Kibi & Kibika
Historia dwojga uczniów pewnego naukowca. Pierwszy taki większy utwór napisany w celu utworzenia animacji... Na razie brakuje mi jednak do tego umiejętności :P
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kibi & Kibika
Wstęp
Witam. To moje pierwsze opublikowane opowiadanie. Mam nadzieję, że wybaczycie mi wszelkie błędy. Tekst pierwotnie nie miał w ogóle zaistnieć. Miała to być forma scenopisu do animacji, ale z braku dobrego programu postanowiłem zająć się jego poprawą. A na razie... Życzę miłej lektury.
Kaires
To był pierwszy słoneczny dzień w Metropolis- wspaniałym mieście, którego wysokie budowle przyprawiały o zawrót głowy. Większość czasu miasto skryte było pod osłoną ciężkiej chmury smogu, który wydobywał się z okolicznych fabryk i niczym ogromna płachta skrywał piękno tego miejsca. Szczęśliwi mieszkańcy mogli w końcu opuścić swe domy. Dzieci ruszały do szkoły, dorośli do pracy. Na ulicach powoli narastał gwar rozmów, hałas silników samochodowych, a także, gdzieniegdzie, trąbnięcia zniecierpliwionych kierowców. Pełen ... „... spokój” pomyślała Kibika. Była ona 20-letnią dziewczyną o niskim wzroście, czarnych niczym węgiel oczach i brązowych upiętych w kucyk włosach. Miała na sobie swój ulubiony czerwony płaszcz z czarnymi krawędziami oraz ciemne jeansowe spodnie. Pomimo, że nie było zimno postanowiła wziąć ze sobą swój jedwabny szal. Stała w jednej z bocznych uliczek obserwując przemieszczające się przed nią osoby. Niczym zdjęcia na filmie, choć podczas wyświetlania pojedynczo nie dostrzegalne, razem tworzyły obraz żyjącego miasta. Kibika spojrzała w górę, gdzie dostrzegła powoli opadającą kartkę papieru. Minęło kilka chwil nim trafiła wprost w jej ręce. Dziewczyna przyjrzała się jej uważnie. Obiekt sam w sobie nie był niczym niezwykłym. Ot zwykła kartka. Chociaż, jakby się zastanowić, to było trochę dziwne z jaką precyzją znalazła swe miejsce do lądowania. Na jej powierzchni ktoś niewyraźnie nabazgrał:
Spotkaj się ze mną na dachu szpitala w zachodniej części miasta. K.
Kibika przeczytała jeszcze kilka razy wiadomość, aby się upewnić czy dobrze zrozumiała. Po dłuższym zastanowieniu (not. i z braku lepszego zajęcia), postanowiła zaryzykować i ruszyła w stronę miejsca spotkania. Dopiero po godzinie udało się jej dotrzeć na miejsce. Nie było to wcale takie łatwe, gdyż pomimo krótkiego dystansu, przedarcie się przez liczne tłumy i korki na drogach graniczyło z cudem. Jak się okazało umówionym budynkiem był Szpital Św. Hospita, który słynął w okolicy z wygodnych „5. gwiazdkowych” pokoi, pięknej „obsługi hotelowej” oraz śmiertelnie toksycznych posiłków. Budynek był wysoki, więc dotarcie na dach zabrało dziewczynie nieco więcej czasu zanim w końcu przekroczyła w końcu próg drzwi wychodzących na dach szpitala. Mijały kolejne chwile. Z oddali widać było sunącą wśród szczytów dachów szarą chmurę. Fabryki znów ruszyły. Kibika powoli zaczynała tracić zainteresowanie czekaniem. Siedziała sobie na poręczy spoglądając na falujące prześcieradła, które suszyły się przed wizytą następnych „gości”. Dach szpitala był jednym z tych nielicznych miejsc, które wybiły się ponad sukno szarości. Było to wspaniałe miejsce do oglądania morza białych, sunących powoli obłoków na tle czystego błękitnego nieba. W oddali Kibika wypatrzyła ciemny kształt, który zbliżał się w jej kierunku. Jak się okazało był nim mały chłopiec płynący w łódce. Maluch odpychał się od oparów przy pomocy większego od siebie wiosła. Choć obraz ten mógł się wydawać dziwny, na dziewczynie nie zrobił najmniejszego wrażenia. Od urodzenia mieszkała ona wraz ze swoim nauczycielem w latającym zamku. Widziała wiele rzeczy, które na ziemi nie miały prawa istnieć, a co więcej ona sama miała już na koncie kilka własnych wynalazków. Jednak to jej nie wystarczało. W zamku czuła się odizolowana, wręcz uwięziona. Dlatego też pewnego dnia opuściła swój dom, by móc poznać świat i znaleźć swe miejsce na ziemi. Chłopiec podpłynął do krawędzi dachu i zarzucił na niego małą kotwicę. Wtedy dopiero Kibika mogła mu się przyjrzeć uważniej. Wcale nie był taki mały. Był nawet nieco od niej wyższy. To łódka i wiosło były po prostu większe przez co wyglądał na malucha. Na oko miał 17 lat. Miał takie same czarne oczy, oraz ciemne, zwierzchwione włosy. Ubrany był w podobny płaszcz, jednak ten miał kaptur i był ciemnoniebieski. Czuła, że ten ktoś przyszedł po nią nie bez powodu. Nie miała zamiaru wracać. Nie. Tu miała wszystko czego chciała.
