Łowcy cz. 1
W niedługim czasie po rozwodzie, Tim kupuje nowy dom. Tak naprawdę nie wie, że wszystko zaczęło się znacznie wcześniej...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ŁOWCY
1.
Biuro nieruchomości Wilferd & Turowsky c.o., zajmowało kilka pomieszczeń na czwartym piętrze okazałego gmachu, wzniesionego u schyłku lat trzydziestych ubiegłego wieku. W najobszerniejszym biurze, na drzwiach którego widniała tabliczka z napisem „dyrektor”, w wygodnym fotelu, wykonanym z prawdziwej skóry jakiegoś nieszczęsnego zwierzęcia, siedziała Alicja Wilferd. Od kilku lat, to na była w jednej osobie szefem firmy i według własnego uznania dysponowała wszystkimi pracownikami i agentami. Właściwie z dawnej firmy Wilferd & Turowsky c.o. pozostała jedynie nazwa. Biuro założył na początku lat sześćdziesiątych ojciec Alicji, nieodżałowany pan Wilferd, wspólnie ze swoim serdecznym przyjacielem. Obu mężczyzn, łączyła szczera i oddana przyjaźń, która narodziła się na froncie II Wojny Światowej, gdy wspólnie bili się w Ardenach. Turowsky senior nie wrócił potem do swojego kraju, ale mało kto z Amerykanów rozumiał na początku dlaczego. Przez bez mała czterdzieści lat agencja Wilferd & Turowsky c.o. ze zmiennymi kolejami, ale zawsze ponad kreską prosperowała na rynku. Gdy zmarł Wayne Turowsky, (który niechętnie, acz z konieczności zmienił imię po przybyciu do Stanów, bowiem oryginalne „Włodzimierz” było nie do wymówienia), a żadne z jego dzieci nie zdradzało chęci do przejęcia udziałów i tym samym kontynuowania interesu, ojciec Alicji odkupił wszystkie akcje zmarłego przyjaciela. Gdy w końcu stało się tak, że Alicja przejęła firmę, zdecydowała się, ze względu na pamięć i ojca i jego przyjaciela na pozostawienie nazwy firmy bez zmian. Miało to też i tą praktyczną stronę, że biuro stało się znane w ciągu tych wszystkich długich lat i zmiana nazwy wiązałaby się w pewnym sensie, z zaczynaniem wszystkiego od początku. Alicja z rzadka umawiała się z klientami osobiście. Robiła to tylko wtedy gdy w grę wchodziła poważna transakcja, z którą wiązałyby się tak niezbędne w prowadzeniu interesów, rzeczy jak prestiż, reklama i pieniądze. Ojciec zawsze jej o tym przypominał. Alicja osobiście prowadziła sprawę również wtedy, gdy chodziło o kogoś z jej dobrych znajomych lub przyjaciół. Nie chciała pozwolić na to, by jej agent, nie wiedząc z kim ma do czynienia, próbował sprzedać jakiś chłam i tym samym dopuścić do niezręcznej sytuacji, że ktoś jej bliskich, czułby się oszukany. Nie w tym również rzecz, że biuro Wilferd & Turowsky c.o. dyktowało barbarzyńskie i lichwiarskie ceny – bo firma miała znakomitą opinię i cieszyła się dobrą arką – ale w obecnych czasach, przy tak ogromnej rywalizacji i wyścigu po zysk, musiała niekiedy hamować ambicje swoich agentów. Niemniej, jej uczniowie, mieli znakomitą nauczycielkę. Dlatego też tego dnia, Alicja czekała osobiście na klienta, którym był jej znajomy Tim Backley. Od dawna oczekiwała tej wizyty. Była już nieco zniecierpliwiona, bowiem miał być już ponad pół godziny temu. O ile znała Tima, wiedziała, że z reguły nie spóźniał się, ale zdawała sobie sprawę, że o tej porze dnia, na ulicach są okropne korki. Wolała nie myśleć, że coś mu się stało. Spodziewała się, że Tim zwróci się do niej o pomoc. Ostatnio przechodził dość trudny okres w życiu. Był świeżo po rozwodzie. Pozew wniosła jego żona. W zasadzie przez kilkanaście lat małżeństwa, ich związek był zgodny i przykładny. W pewnym momencie Dorothy uznała, że z Timem łączy ją coraz mniej. Przez jakiś czas próbowali