkoły w domowych papuciach – dyrekcja w ten sposób zaoszczędzała na sprzątaczkach i znajdywała sposób na swoiste gombrowiczowskie „upupienie” dorastającej młodzieży. Po zmianie obuwia Karol spędzał jeszcze jakieś parę minut na rozmowie ze swoją kumpelką Martą w rzadko odwiedzanych przez obsługę szkoły zakamarkach piwnicy, gdzie wszyscy palący, w tym on i Marta chodzili na papierosa. Tym razem wyjątkowo od razu udał się do klasy. Marty nie było dziś w szkole. „Pewnie wczoraj drugi dzień imprezowała” –pomyślał. W sobotę na działce u Marty był grill, na który przyszło kilka osób z klasy. Wszyscy się dość solidnie wstawili, Karol jak zwykle nie pił a był tam raczej ze względu na jej naciski, niż z przyjemności. „Karol nie odmówisz mi chyba” - przekonywała go przyjaciółka. Alkoholu nigdy nie miał w ustach, więc świat jego znajomych będących „pod wpływem” był zawsze daleki od jego świata. Za każdym razem przy okazji podobnych spotkań czuł się nieswojo i za każdym razem zadawał sobie pytanie: „po co ja tu w ogóle przychodziłem?”. Jedynym chyba plusem jego obecności na tego typu imprezach było to, że w przeciwieństwie do pozostałych wszystko pamiętał. Dla znajomych nie był to oczywiście żaden plus, bo w tego typu libacjach chodziło głównie o to, żeby zaliczyć „zgona” i nie pamiętać nic z poprzedniego wieczoru budząc się rano. Wchodząc do klasy od razu zauważył, że absencja tego dnia będzie raczej wysoka. „Widać sporo osób zostało na drugi dzień u Marty a poza tym pewnie woleli nie przychodzić na test nieprzygotowani” – pomyślał. Tuż przy drzwiach siedziała na ławce brzydka Aśka, z twarzą obsypaną krostami. Siedziała jak zwykle sama, gdyż, jeżeli były w klasie wolne miejsca, rzadko kto siadywał obok niej. Mówiono o Aśce, że „śmierdzi stajnią”. Tak jak i Karol pochodziła ze wsi, więc pewnie przed wyjściem wstępowała na moment do obory, aby pomóc rodzicom w doglądnięciu krów. Nie zdawała jednak sobie sprawy z tego, że po lustracji inwentarzu powinna się przebrać. Zamiast tego oblewała się jakimś perfumem za pięć złotych kupionym na jarmarku, czego efektem był zapach przypominający zdechłego wieprza w burdelu. Karol pewnego razu chciał być dobrym kolegą i za namową swoich rodziców powiedział jej o tym fakcie. „Szkoda zdolnej dziewczyny” – mówiła matka słuchając opowiadań syna o znajomych. „Powinieneś z nią inteligentnie porozmawiać” – wtrącił ojciec. Skutek tego wszystkiego był taki, że Aśka już w ogóle do nikogo się nie odezwała, zmieniła jedynie markę perfum z „Pani Walewska” na „One touch”. Przy oknie, na wprost drzwi siedziała „święta trójca klasową” czyli Kamila, Anka i Judyta. Każda z członkiń tego klubiku miał swoje miejsce w hierarchii, zbiegiem okoliczności – jak kiedyś zauważyła Marta - było ono tym wyższe, im szersza była dupa jego członkini. Kamila miała największą, pozostałe dwie słuchały jej na każdym kroku jak wyroczni i stawały na baczność na każde pierdnięcie Kamili. Przód środkowego rzędu zawsze zajmowały największe klasowe kujonki, do których Karolowi pod względem poświęcanego czasu na „zapamiętywanie” stron podręczników było daleko. Każdy wiedział, że wysokie ich stopnie są bardziej wynikiem wiedzy pamięciowej niż kreatywnego myślenia. Jedna z nich – Ewelina, w trakcie odpowiedzi przy tablicy zawsze w powietrzu przerzucała kartki wirtualnej książki tak, jakby z niej czytała. Tył klasy należał do facetów i Marty, która z nimi trzymała, tego dnia nieobecnej. Z tyłu, z dziesięcioosobowej grupy męskiej części klasy, nie licząc Karola siedziało tylko trzech: Michał, Marcin i Piotr. Wszedłszy do klasy powiedział ogólne „cześć” i przywitał się już osobiście z trójką obecnych chłopaków. Tematem rozmów ludzi chodzących do jednej klasy przed i po lekcjach oraz w czasie przerw były głównie sprawy szkolne. Mało kto ucinał sobie pogawędkę tylko w przypadku gdy za chwilę miał się odbywać test. Wszyscy wtedy przeglądali jeszcze naprędce podręczniki będąc w przeświadczeniu, że to nie jest właściwy moment na powtarzanie materiału, ale szybkie doczytanie tego, czego się nie przeczytało w domu może przyczynić się do wyższej oceny. Karol jak zwykle napisał test całkiem przyzwoicie. Uczył się do niego kilka dni i żadne pytanie nie sprawiło mu większych trudności. Każdy zresztą starał się utrzymywać jak najwyższy poziom. Wśród