Wróć do katalogu

Krajobraz zimowy

Czasem stajemy czoło w czoło z szansą trafiającą się jak jedna na milion. a my pozwalamy jej odejść...tak po prostu...pozwalamy jej przecieknąć nam przez drżące palce

Andie, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Krajobraz zimowy

Właściwie, to zupełnie nie wiem, jak wypadałoby zacząć… „Cześć?” , „Witaj?” … Wybacz mi niepewne kroki i chwiejne słowa stawiane drżącą ręką, ale w spisywaniu tego rodzaju hmm…”rzeczy” jestem najczystszym przykładem laika. Proszę, nie pytaj na razie o co w tym wszystkim chodzi… Postaram się stopniowo nakreślić odpowiedź kompozycją subtelnych pasteli wspomnień oraz ulotnych i płochych myśli, wzmocnionych konturem węgla tego, co niezmienne i nieprzemijalne. Ale może rozpocznijmy od surowego płótna…

Nie, nie znasz mnie. I ja również niczego o Tobie nie wiem. No, może poza paroma drobnymi szczegółami, które pieczołowicie pielęgnuję w zaułkach mojej pamięci, a które z pewnością umknęłyby uwadze co mniej wytrawnego obserwatora. Z detali tych, jak z fragmentów układanki staram się czasem układać w mojej głowie mozaikę Twojej osoby. Kiedy zasypiam, gdy budzę się nieprzygotowana jeszcze do rozpoczynania nowego dnia, gdy dławi mnie mdłe powietrze samotności. Wiem, wiem…doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że układanki tej nigdy nie dokończę, bo pewne kawałki zdążyły pokryć się już kurzem i stracić na swej dawnej ostrości, inne spoczywają porzucone i zapomniane pod ciężkim dywanem pamięci a większości i tak naprawdę nigdy nie było w pudełku w momencie, gdy rozpoczynałam swoje dzieło. Potrafię zamknąć oczy i przywołać w pamięci Twój uśmiech, kolor oczu, szalik przerzucony niedbale wokół szyi…Niewiele tego, masz rację.

Nie znamy się. Naprawdę. Spotkaliśmy się tylko raz. Tylko ten jeden, jedyny raz. Błogosławione chwile mają to do siebie, że trwają krócej niż trzepot motylich skrzydeł; giną szybciej niż cichutki głosik maleńkiego dzwoneczka w trakcie tłocznej procesji. Być może mają rację ci, którzy twierdzą że stracone szanse nigdy się nie powtórzą. Jeśli tak, to zapewne nie dane nam będzie zetknąć się po raz kolejny. Nauczyłam się już żyć z tą myślą, nie rozdziera mnie ona wewnętrznie zostawiając bez tchu na rozstaju dróg – głodną, wycieńczoną, skręconą w spazmatycznym cierpieniu. Prawda jest taka, iż zbyt mało o Tobie wiem, by nie potrafić bez Ciebie żyć – jeśli przyjmiemy w ogóle, że znam Cię choć w jednej dziesięciotysięcznej Twojego jestestwa. Nie chowam też urazy do ślepego losu, który dopuścił do tego, by spośród ośmiu miliardów ludzkich istnień dwie istoty znalazły się w tym samym czasie i w tym samym miejscu, by spojrzały sobie w oczy tamtego zimowego dnia (mimo, że ludzie coraz rzadziej patrzą sobie teraz w oczy) a potem, by pozwolił im odejść…tak, po prostu. Bez słowa. Dwie samotne gwiazdy mijające się raz na milion lat- natchnienie romantyków, fatalna konstalacja. Może jedynie wypełnia mnie wewnątrz przeraźliwa pustka… Niezrozumiałe poczucie straty wdziera się w zakamarki każdej pojedynczej komórki mojego ciała i cicho kwili. Nasila się, gdy noc zakrada się perfidnie do mojego pokoju, a o ściany obija tylko mój własny oddech. Znasz to uczucie równie dobrze, jak ja? Wiesz, nauczyłam się go na pamięć…

Wszystko zaczęło się w księgarni. Tej dużej, w samym sercu miasta ( „I skończyło…”- szepcze do ucha złośliwy głos prawdy) Tak. I skończyło.

