Księżniczka i smok cz.1
Trochę nietypowa baśń
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Książę Kruszczyk miał nieliche zmartwienie. Zmarła mu żona, po piętnastu latach małżeństwa obdarzywszy go jednym potomkiem, w dodatku płci żeńskiej. I żeby to jeszcze jakaś udatna dziewucha była, ale nie – musiało mu się urodzić dziecko bez prawej ręki. Kruszczyk żałował, że nie narobił sobie bękartów, kiedy jeszcze nie opuściły go siły, to mógłby uznać chociaż jednego i wyznaczyć na dziedzica. Ale niestety poślubił zołzę i zazdrośnicę, która śledziła każdy jego ruch, a jej służba zawsze była o krok przed jego ludźmi. Teraz był już za stary by czynić starania o męskiego potomka.
Żałował, że ożenił się tak późno. Że w młodości, zamiast małżonki szukać, to na wojnę gnał, sąsiadów najeżdżał i na turniejach w szrankach stawał. Nie zwracał wtedy uwagi na wysoko urodzone niewiasty, które chętnie zawiązałyby mu wstążkę na ramieniu, ani na branki, które przywozili jego towarzysze.
Żałował, że nie jest chłopem. Chłop po prostu zabiłby córkę – kalekę zaraz po jej narodzinach. Ewentualnie sprzedał do domu uciech – tam różne wynaturzenia były nawet pożądane przez amatorów niecodziennych wrażeń. Ale tytuł szlachecki zobowiązywał do honoru, nie można było ot, tak pogwałcić etosu.
Mógł więc jedynie bezradnie patrzeć na swoje ułomne dziecko, czasem sprać córę bez powodu i pić. W sumie los jego majątku był przesądzony: albo po śmierci Kruszczyka sąsiedzi podzielą jego włości między siebie albo któryś z nich pobije pozostałych i weźmie sobie wszystko. Tak czy siak wyglądało to niewesoło.
Rozwiązaniem byłby rozgarnięty zięć, wszak dziewczyna miała już czternaście lat. Może i była ładna: długie jasne włosy, które służące układały w rozmaite wymyślne fryzury, modre oczy i uroczy uśmiech. Ale znów: kto zechce kalekę za żonę? I dla małżonka wstyd i dzieci też mogą urodzić się słabe i chore.
Firletka też miała zmartwienie. Kiedy żyła matka, ojciec traktował ją wcale dobrze, ze strachu przed żoną, która nie dość, że była popędliwa, to jeszcze doskonale robiła mieczem. Nauczył ją tego ojciec, dziadek księżniczki, który nie mogąc doczekać się syna, na córkę przelał wszystkie uczucia.
Ale od pół roku Firletka wolała nie wchodzić rodzicowi w drogę. Od tego czasu nie poprzestawał na grubym słowie, już kilka razy porządnie zlał księżniczkę. Siniak na brzuchu bolał ją od kilku dni, a przed dwoma tygodniami ojciec o mało nie złamał jej nosa, tak silnie uderzył ją pięścią w twarz.
Cóż, byle wieśniaczka miała życie lepsze od niej. Przynajmniej mogła posługiwać się obiema rękami.
Myśl, której zalążek od tygodnia kołatał jej się w głowie, nabrała kształtów: ucieknie, i to jeszcze tej nocy, póki ma odwagę. Poczęła więc czynić przygotowania.
Najpierw zabrała z kuchni trochę jedzenia. Wynosiła niewielkie ilości po kilka razy, by służba się nie zorientowała, co zamierza ich pani. Potem zaczęła się zastanawiać, które ubrania najlepiej nadają się do podróży. Stwierdziła, że żadna z jej jej sukien nie jest wystarczająco odpowiednia, ale zdecydowała się na kilka najskromniejszych. Pieniędzy nie miała, ale za to w jej szkatule znajdowała się całkiem pokaźna liczba klejnotów. Najlepiej było wziąć pierścienie: były lekkie, małe, a przy tym sporo warte.