uczniów klasy II D panowało przekonanie, że najniższą oceną, z jakiej można być dumnym to „dobry”. Ocena „dostateczna” oznaczała przeciętniactwo a „niedostateczna” niejednego wprawiała w stany depresyjne. W ubiegłym roku, gdy Kamila dostała pałę z kartkówki wpadła w taką histerię, że nauczycielka musiała ją wyprowadzić z klasy. W tym przypadku akurat wszyscy się cieszyli, że cnotka dostała lufę. Dla Karola było to dziwne, że chłopaki ją tak nazywają, skoro sami byli przecież prawiczkami z wyjątkiem Michała, który często chwalił się przed pozostałymi swoimi przygodami erotycznymi. Karol stronił od takich rozmów. Raz, że nie chciało mu się słuchać o penetracjach pochwy i tym podobnych rzeczach a dwa, że sam nie potrafił o seksie rozmawiać. Koledzy spijali wtedy słowa z ust Michała jak chwalił się, jak Marzena „zrobiła mu loda” i o tym, jak ją „dymał” na grilu u Marty. Karol słyszał tylko fragment: - No i jak, pochwal się – zagrzewali go do opowiadań – jak tam Marzenka? - Niezła z niej suczka i tyle, robi laskę „jak tralala”. Ale pijany wtedy byłem i zaciągnęła mnie do kibla. Ściąga mi spodnie i majtki a tu tym razem kicha. Myślałem, że już nie stanie, ale pomiętosiła go trochę w pysku i już był gotowy. W tym momencie coś jakby ukłuło Karola w piersiach. Jakby doznał nagle szoku a zarazem pomyślał: „Nie, to nie jest mój świat". Miał też cichą nadzieję, że Michał tylko zmyśla. Popatrzył nagle na Michała swoimi zielonymi niewinnymi oczyma i zapytał z nadzieją w głosie: - Żartujesz sobie teraz, prawda? Nagle wszyscy oni spojrzeli na Karola badawczym wzrokiem. Wtem Piotrek rzucił nagle: - A jak tam u ciebie? Co tak nic nie mówisz? Widzieliśmy ciebie jak tam coś do Marty podbijałeś a ty nic się nie chwalisz. - Nie ma czym się chwalić, poza tym nie interesuje mnie Marta – odpowiedział jak zwykle zagadkowo Karol, z wyczuwalną w jego głosie pogardą. Marcin uśmiechnął się trywialnie na tą odpowiedź. Pod nosem burknął niewyraźne „tak” manifestując tym, że odpowiedź Karola jak zawsze była przewidywalnie lakoniczna. Koledzy z klasy uważali go trochę za odludka, ale zawsze budził w nich ciekawość z powodu jego tajemniczości. Jedna koleżanka z klasy, która lubiła dużo mówić o innych, kiedyś powiedziała, że „Karol niewiele mówi, ale jak już coś powie, to powie”. Nikt jej na głos nie przytaknął, bo nigdy jej nie przytakiwano, ale w gruncie rzeczy wszyscy podzielali jej zdanie. W tym dniu dwie ostatnie lekcje to było wychowanie fizyczne. Co dwa tygodnie, w ramach tych zajęć odbywało się wyjście na basen? Czterdzieści pięć minut pływania było dla Karola znacznie lepszą alternatywą niż gra w kosza czy piłkę nożną. Nienawidził sportów drużynowych, w których słabość jednostki pociąga za sobą porażkę ogółu i w których trzeba dawać z siebie wszystko, aby zadowolić innych. Pływanie dostarczało natomiast Karolowi wiele przyjemności dlatego, że po pierwsze zawsze czuł się w wodzie jak ryba a po drugie przynajmniej w tej jednej dyscyplinie sportu był lepszy od pozostałych. Pływać nauczył się już w wieku czterech lat. Brat jego – Jerzy, dorabiał wtedy jako ratownik na kąpielisku w pobliżu ich wsi więc zabierał często małego Karola ze sobą do pracy i tam go oswoił z wodą. Poza tym w lecie spędzał całe dnie nad jeziorem a zimą od dziecka jeździł na krytą pływalnię. Na basenie zjawili się już wszyscy. Normalnie każdy przebierał się oddzielnie, za parawanem, gdyż do szatni każdy mógł wejść. Gdyby panie z obsługi były młodsze pewnie większość facetów paradowała by z gołym tyłkiem. Po wejściu do wody zwykle połowę zajęć organizował nauczyciel a pozostały czas był wykorzystywany „jako własny” – każdy więc sobie pływał w swoim tempie i nie myślał już o prawidłowym „crawlu” tylko o czym chciał. U Karola pojawiła się niespodziewana, frywolna myśl gdy spojrzał na wychodzącego na słupek Michała. „Ciekawe jak wygląda bez kąpielówek?” – pomyślał. Lekcja na basenie dobiegła końca. Wychodząc z niecki droga do szatni prowadziła przez natryski. Po wyjściu z wody część brała prysznic, część od razu zmierzała do szatni, „oni chyba z lenistwa i niechlujstwa” – sądził Karol . Zwykle szedł od razu się przebierać a kąpiel brał jak tylko wracał do domu,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil silp
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…