ratować małżeństwo i wyjechali razem na miesiąc do Europy. Wydawało się, że nawet miasto tak stworzone do miłości jak Paryż, nie pomoże im w wrócić uczucia i nie wniesie niczego nowego. Jednakże po powrocie, ich małżeństwo zaczęło się odbudowywać i kryzys wydawał się sprawą przeszłości. Wówczas Tim, zrobił coś, co zaprzepaściło kilkumiesięczne starania, o ratowanie ich małżeństwa. Każdy kto znał Backleya, uważał to za nieprawdopodobne. Sprawa rozwodowa przeszła cicho. Po krótkiej rozprawie, podziale majątku i uznaniu przez sąd, że Mark, ich dwunastoletni syn zostaje z matką, jeden podpis na dokumencie zakończył etap życia trwający od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Alicja nie była zamężna i nie była w stanie sobie tego wyobrazić. Wkrótce potem, Tim zwrócił się do Alicji o pomoc, w sprawie kupna jakiegoś niewielkiego domu. Nie mógł przecież w nieskończoność mieszkać w hotelu. Rozmyślania Alicji przerwało pukanie. Po oficjalnym „proszę” weszła młoda asystentka i oznajmiła, że przyszedł pan Backley. Tim wpadł spocony i witając się z Alicją, ze złością wyjaśnił, że jego spóźnienie to skutek korku, wywołanego przez jakiegoś „naćpanego bałwana”, stojącego na środku ulicy. Alicja zapytała jak się miewa, na co uzyskała krótką odpowiedź „jakoś ujdzie”. Nie wypytywała o nic więcej, nie chcąc ani drążyć tematu rozwodu i dręczyć Tima, przywołując przykre wspomnienia. Zabrali się do pracy. Alicja już wcześniej przygotowała teczkę, do której wpięła wybrane przez siebie propozycje domów, wraz z pełnym opisem i fotografiami, spośród których Tim miał wybrać coś dla siebie. Okazało się jednak, że jest on wybrednym klientem. Przeglądał propozycje Alicji, niektóre nawet po kilka razy, ale w każdej znalazł jakiś drażniący szczegół, przez który nie mógł się zdecydować. Dom albo był za duży, albo za mały, lub przy zbyt ruchliwej ulicy, czy wreszcie za drogi. Poza tym przez cały czas był rozkojarzony. Na koniec Alicja powiedziała: - Może odłóżmy to na jakiś inny termin. Tim zrozumiał co chciała przez to powiedzieć. Według niej kupno domu to kolejny krok w nowe życie, więc podświadomie broni się przed decyzją. Odparł jednak: - Nie. Za dwa tygodnie wypada weekend, kiedy będzie u mnie Mark. Muszę gdzieś mieszkać. Nie chcę żeby mi przepadła jego wizyta. Ostatnio prawie go nie widuję. Alicja odetchnęła. Już wcześniej przygotowała ofertę specjalną. Do ostatniej chwili wahała się jednak, czy ją pokazać Timowi. Związane to było z pewnym poświęceniem. To była sprawa szczególnego rodzaju, na specjalne polecenie od kogoś, o kim nikt w firmie nie miał pojęcia. - To już wszystko co dla ciebie przygotowałam – powiedziała. Tim w tym momencie był tak zamyślony, że nawet nie usłyszał jej słów. Ocknął się i rzekł: - O czym mówiłaś? Pokazuj dalej... Alicję przekonała mgła, jaką dostrzegła w jego oczach. - Mówiłam, że został mi jeszcze jeden dom, ale nie wiem czy ci się spodoba... - Pokaż – odparł – Zawsze mogę rzucić okiem. Alicja wyjęła teczkę. Tim zobaczył pomalowany na brązowo, podcieniowany dom, stojący w szeregu, przy dość szerokiej ulicy, typowej dla przedmieść. Dom nie był ani duży, ani mały. Otaczał go niski, biały płot, gdzieniegdzie na podwórzu rosły ozdobne krzewy. Umysł człowieka jest tak zaprogramowany, że czasami widzi to, co skrywa jego ukryta głęboko podświadomość, która projektuje pragnienia i marzenia. Tim miał przed sobą dom, o którym marzył i Alicja o tym wiedziała. - Mam jeszcze trochę czasu. Możemy zaraz tam pojechać? Chciałbym go zobaczyć – powiedział. - Jeśli chcesz – odparła