Był początek stycznia. Pamiętasz? Misternie wykończone płatki śniegu roztapiały się na ciepłych wargach przechodniów i ich zaróżowionych policzkach. Opadały srebrnym brokatem na drzewa, budynki i osnuwały puszystym dywanem szare chodniki. Łzy aniołów wirowały w magicznym tańcu osuwając się z nieba spokojnie, bez śladu pospiechu, nieświadome tego, że byle najlżejsze ocieplenie będzie jednoznacznym wyrokiem kończącym ich delikatny żywot. Nie, tego płatki śniegu nie wiedziały, bo i skąd. Opadały więc na brudną ziemię z gracją – wiotkie arcydzieła Natury- przedłużając mgnienie swojego kruchego istnienia i tym samym czyniąc miasto pięknym jak nigdy dotąd. I tylko wibrujący ciepły śmiech nad gorącą czekoladą dochodzący z pobliskiej kawiarenki utrzymywał serce w przekonaniu, że może jednak poza krainą lodu istnieje coś jeszcze; że zima przeminie; że narodzi się coś nowego.

Pchnęłam ciężkie drzwi księgarni, otrzepałam buty z przybrudzonego śniegu i weszłam do środka. Odurzył mnie zapach nerwowo wertowanych stron nowych książek i świeżo palonej kawy. Wzięłam głęboki oddech tej niezwykłej mieszaniny upewniając się, że jej lotne cząsteczki przesyciły swoim zapachem każdy kawałek tkanki mojego organizmu.

Wkroczyłam w świat pisany ludzką ręką: uczonych, stabilnych liter naukowców, natchnionej kursywy wizjonerów, eterycznej poezji marzycieli; świat przepełniony tym, czym człowiek był, jest, do czego dąży oraz tym, czym miejmy nadzieję nigdy się nie stanie.

Tamtego dnia w sklepie nie było zbyt wielu klientów. Wszyscy siedzieli zapewne w pracy lub już w swoich ciepłych domach pogrążeni w zimowym śnie, z nadzieją oczekując pierwszego oddechu wiosny. Ci zaś, którzy mimo mrozu na zewnątrz zdecydowali się skręcić do księgarni, stali teraz w rozproszeniu- cisi, milczący, zagubieni w sobie i w potoku słów, po których błądzili zagubionymi oczami.

Pamiętam, że tamtego dnia chciałam zakupić książkę pisaną językiem Szekspira. Skręciłam więc spokojnie do kącika z literaturą obcojęzyczną i tam, gdzieś pomiędzy Sherlock’em Holmes’em, Makbetem a Forrest’em Gump’em odnalazłam swój azyl.

Wtedy to się zdarzyło. Ot, tak po prostu. Nie wiem naprawdę czy to Boskie czy prozaicznie ludzkie tchnienie skierowało mój wzrok w kierunku półek z językiem niemieckim, gdzie stało troje osób. Właściwie, był to impuls. Ten specyficzny rodzaj przeczucia, które pojawiając się nie wiadomo skąd przejmuje nad tobą kontrolę. Siła, której się poddajesz mimo, że w najmniejszym stopniu nie domyślasz się nawet co ze sobą niesie.

Wciąż trzymając w dłoniach książkę, którą aktualnie przeglądałam obróciłam twarz w kierunku trojga młodych, uśmiechniętych ludzi w moim wieku. Stałeś tam Ty. Obok Ciebie dziewczyna w malinowym płaszczu i chłopak w czapce z daszkiem. Ale dla mnie – stałeś tam przede wszystkim Ty.

Porozsadzane na półkach arlekiny zastygły na chwilę w bezruchu. Jakich słów użyć, by umiejętnie odmalować pejzaż, który rozkwitł jak pąk róży w moim wnętrzu? Czy nie pogubię gdzieś esencji, starając się ostrożnie sączyć każde słowo, każdą pojedynczą sylabę? Czy z drugiej strony nie dam się wciągnąć w ruchome piaski banału i tandety, czyniąc te notatki na podobieństwo pamiętnika rozentuzjazmowanej nastolatki przeżywającej swą pierwszą, niedojrzałą miłość?

Spuściłam wzrok, niczym niegrzeczne dziecko przyjmujące z pokorą soczystą naganę, by za moment znów spojrzeć w Twoim kierunku – z odrodzonymi siłami, ze zdwojoną fascynacją i ciekawością Ciebie zrodzoną za zamkniętymi na ułamek sekundy oczami.

Teraz, na ciemnym obiciu powiek, potrafię dosyć precyzyjnie odtworzyć kolor Twojego szalika ( słoneczno – czerwony z nutą zielonej dekadencji), cały proces powstawania dołeczków tuż przy kącikach ust gdy składałeś wargi w promienny uśmiech, sposób w jaki odgarniałeś niesforny kosmyk włosów opadający nonszalancko na twarz, gdzieś poniżej linii oczu.

Co tak właściwie mogłam zrobić? Podejść- czy może raczej podbiec? Rozpocząć rozmowę? Rzucić Ci się na szyję? Zatarasować drogę? Sparaliżowana niepewnością nie zrobiłam nic poza nieustanną obserwacją. W pewnym momencie więc, stojąc tak przez dłuższą chwilę poczułam się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych