Lionel
Historia wybryka natury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W listopadzie 1908 roku trafiłem do nowojorskich slumsów. Widok brudnych, obdartych i wynędzniałych ludzi stał się moją codziennością, sam do nich należałem. Nie miałem walizki, którą ukradł mi szkaradny olbrzym, nie miałem też pieniędzy, w kieszeniach mogłem szukać jedynie dziur. Znalazłem się na ulicy, w bezwzględnym świecie ludzi z marginesu, pomiędzy zapadniętymi poniżej bruku ruderami. Otaczał mnie smród uryny, brudu i zgnilizny. Byłem głodny, zziębnięty, bałem się i tęskniłem za ciepłym, bezpiecznym domem. Nie miałem dokąd pójść. Nigdy jeszcze nie czułem się tak samotny i przerażony, kuląc się przy zimnym murze w ciemnym zaułku. Mrówki przebiegały mi po plecach, gdy słyszałem niedaleko mnie piszczenie, w gardle czułem serce, kiedy coś przemykało koło moich stup. To były straszne, zimne noce, podczas których niewiele spałem. Sen morzył mnie w dzień. Prawie nie ruszałem się ze swojego miejsca, we dnie spałem przykryty płaszczem, nie mogłem swobodnie poruszać się po dzielnicy, nie chciałem wzbudzać niepotrzebnie zainteresowania. Ta dzielnica nie wydawała mi się bezpieczna, była ponura i odrażająca, a w samym jej środku kwitła prostytucja i przestępczość. Jawiła mi się wylęgarnią zła. Kiedy pierwszy raz brnąłem przez jej błoto, brudne i równie zabłocone kamienne uliczki pośród szarych, pokrytych sadzą, i nie wiem czym jeszcze, budynków, grupa pijaczków wysypała się z jakiegoś lokalu przy akompaniamencie głośnego śmiechu. Jeden omal mnie nie przewrócił, spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył samego diabła, a potem mrucząc przekleństwa, potoczył się w swoją stronę. – Hej, patrzcie! – zawołał ktoś. – Patrzcie na niego! Uciekłem przed ścigającymi mnie głosami. Biegłem, nie bardzo wiedząc dokąd, przepychając się między ludźmi, potrącając ich, wśród krzyków oburzenia, biegłem jak najdalej od wszystkich. Wpadłem w zakręt, który okazał się ślepą uliczką ograniczoną ścianami obskurnych budynków, pełną śmieci i najprzeróżniejszych rzeczy. Skryłem się za stosem belek. Mój oddech musiano słyszeć w promieniu trzystu mil, a jednak nikt nie przyszedł i nie wywlekł mnie z kryjówki. Kiedy uspokoiłem się na tyle, by spostrzec w jakim pełnym obrzydliwości miejscu się znalazłem, zrobiło mi się słabo. Obok mnie leżał zdechły szczur objadany przez robactwo, a cuchnęło tak, jakby sama Śmierć pochylała się nade mną i chciała zabić oddechem. Żółć podeszła mi do gardła, niczym innym nie mogłem zwymiotować, bo mój żołądek od dawna nie widział jedzenia. Czułem jak moja skóra staje się lodowata, a po czole ku skroniom płyną kropelki potu. Nie miałem jednak odwagi ani sił wyjść. Nogi mi ścierpły, gdyż długi czas spędziłem w kuckach. To nie było najważniejsze. Największym moim kłopotem było znalezienie się w obcym mieście i kraju bez pieniędzy. Miałem wrażenie, że od czasu, gdy ukradziono mi walizkę, upłynęło wiele dni, w istocie było to może kilka godzin. Jak miałem odnaleźć cyrk Frankiego? Kogo zapytać? Jak wydostać się z tego piekła na ziemi, skoro gdy tylko ktoś mnie zobaczy, podniesie alarm? Wspomnienie Prus i domu na wsi było takie odległe. Zastanawiałem się co teraz ze mną będzie. Nie byłem zaznajomiony z tym światem, nie wiedziałem jak sobie poradzić i pierwszy raz w życiu naprawdę byłem zdany wyłącznie na siebie. Niepewność była przerażająca i kiedy o tym myślałem, panika chwytała mnie za gardło. Gdybym wiedział tylko, gdzie mam szukać cyrku, gdzie się rozbił i w którą stronę podążał, mógłbym poruszać się po zmierzchu, i z pomocą Opatrzności do niego trafić. Nigdy bym nie pomyślał, że tak się skończy moja wyprawa. Kiedy w pośpiechu wyjeżdżałem z Cesarstwa, wszystko wydawało się takie łatwe, jasne: statek odpływał tego dnia, którego dotarłem do portu; bez komplikacji wysiadłem na amerykański ląd zatłoczony imigrantami; policjant – miał chyba bardzo dobry dzień– był uprzejmy wobec mnie i gdy wyjaśniłem, że jestem cyrkowcem, wpuścił mnie do Nowego Jorku. Szło gładko, aż za dobrze. Los obrócił się przeciwko mnie z chwilą, gdy zwalisty człowiek wyszarpnął mi walizkę. Najbardziej zabolała mnie strata zeszytu i przyborów do rysowania, które do niej włożyłem. Błądziłem po mieście w tłumie przechodniów, bryczek zaprzężonych w konie i automobilów. Nie tylko konie bały się tych hałaśliwych i wydmuchujących śmierdzące spaliny pojazdów, mnie też przyprawiały o niepokój, gdy przejeżdżały przy mnie lub omal nie wpadły na mnie na drodze. Po tym, gdy prawie upadłem pod kołami czerwonego potwora i jego właściciel w wielkich goglach zatrąbił na mnie, wolałem poruszać się przy ścianach, skulony. Starałem się, by nikt mnie nie poznał, ale mojej ,,lwiej twarzy” trudno było nie zauważyć, nawet gdy nasuwałem nisko kapelusz tak, że prawie nic nie widziałem. Zapędziłem się do gorszej dzielnicy, instynkt podpowiadał mi, że tu zgarbiony, przemykający jak przestępca jegomość będzie budził mniejsze zainteresowanie. I chyba rzeczywiście tak było, nie licząc zderzenia z pijaczkiem, zdemaskowania i mojej przebojowej ucieczki. Pierwszej nocy nie pomyślałem, żeby wychylić się zza belek w nocną niewiadomą, siedziałem tam jak zamarły, tylko serce łomotało mi wariacko. Następnego ranka jacyś ludzie robili straszny hałas, grzebali w kopcu śmieci w mojej uliczce, przerzucali je i napędzili mi stracha. Na szczęście nie zwrócili uwagi na kolejnego bezdomnego pod brudnym płaszczem, byli zbyt zajęci. Siedziałem tam aż do zmroku, dopiero wtedy odważyłem się wyjść. Chroniła mnie płachta ciemności. Oświetlenie ulic nie było tu najlepsze, co sprzyjało komuś takiemu jak ja. Nadal jednak na ulicach wrzało życie. Przekupki wciąż czekały, aż im się poszczęści; jedne kupczyły własnym ciałem, inne towarami, które miały w koszach. Te pierwsze, krzykliwie ubrane i ufryzowane, z postawą…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lena1012
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…