Alicja. - Jasne. Chętnie go obejrzę z bliska – powiedział wstając z krzesła. Przy drzwiach zapytał jeszcze – Naprawdę ma brązowe ściany ? - - Tak. Dokładnie jak na zdjęciu – odparła Alicja, widząc, jak przebiegł mu po ustach lekki uśmiech. Tim stał przy otwartych drzwiach i czekał by Alicja wyszła pierwsza. Ona jednak powiedziała: - Zjedź na dół sam, ja zaraz przyjdę. Muszę jeszcze wziąć parę dokumentów. Skoro jedziemy, załatwię kilka rzeczy w mieście. Muszę wydać dyspozycje w biurze. Tim odparł „w porządku” i zamknął drzwi. Na korytarzu minął się z asystentką, która zmierzała energicznie do biura szefowej. Alicja poinformowała dziewczynę, że jedzie na około dwie godziny z panem Backleyem, by oglądać dom, po czym podyktowała jej, co ma robić w czasie swojej nieobecności. Gdy dziewczyna wyszła, Alicja podniosła słuchawkę. Chwilę czekała na zgłoszenie. - Jadę – powiedziała – I nie będę sama. Chcę wiedzieć, jakiego koloru jest dom.... Rozumiem ...Więc ma być brązowy – zakończyła.
*
Dotarcie na Oak Avenue z centrum, zajęło około czterdziestu minut. Tim przyjął ten szczegół z zadowoleniem. Jak najbardziej mu to odpowiadało. Potrzebował ciszy i spokoju, a okolica temu sprzyjała. Im dalej od zgiełku, tym bardziej mógł skupić się na swojej pracy. Na czas rozwodu, musiał odłożyć zawodowe obowiązki na bok. Teraz, kiedy było już po wszystkim, był gotów, by jak najszybciej wrócić do swoich zleceń. Droga wspięła się na niewielkie, ale dość rozległe wzniesienie. Za zakrętem wjechali na Oak Avenue. Po obu stronach ulicy rosły dęby. Korony drzew stykały się wysoko nad jezdnią, tworząc coś w rodzaju sklepienia. - To jedna z najstarszych ulic w mieście. To miejsce szczególnie spodobało się osadnikom, którzy przybywali ze Starego Świata, by szukać nowego życia. Najwięcej przybyło ich w siedemnastym stuleciu. Podobno te dęby zostały posadzone jeszcze przez nich. Każdy, kto zbudował dom, wkopywał przed wejściem drzewo. Dzisiaj po tamtych budynkach nie ma śladu, ale drzewa pozostały – opowiadała Alicja prowadząc samochód. Tim zadarł głowę do góry, spoglądając w korony, przez które w niewielu miejscach prześwitywało niebo. Wiatr spowodował, że drzewa, były pochylone w tym samym kierunku. Wyglądało to, jakby wszystkie, miały przewrócić się, w tym samym momencie. Zatrzymali auto, przed numerem 18. Gdy podeszli do drzwi domu, Alicja pozwoliła Timowi by to on pierwszy wszedł do środka. Wewnątrz było zupełnie pusto, jedynie pod wschodnią ścianą stała drabina, o której najwidoczniej zapomnieli robotnicy odnawiający mieszkanie. Dom był naprawdę piękny. Z zewnątrz pomalowany był na przyjemny, brązowy kolor. Z przedpokoju przeszli do dużego salonu. Stan budynku był znakomity. Timowi podobała się duża przestrzeń. Z boku widoczna była kuchnia, a na przeciwległej do wejścia ścianie, znajdowały się schody prowadzące na piętro. - I jak ci się podoba? – zapytała Alicja po dłuższej chwili. - Bardzo – odparł – Już wiem jak tutaj urządzę. Tu jest dobre światło i dość miejsca żeby ustawić stół do projektowania. Muszę wrócić do pracy. Mam trochę zaległych zleceń. Na szczęście ludzie wciąż chcą mieć ładne ogrody, więc nie stracę klientów. - Chcesz zobaczyć resztę domu? - Oczywiście. Tim chciał zacząć oglądanie domu od piwnicy, do której prowadziły osobne drzwi przez kuchnię. Alicja odszukała właściwy klucz. Przekręciła zamek i pchnęła drzwi. W półmroku ledwie widoczny był koniec schodów. Przez kurz, doleciał do nich nieco mdły zapach piwnicy. Tim śmiało ruszył schodami w dół i po chwili Alicja usłyszała jego