Na koniec ułożyła to wszystko w zgrabny stosik i poczęła się zastanawiać, do czego by tu zapakować cały ten kram. Znalazła w spiżarni stary jutowy worek. Nie był zbyt czysty, ale trzymał się jako tako, a poza tym nie miała czasu na przepatrywanie całego zamku w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na bagaż.
Złożyła ubrania najstaranniej jak umiała, zapakowała jedzenie i zawiązała worek. Podniosła go na próbę, okazał się bardzo lekki. Jej klacz nie będzie miała kłopotu z uniesieniem dodatkowego ciężaru. Był jednak o wiele za duży, jak na ilość rzeczy, które wzięła. Przywiązany do siodła obijałby się koniowi o nogi. Znów zakradła się do kuchni i podebrała stamtąd nożyczki, którymi odcięła nadmiar materiału.
Kilka pierścieni zawiązała na rzemyku na szyi i ukryła pod sukienką, resztę – również powiązaną – wrzuciła do worka.
Teraz pozostało tylko czekać.
Późną nocą narzuciła płaszcz i wymknąwszy się ze swoich komnat, zbiegła do stajni, gdzie zabrała się za siodłanie swojej siwej klaczy. Szło jej mozolnie, siodło było ciężkie i ześlizgiwało się z barku, popręg uciekał spod palców, sprzączki brzęczały raz po raz i Firletce wydawało się, że zaraz zajrzy tu ktoś zaalarmowany hałasem. Zawsze to służba siodłała jej konia, ona miała go tylko dosiąść – zresztą też nie bez pomocy. W końcu jakoś umieściła siodło na końskim grzbiecie, ale o założeniu ogłowia nie miała nawet co marzyć. Dorze, że klacz była ułożona tak, by reagować na głos i ruchy nóg jeźdźca.
Wyprowadziła klacz (a właściwie to zwierzę poszło posłusznie za swoją panią) i spróbowała go dosiąść. Tu też nie szło łatwo. Nie mogła przytrzymać się uzdy, bo jej nie było, ostatecznie zdecydowała się uchwycić końskiej grzywy. Wsunęła stopę w strzemię i przy pomocy jedynej ręki wdrapała się na siodło. Założyła klaczy siodło męskie, bo tej nocy zamierzała przebyć cwałem tak duży dystans, jak to tylko było możliwe.
Mankamentem było to, że wszyscy mogli oglądać jej gołe nogi., bo oczywiście strojów męskich w garderobie nie miała. Stwierdziła, że trudno, później zamieni którąś ze swoich sukien na bardziej odpowiedni strój.
Nagle z tyłu coś szurnęło. Odwróciła się z walącym sercem, mając przed oczyma obraz wykrzywioną gniewem twarz ojca.
Za nią stał masztalerz. Szpakowaty, czterdziestoletni mężczyzna w żółto – błękitnej liberii księcia.
- Cóż to panienka robi? - było to pytanie retoryczne, bo mało która wysoko urodzona panna w środku nocy siodłała konia.
- Uciekam – odparła. - I tobie też radzę. Ojciec wpadnie w szał, kiedy się dowie. - Wysupłała jeden z pierścieni i podała go słudze. A to przyjmij jako odprawę.
Stary tylko pokręcił głową.
- Książę się nie dowie – odpowiedział, stając przed nią – bo panienka zsiądzie z konia, uda się do swoich komnat i zapomni o ucieczce.
- Mowy nie ma. - Firletka trąciła piętami boki konia i klacz postąpiła naprzód.
- Niechże panienka będzie rozsądna. Jeszcze się jej co złego przytrafi. - Sługa nie ustępował.
Księżniczka też. Wyminęła go, ale ten chciał przytrzymać wodze siwki. Niewiele myśląc, Firletka wyciągnęła stopę ze strzemienia i kopnęła z całej siły, nie patrząc, gdzie celuje.
Trafiła sługę w twarz. Runął nieprzytomny na ziemię, ale Firletka nosiła delikatne safianowe buciki, a i siły nie miała zbyt dużo, więc nic poważniejszego mu się nie stało.