- Witaj- zaczął nieśmiało. - Podaj chociaż jeden argument dla, którego miałabym wrócić do zamku. - rzuciła wprost Kibika.
To nie było powitanie. To było ostrzeżenie. Nie miała ochoty rozmawiać na ten temat. Chciała jak najszybciej pozbyć się tego typka. Przybysz zgubił jednak wątek, gdyż zamarł z otwartymi ustami nie wiedząc co powiedzieć.
- No odezwij się! - ponagliła dziewczyna. - Ekhm... no, więc... Mistrz mnie przysłał... i... Dobrze wiem kto cię przysłał! Mam w nosie Fondera i tych jego rozkazów! Po za tym pytałam o argumenty, a nie o osoby! - Wybacz... chodzi o to, że mistrz ma problemy... Jeden z jego eksperymentów wymknął się spod kontroli.... - Eksperymety! Oczywiście. A teraz ja mam iść do niego i posprzątać jego bałagan, tak?! - Proszę... Posłuchaj mnie... tu nie chodzi tylko o niego. Ten... TO coś przejęło zamek, a wraz z nim wszystkie wynalazki mistrza! Teraz zmierza w stronę miasta, by je zniszczyć, jak i następne jeżeli go nie powstrzymamy. Proszę musisz go... *wdech* TO ZATRZYMAĆ!- powiedział jednym (not. prawie) tchem.
Kibika zdała sobie sprawę z tego, że człowiek się wykańcza, więc powiedziała tylko:
- Okej, okej. Nie musisz krzyczeć.
Chłopak uspokoił się. Mimo wszystko było jej go żal. Z drugiej strony jednak zdumiewało ją jak udało mu się ją znaleźć. Nie zadała jednak tego pytania. „Nie wracam. Tylko im pomogę. Potem szybko odejdę, nim się zorientują mnie już nie będzie.” pomyślała.
- Więc pomożesz nam? - powiedział z nadzieją w głosie przerywając jej dłuższe przemyślenia. - Poprawka, pomogę miastu, nie wam. Chcę, żeby to było jasne: nie wracam do tego zamku dla was. Wy sobie radźcie sami, a ja zajmę się tym czymś. - W porządku. Zapraszam, więc do łodzi.
* * *
Pływanie łódką nie należało do najwygodniejszych. Pojazd okazał się być stary... wróć... bardzo stary. Widać było na nim skutki uczty chyba co najmniej kilku pokoleń korników. Kibika zerknęła poza burtę już któryś raz z rzędu. Podróżowali już od dwóch godzin. Słońce niedługo miało zajść poza kłębiasty horyzont. Dziewczyna nie miała pojęcia, czy w ogóle się przemieszczali. Wciąż dręczył ją niezmienny widok zza burty. „No i jeszcze ten chłopak. Dziwne, że się jeszcze nie zmachał tym wiosłem. Od początku wiosłuje w skupieniu wpatrując się w jeden punkt. Aaach..., że też dałam się namówić temu... tego...” pomyślała Kibika. - Ekhm... wybacz, zapomniałam cię spytać o imię... - Nie szkodzi. Nazywam się Kibi (not. wiem nie jestem oryginalny :3). Wiele już słyszałem o tobie Kibiko... Mogę się tak do ciebie zwracać, prawda? Dobrze. Nie było dnia, żeby mistrz nie wspominał o tobie i twoich wyczynach Zawsze chciałem cię poznać. Jak widzę nadal nie panujesz nad temperamentem... - Zamknij się! - Ha, ha, ha!
Po krótkiej chwili, kiedy chłopak przestał się śmiać Kibika znów zapytała.
- No więc, Kibi, ja o tobie nic nie słyszałam i mam do ciebie kilka pytań. - Słucham. - Od kiedy jesteś uczniem Fondera i jak to się stało, że w ogóle nim zostałeś? A, i co konkretnie stało się w zamku? - Hmmm... Chłopak przestał wiosłować. Usiadł. Po czym zaczął: - Może od początku.... Wszystko zaczęło się się niecałe trzy lata temu. Mistrz szukał wówczas terminatora. Strasznie żałował straty swojej ulubienicy, a nawet miał nadzieję, że cię odnajdzie. Jednak potrzebował kogoś do pomocy. Podczas jednego ze spacerów po ziemi natknął się całkiem przypadkiem na biednego kalekę. - Kalekę? - zapytała zdziwiona. - Słuchaj dalej. Jak się powinnaś już domyślić, chodziło o mnie. Tak, byłem kiedyś pozbawionym nóg kaleką, który został porzucony przez rodziców. Życie wiodłem żebrząc na ulicy w pewnej małej mieścince. I tamtego właśnie dnia on podszedł do mnie, świdrując mnie tym swoim starczym wzrokiem i powiedział: „Szukam ucznia. Chcesz pracować u mnie?” (not. prawie jak w ogłoszeniu :3). Nie zrozumiałem co miał na myśli, jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc wziął mnie na barana i zaniósł do swojego domu. Nie mogłem uwierzyć w to co stało się potem. Każdy dzień był dla mnie niespodzianką. Czułem się jak we śnie, z którego nie chciałem się obudzić. Dał mi dom, ciepło, jedzenie i coś czego nie mogłem dostać na ziemi. Nogi!
Tu uniósł nogawkę spodni pokazując skomplikowane urządzenie przypominające kończynę po czym schował ją z powrotem i wrócił do opowiadania: - Zbudował dla mnie prawdziwe nogi! Od tamtej pory jestem z nim każdego dnia. Staram się mu pomóc w każdym zadaniu. Chcę mu w ten sposób podziękować za ten cud. Jednak mistrzowi nadal czegoś brakuje. Do tej pory nie pogodził się z utratą ciebie. Zaczął więc budować, a raczej tworzyć coś co mogłoby cię odnaleźć i sprowadzić z powrotem. O planach mistrza dowiedziałem się całkiem niedawno, kiedy mamrotał coś przez sen. W dniu kiedy miał uruchomić maszynę, coś poszło nie tak i maszyna zamiast szukać zaczęła niszczyć. Mistrz został uwięziony, a mnie ledwo udało się uciec. Zrobiłem tę kartkę, żeby cię odnaleźć. - Zrobiłeś ją całkiem sam? - zapytała spokojnie. - Tak. Podoba ci się? - Ciekawy pomysł. Może coś jednak... - zamilkła. Następnie wstała powoli i wskazała palcem przed siebie mówiąc: - Już jesteśmy...
Zamek płynący w chmurach... Pomimo upływu trzech lat widok nie uległ zmianie. Te same białe, skręcone wieże zakończone spiczastymi dachami mieniącymi się w różnych kolorach tęczy otaczały główny budynek niczym rogi powyginanej królewskiej korony. W centrum stała masywna budowla przypominająca kształtem trapez, który dostał skrętu kiszek. Pośrodku frontowej ściany znajdował się wielki, wielobarwny witraż, na którym autor z braku weny poumieszczał kształty rozmaitych warzyw. Szczyt budynku stanowiła mała wieżyczka na czubku. Całość zaś otoczona była wysokim murem, z jednymi tylko wrotami wielkości 6-piętrowego budynku i pomalowanymi na jakiś bliżej nieokreślony odcień fioletu. W sumie zamek wyglądał jak jedna, wielka wymiotująca za mur bryła z czapeczką, która stała na obszernym skrawku unoszącej się w powietrzu ziemi obrośniętej trawą. Kibika zaczęła się wahać, jednak przypomniała sobie dlaczego tu jest. Wkrótce bezpiecznie przybili do brzegu. Wiatr ciągnął tutaj niemiłosiernie. Zamek robił wrażenie opuszczonego. Jednak w „czapeczce” dało się widzieć lekkie mignięcia światła.
- Masz klucze? - zapytała Kibika. - Co?... Ach, tak, już otwieram. - odparł Kibi z lekkim zakłopotaniem
Po kilku chwilach (i paru złamanych kluczach) weszli do środka. Wnętrze budynku opanował mrok. Tylko gdzieniegdzie świeciły się wiszące na długich linkach żarówki. Kibika dobrze pamiętała, że gdzieś tam na górze był dach, jednakże przez tą wszechogarniającą ciemność ciężko nawet było określić gdzie zaczynała się ściana a kończyła podłoga. Nieco dalej, za dwoma rzędami nieskończenie wysokich kolumn widać było mały, parterowy domek bez drzwi, otoczony z obu stron schodami. Od małego budyneczku odchodziło siedem różnych dróg wijących się w te i we wte, kończąc się na przeróżnych otworach, z których biła dziwna poświata.
- Okeej... widzę, że mieliście tu małe przemeblowanie. Którędy teraz? - zapytała dziewczyna. - Szczerze mówiąc to nie wiem. Gdy wychodziłem wszystko było w, że tak powiem, porządku. Najwidoczniej potwór postanowił zmienić nieco wystrój. - Potwór?! Mówiłeś, że to maszyna! - rzuciła przerażona. - No niby tak, ale żebyś go... to widziała co chciało zrobić z mistrzem. - I wy chcieliście wysłać po mnie coś takiego?! - Zamilkła po czym powiedziała ciszej – Czy dowiem się o nim jeszcze czegoś, czy zostawiasz to na ostatnią chwilę? - Raczej nic więcej o nim nie wiem, oprócz tego, że potrafi wykorzystywać(not. /używać) każdy wynalazek mist... - PIĘKNIE! PO PROSTU WSPANIALE! - wrzasnęła nie czekając, aż chłopak dokończy zdanie.
Tego można było się domyślić. Stwór, który ma za sobą całą maszynerię Fondera ma zostać zniszczony przez jego byłą uczennicę. Nie miała już jednak wyboru. Bestia pewnie wiedziała już o ich obecności. Musieli więc zacząć działać, w przeciwnym razie... Nie była nawet w stanie wyobrazić sobie co też taka maszyna mogłaby z nimi zrobić, a nie miała zamiaru sprawdzać. Co więcej nie miała nawet pojęcia z czym ma do czynienia. Jedyne co jej zostało to... - ... pozostać w ruchu. - mruknęła d siebie. - Co? - zapytał Kibi. - Wiem co musimy zrobić. Nie wolno nam się zatrzymywać. - Dobrze, ale którędy... - Ene, due, rike, fake...
* * *
Po dłuższej chwili...
- ...deus, kosmateus i morele b... - Czekaj! - krzyknął Kibi. - Co?! - warknęła Kibika – K****! Zgubiłam się! Teraz muszę zacząć od nowa! - Czekaj. Coś znalazłem. - powiedział chłopak, po czym podszedł do bocznej ściany małego domku.
W cieniu leżał jakiś przedmiot. Był zlepką (not. /kombinacją) dwóch rondli, akumulatora, dziecięcego kółka od roweru, dwóch reflektorów i kilku metalowych rurek. Na dodatek z czubka wystawała czerwona kulka ze szkła na podskakująca żałośnie na sprężynie.
- Co to jest? - spytała z niesmakiem Kibika. - To? To mój robot. - oświadczył Kibi z dumą. - Robot... - powtórzyła niewyraźnie. - Tak. Nazwałem go Y CATS. Tylko nie potrafiłem go nigdy uruchomić. - Robot... - Tak. Już mówiłem... Wszystko w porządku Kibiko? - zapytał chłopak zmartwiony.
Dziewczyna szybko zebrała się w sobie i - starając się powstrzymać od śmiechu - powiedziała:
- Wieesz... to bardzo... oryginalne... Mówisz, że nie działa?
Kibi nie zwróciwszy uwagi na dziwne zachowanie towarzyszki odparł:
- No, tak. Próbowałem już wszystkiego. - Wszystkiego? - A wiesz... tak patrząc na ciebie zaczynam myśleć, że nie bardzo.... - Z drogi młody. Patrz to się czegoś nauczysz.
Kibika nie mogła na to patrzeć. Podeszła do tej rzeczy, wzięła kable akumulatora w dłonie i podłączyła je do akumulatora. Następnie przekręciła przełącznik. Z maszyny zaczęły dobiegać dźwięki stukania i bulgotania. Reflektory migały przez moment przypominając mruganie oczu po czym zapaliły się na stałe. Maszyna powoli odepchnął się od ziemi
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kaires
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…