głos: - Jest w porządku. Chciałem sprawdzić czy na dole jest sucho – Alicja ujrzała go, jak wyłania się z ciemności i podchodzi do schodów. - Zaczekaj, zejdę do ciebie ... – odpowiedziała mu Alicja z lekką obawą. Zaczęła schodzić. Gdy była w połowie długości schodów, obcas zsunął jej się ze stopnia. Straciła równowagę i odruchowo puszczając teczkę z dokumentami, by złapać się czegokolwiek, zsunęła się po schodach. Na dole wpadła prosto Timowi w ręce. - Nic ci jest? – zapytał. Alicja była nieco wystraszona tym, jak szybko znalazła się na dole. Nic jej się nie stało, nie licząc rozdartej spódnicy i lekkiego zadrapania na udzie. - Jesteś cała? – powtórzył Tim widząc, że kobieta trzyma się za nogę. - Tak, w porządku. Jestem chyba za ciężka na te schody – odparła siląc się uśmiech. - Nie przesadzaj – powiedział Tim zerkając na odsłonięte udo Alicji. Mimowolnie zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od historii z rozwodem, kobiece ciało robi na nim wrażenie. Alicja zauważyła to spojrzenie. Zasłaniając nogę spódnicą, powiedziała: - Jak mnie zaprosisz do siebie następnym razem, to napraw schody. - Nie ma sprawy ... – odparł. Alicja otrzepała się z kurzu i z pomocą Tima pozbierała rozrzucone na podłodze papiery. Gdy wrócili z piwnicy i znaleźli się w jasnym salonie, Backley poszedł na piętro, obejrzeć resztę pokoi. Oglądając pozostałą część domu był pewien, że będzie jego. Z każdą chwilą czuł ogarniające go napięcie. Stan ducha podobny do tego, gdy niespodziewanie ziszcza się, dawno zapomniane marzenie. Zaledwie kilka spędzonych tutaj minut wystarczyło, że poczuł się związany z tym miejscem. Coś podpowiadało mu, że jest to dom właśnie dla niego. Nie dopuszczał wątpliwości, że może się mylić. Gdy wrócił do salonu, oznajmił, że chce tu mieszkać. Alicja przyjęła to z radością i spokojem. wiedziała, że Tim podejmie właśnie taką decyzję. Głośno stwierdziła, że właściwie wszystko mogą załatwić w samochodzie. Wychodząc na zewnątrz, Tim zwrócił uwagę na futrynę drzwi. Na górnej belce, od spodu, dostrzegł wyskrobane dwa słowa. Nie był to ozdobny ornament, ale niedbale wyryte litery. - Sara... Milton... – Backley odczytał napis, zadzierając głowę do góry – Ciekawe kim była. I kto to napisał. - Nie wiem – powiedziała Alicja – Słyszałam kiedyś, że mieszkańcy upamiętniali na ścianach swoich domów, nazwiska pierwszych osadników. Pionierów, którzy mieli odważyli się zacząć życie, w tym dzikim wtedy kraju. - Nie wiedziałem, że była taka tradycja... Chciał zapytać o coś jeszcze, ale Alicja poszła już do samochodu. Przyglądał się przez chwilę napisowi, po czym także udał się do auta. Wypełniając dokumenty Alicja zwróciła uwagę na pewien szczegół. - Nie wiedziałam, że masz na imię Timothy. - To na cześć Timothy Daltona. Moi dziadkowie pochodzili z Walii, z Colwyn Bay, tak samo jak ten aktor. Nie mówiąc już o tym, że moja mama uwielbia „Wichrowe wzgórza”. - Rozumiem. – Alicja lekko się uśmiechnęła. - A co się stało z ostatnimi właścicielami? – zapytał Tim chcąc zmienić temat. - Nie wiem. Kilka lat temu nasze biuro kupiło tę nieruchomość – powiedziała Alicja nie podnosząc głowy znad kartki. - Wyprowadzili się? Przecież to wspaniały dom – zdziwił się Tim. - Może panował tu niezdrowy klimat, albo po prostu dom był dla nich za duży. Nazywali się Dalmore czy jakoś tak. Dom stoi pusty prawie dwanaście lat. Przez ten czas nikt się zdecydował, by go kupić. Alicja skończyła pisać. Wyjaśniła, że wszystkie dokumenty wyśle pocztą, a pieniądze zostaną ściągnięte z konta. - Dom jest twój – powiedziała.