Rzuciła mu pierścień na pierś i skierowała się ku jednej z rzadko uczęszczanych bocznych bram. Prowadziło stamtąd przejście, strome, ale dla uciekinierki wręcz idealne. Zresztą, zostało pomyślane właśnie z myślą o uciekających, na wypadek oblężenia.
Podkowy stukały po bruku, jednak nikt nie wyszedł sprawdzić, co się dzieje. Nie bez powodu wszak na ucieczkę wybrała noc, kiedy Kruszczyk urządził solidną popijawę. Gdy rankiem zobaczyła beczki wtaczane do sali jadalnej od razu domyśliła się, co się święci. Podczas takich hulanek książę wyczyniał najróżniejsze rzeczy i bywał nieprzewidywalny, toteż nigdy nie znalazł się odważny, który by wtedy wyszedł z pomieszczeń dla służby.
Wszyscy w zamku wyszli więc z założenia, że i tej nocy to książę lub ktoś z jego przybocznych jedzie po dziedzińcu. I postanowili się nie wtrącać, ostatecznie życie było im miłe.
Poza starym masztalerzem nikt zatem Firletki nie niepokoił i spokojnie dotarła do ukrytego przejścia. Okazało się jednak, że w bramie, owszem, zmieści się zarówno człowiek, jak i koń, ale nie człowiek na koniu. Chyba że dziecko, ale księżniczka była już wyrośniętą panną. Musiała zejść, a każde zejście i podciągnięcie się z powrotem stanowiło dla niej nie lada wysiłek i opóźniało ucieczkę.
Po paru pełnych grozy chwilach (stare zawiasy skrzypiały rozdzierająco) znalazła się na trakcie wiodącym ze wzgórza. Najchętniej od razu puściłaby się galopem, ale droga była stroma i księżniczka mogła tylko gorąco się modlić, by klacz przypadkiem nie nastąpiła kopytem na śliski kamień lub nie potknęła się na bruździe. Prosiła też w duchu, by nikomu nie przyszło do głowy wyjść na mury, bo sierść siwki wyraźnie bielała na tle nocy i łatwo mogły zostać dostrzeżone przez kogoś o bystrym wzroku.
Na mury nikt nie wyszedł i do podnóża traktu dotarła bez przeszkód. Tam popędziła konia, by przebyć tej nocy jak najdłuższy dystans.
Mijała otoczone ostrokołami wioski poddanych jej ojca, które dotąd oglądała tylko z murów zamku, bo Kruszczyk zabronił jej opuszczać gród, i nie zwolniła, póki nie znalazła się przed ścianą lasu.
Jeśli ciągle będę jechać prosto przed siebie, na pewno nie zgubię drogi, pomyślała.
Las stanowił tylko część rozległych włości księcia, ale wyznaczał też ich granicę.
A im dalej od ojca, tym lepiej.
Śmiało wjechała więc między jesienne drzewa, pocieszona myślą, że już za niedługo ucieknie rodzicowi. Nie zastanawiała się, co dalej. Liczyło się tylko to, by zdążać przed siebie.
Jechała stępa, a wokół niej rozbrzmiewały odgłosy puszczy. Tu zahuczała sowa, tam mysz pierzchnęła spod kopyt, czasem jakiś nietoperz zatrzepotał skrzydłami w gęstwinie. Było
Nie bała się. Rozmaitą grubą zwierzynę wybito w tych okolicach dawno temu i nieprawdopodobieństwem było spotkać tutaj choćby wilka, nie mówiąc już o niedźwiedziu. A potworów przecież nie było.
Ale byli ludzie. Księżniczka nawet nie zauważyła, kiedy wjechała niemal w sam środek obozowiska grasantów. Jej ojciec, niestety, zapomniał o obowiązku ścigania i karania przestępców, który powinien spełniać jako pan tych ziem. Ukołysana jednostajnym tempem konia, nieświadoma obserwujących ją oczu, usnęła w siodle, aż została obudzona gwałtownym szarpnięciem. Zdziwiona otworzyła oczy. Otaczało ją czterech mężczyzn, ubranych nawet dość porządnie, trzymających w dłoniach pałki, korbacze albo noże. Dwóch z nich trzymało
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Fraszkka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…