2.
Od kilku dni Tim urządzał się w swoim nowym domu. Wynajęta ekipa pomagała mu przenieść wszystkie jego rzeczy. Wszędzie panował rozgardiasz typowy dla przeprowadzek. Tim starał się tłumaczyć, co, gdzie i w jaki sposób mają składać, ale i tak robili wszystko po swojemu. Byłby gotowy osobiście przenieść swój stół do projektowania, gdy zobaczył w jaki sposób usiłowali go zmieścić we frontowych drzwiach. Szef ekipy pomimo, że wciąż mówił „dobrze panie Backley”, „tak jest szefie” i „będzie zrobione” sprawiał wrażenie nierozgarniętego. Zresztą, jego samego też robotnicy mieli w głębokim poważaniu. Tim właśnie pokazał schody do piwnicy i co należy z nimi zrobić, gdy rozległ się dzwonek. Niechętnie zostawiając robotników samych, podszedł i otworzył drzwi. Przed nim stała młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna z koszykiem w ręku. Uśmiechała się czarująco. - Jestem Anna Ramsfiled. Ale proszę mi mówić po prostu Annie. Mieszkam z rodzicami obok pana, pod numerem 11. Nie chciałam wcześniej przeszkadzać, kiedy przynosili pana rzeczy. Teraz rodzice mnie wysłali. Mama powiedziała „Annie, ten młody człowiek, chyba już zdążył się jako tako urządzić, idź i przywitaj go w naszym imieniu. Widzę, że jest tu od kilku dni, a jeszcze go nie poznaliśmy. Gotów jeszcze pomyśleć, że przeprowadził się w niekulturalne sąsiedztwo. Musi się poczuć swobodnie” Więc jestem. - Tim Backley... – odparł, biorą koszyk, zaskoczony nieco potokiem słów Dziewczyna rozglądała się ciekawie po salonie, zajrzała do kuchni, gdzie ujrzeli ją robotnicy i przerwali pracę przyglądając się jej smukłej sylwetce. Tim zobaczył to i przymknął drzwi do kuchni. Gdyby usłyszał co powiedzieli między sobą, z pewnością nie wypłaciłby im premii. Dziewczyna w ogóle nie zwróciła na to uwagi i mówiła dalej: - Bardzo dawno tu nie byłam. Ostatni raz gdy przyszłam pożegnać Delmore’ów. Byłam wtedy dzieckiem. Szkoda, że się wyprowadzili... – spostrzegła jednak, że być może popełniła faux pas i szybko dodała z uśmiechem - Ale oczywiście, że cieszę się też, że pan tu zamieszka. Mam nadzieję, że będziemy przyjaciółmi. Nie będziesz miał nic na przeciwko, że zacznę ci mówić po imieniu? Tim skinął głową, zastanawiając się, co by było gdyby się nie zgodził. Czuł się przytłoczony lawiną słów i onieśmielony urodą dziewczyny. Nie mógł wydobyć z siebie słowa. Annie inaczej zrozumiała to milczenie. - Uciekam. Masz pewnie dużo pracy z tą przeprowadzką. Następnym razem przyjdę jak już się urządzisz – powiedziała, wyciągając dłoń na pożegnanie. Tim w końcu ochłonął i odprowadził dziewczynę do drzwi, zapraszając ją i jej rodziców, gdy już naprawdę się urządzi w nowym domu. Annie zakręciła się na nodze i wyszła na w pół tanecznym krokiem. Tim udał się o kuchni. Robotnicy patrzyli na niego spod byka. Szef ekipy podszedł i poufale powiedział: - Sąsiadka? - Tak, moja pierwsza nowa sąsiadka – odparł. - Szczęściarz z pana...
*
Większość ludzi wierzy w istnienie, lub wie, że są miejsca, które należy omijać z daleka. Często, może to być związane z jakimiś dramatycznymi wydarzeniami, niekiedy z odległej przeszłości, które czas i ludzie zniekształcili, przypisując nadnaturalne detale i nadając im formę legendy. Takich miejsc jest mnóstwo. To może być stary, opuszczony i zrujnowany dom w którym przed laty wydarzyła się zbrodnia, to może być zapomniane w lesie starożytne cmentarzysko, to może być wiekowy las kryjący na w pół już zapomnianą opowieść, może to być też pojedyncze drzewo, niebezpieczny zakręt na drodze, na którym życie straciło już wielu ludzi, to może być głaz owiany legendą, albo niewielki pokój w domu. Miejsce zamknięte na klucz, odcięte od świata, choć stanowiące jego część. Córka mojego znajomego przyrzekła sobie, że nigdy nie wejdzie do pokoju, w którym zmarł jej dziadek i dotrzymuje słowa po dziś dzień. Ja sam odczuwam dziwny niepokój, ilekroć jadę do rodziny na wieś i widzę drzewo, w które podczas tragicznego wypadku uderzył samochód mojego kuzyna. Kto ma tyle odwagi by samotnie, wieczorową porą udać się w odosobnione miejsce i beztrosko przysiąść pod tym samym drzewem, na którym przed laty odebrał sobie życie samobójca. To miejsca, które nierzadko żyją własnym życiem, emanują trudną do określenia energią i ... mówią. Wszystkie miejsca mówią. Opowiadają nam swoje historie przez cały czas i za wszelką cenę, pragną byśmy je usłyszeli, często wówczas, gdy wcale nie mamy ochoty ich słuchać. Do Tima Backley’a jego dom przemówił w sobotę, około drugiej dwadzieścia po południu. Po raz pierwszy od dłuższego usiłował skupić się na pracy, by zabić czas oczekiwania na byłą żonę. Dorothy miała przyjechać, by zostawić ich syna Marka na resztę weekendu. Mimo wysiłków, miał w głowie kompletną pustkę. Nie mógł się skupić. Siedząc przy swoim stole do projektów i bezwiednie wystukując ołówkiem rytm, jakiejś trudnej do rozpoznania melodii, usłyszał szmer na piętrze. Za pierwszym razem zbagatelizował go, ale gdy powtórzył się ponownie, wstał i niechętnie poszedł na górę. Pierwsze co mu przyszło do głowy to myśl, że na strychu grasują szczury. Odkąd się wprowadził, nie był na poddaszu ani razu. Z trudem podniósł ciężką klapę. Nos buntował się, podrażniony zakurzonym powietrzem. Rozsunął schody, wiszące u sufitu i powoli wszedł na górę. Na strychu było czysto. Okno dawało sporo światła. Tim obszedł każdy kąt, ale nie było tam nic innego prócz kartonu po czekoladowych batonikach. Przyklęknął i otworzył pudło. Wewnątrz leżały pożółkłe kartki papieru, zapisane równym, nieco przesadnie kaligraficznym odręcznym pismem. Na pierwszej stronie napisane było „Pamiętnik Steve’a Dalmore’a”. - „ No proszę... to może być interesująca lektura” – pomyślał. Spojrzał na zegarek. Dorothy będzie dopiero za dwie godziny. Miał więc dość czasu, żeby choć trochę zapoznać z tym, co znalazł. Wziął kartki i usiadł pod oknem, gdzie było najwięcej światła. Oparł się o ścianę i zaczął czytać.
„Nazywam się Steve Francis Dalmore i przyzwyczajony byłem do tego, że zawsze dostawałem to czego pragnąłem. Pewnego jesiennego poranka zamarzył mi się nowy dom. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że dom stworzony dla mnie stoi przy Oak Avenue 18. Dlaczego akurat ten? Czy może dlatego, że zawsze o takim marzyłem i dlatego, że istnieje takie miejsce? Czy też może powód był taki, że ludzie w ogóle mają marzenia. Ale wkrótce przekonałem się, że są siły, które dobre marzenia obracają w niwecz i to na zgubę tych, którzy o nich śnią.”
*
Dorothy zaczynała się już niecierpliwić. Nerwowo spoglądała na zegarek. Miała zawieźć syna do byłego męża, przynajmniej przed trzydziestoma minutami. Tymczasem Mark wciąż nie był spakowany, a Dorothy miała wrażenie, że robi wszystko, by opóźnić wyjazd do ojca. Domyślała się, dlaczego tak się dzieje. Ich syn miał trzynaście lat i nie można już było mówić, że jest zbyt mały, by rozumieć niektóre rzeczy. Postawa Marka była jednak zaskoczeniem. Do tej pory, Tim świetnie rozumiał się ze swoim synem. Dorothy siedziała w kuchni i czekała, aż Mark w końcu wyjdzie ze swojego pokoju i będą mogli pojechać. - Jesteś już gotowy Mark? – zawołała w stronę schodów. - Zaraz schodzę – usłyszała w odpowiedzi. - Synu pospiesz się – zniecierpliwiła się - Mieliśmy wyjechać o czwartej. Tata pewnie już na nas czeka. - Zaraz zejdę ... Po chwili usłyszała jak Mark wychodzi ze swojego pokoju. Chłopak wolno stawiał krok za krokiem. Dorothy wstała i oboje w milczeniu wyszli z domu. W samochodzie Mark zajął się grą komputerową i nie zwracał uwagi na matkę. Dorothy przez całą drogę zastanawiała się jak zacząć rozmowę. Wreszcie zdecydowała się zapytać wprost. - Nie chcesz jechać do taty? Mark nie oderwał wzroku od gry. - Nie bardzo – odpowiedział. - Myślałam, że ucieszysz się, gdy będziesz mógł w końcu zobaczyć się z nim zobaczyć. Ma nowy dom i spędzisz z nim trochę czasu. Dawno się nie widzieliście. - Wolałbym innym razem – odparł. Chwilowo Dorothy musiała odłożyć rozmowę bowiem ciągnący się przed nią sznur samochodów zaczął zwalniać, aż stanął zupełnie. Powodem był wypadek, który wydarzył się jakieś osiemset metrów przed nimi. Policja zorganizowała ruch wahadłowy, wobec czego co kilka minut przepuszczano część samochodów z jednej bądź z drugiej strony. Upłynęło sporo czasu zanim przyszła ich kolej. Na miejscu wypadku było pełno policjantów, trzy ambulanse i straż pożarna. Widzieli jak trzech strażaków, rozcinało właśnie zgnieciony samochód. Dwóch sanitariuszy opatrywało jakiegoś mężczyznę. Kilkanaście metrów dalej leżało ciało przykryte workiem. Podmuch wiatru poderwał lekki materiał, pod którym zobaczyli fragment ramienia. Dorothy zdawało się, że ręka trupa kończyła się mniej więcej w łokciu. Spojrzała na Marka, który był tak zajęty swoją grą, że nie zwracał uwagi na to co się dzieje. Gdy wyjechali poza obszar wypadku, ruch uliczny wrócił do normy. Dorothy chciała pozbyć się przykrego wrażenia, jakie wywarł na niej niedawny widok. Na drodze zrobiło się luźniej i nie musiała tak bardzo skupiać uwagi na prowadzeniu samochodu. - To powiesz mi dlaczego nie chcesz jechać do taty? – zapytała. - Trochę chcę – odparł. - No to w czym problem? - Wolałbym nie musieć jeździć – odpowiedział Mark. - Przypominam ci, że to wina twojego ojca – zirytowała się Dorothy. Zaraz jednak pożałowała tych słów, zdając sobie sprawę, że w tym momencie ta rozmowa da niewielkie rezultaty. Postanowiła poczekać dwa dni i przekonać się, jakie wrażenie przyniesie ze sobą Mark po powrocie od ojca. Oak Avenue, zrobiła na Dorothy duże wrażenie. Czuła się, jakby wjechała trochę do innego świata, chociaż do centrum było zaledwie kilkanaście przecznic. - Ładnie tu prawda Mark? – zapytała. Chłopak od niechcenia spojrzał w okno. - Może być. Nie lubię starych domów – odparł. Dorothy nie zdążyła nic odpowiedzieć. Nagle, coś wyskoczyło z żywopłotu, który rósł przy chodniku i wbiegło prosto pod przednie koła. Choć nie jechała szybko, to hamowanie było tak raptowne, że oboje o mały włos nie uderzyli głową w tapicerkę. Mark patrzył na matkę z nieskrywanym przestrachem. Klnąc cicho pod nosem, Dorothy odpięła pas i wysiadła z samochodu. Między tylnymi kołami leżał rozjechany szary kot. Oczy nabiegły już krwią, a jedna z łap drgała mu w pośmiertnym skurczu. Dorothy rozejrzała się wokół siebie. Ulica była pusta. Wyglądało na to, że nikt nie widział zdarzenia. Zastanawiała się co zrobić z kotem. Zwierzę nie wyglądało na bezpańskie, było zadbane i nosiło na szyi zieloną obrożę. Sięgnęła ręką i złapała kota za ogon, po czym wyciągnęła go spod samochodu. Poczuła obrzydzenie. Przemogła się jednak i niosąc martwe zwierzę za ogon, ułożyła pod żywopłotem. Wsiadła do samochodu. - Co za dzień – powiedziała – I nie mów do mnie nic przez chwilę. Chłopak wzruszył ramionami. Po kilku minutach zajechali pod dom przy Oak Avenue 18. Wysiedli z samochodu i podeszli do drzwi. Dorothy nacisnęła dzwonek. Odpowiedziała jej cisza. Zadzwoniła jeszcze raz. Po chwili oczekiwania nacisnęła klamkę. Zdziwiła się, że drzwi były otwarte. - Poczekaj tu na mnie – powiedziała do syna. Mark usiadł na stopniu schodów i wrócił do swojej gry. Z lekką obawą Dorothy weszła do środka. Pierwszym wrażeniem jakiego doświadczyła, było lekkie ukłucie zazdrości, gdy ujrzała wnętrze domu. Musiała przyznać, że Tim wybrał wspaniałe miejsce. Przeszła przez salon i znalazła się w wąskim przejściu. Układ mieszkania był tak zaprojektowany, że korytarzem, z którego prowadziły drzwi do pozostałych pomieszczeń, można był przejść dookoła salonu i przez kuchnię, wrócić w to samo miejsce. Dostrzegła także drewniane schody prowadzące na piętro. Idąc korytarzem, znajdowała leżące na ziemi kartki papieru, zapisane odręcznym pismem. W kuchni taka kartka leżała na stole. Dorothy wzięła ją do ręki i przeczytała: „Pamiętnik Steve’a Dalmore’a”. Odłożyła ją i wróciła do salonu. Rozejrzała się uważniej po pomieszczeniu. Lampa oświetlająca stół do projektowania była włączona. Obok stała niedokończona filiżanka kawy. Wszystko sprawiało wrażenie, że jeszcze przed chwilą ktoś tu był. Nagle Dorothy zdało się, że usłyszała dwa ciche puknięcia. - Tim, to ty ? – powiedziała i z pewną obawą wróciła do kuchni. Tutaj było jednak pusto. - Tim, nie wygłupiaj się – Dorothy doznała nieprzyjemnego uczucia. Dostrzegła boczne drzwi, na które wcześniej nie zwróciła uwagi. Powoli do nich podeszła i nachyliła się, próbując coś usłyszeć. Przez moment panowała absolutna cisza. Nagle, rozległy się trzy głośne uderzenia w drzwi z drugiej strony. Było to tak niespodziewane, że Dorothy odskoczyła od drzwi i wpadła na krzesło stojące obok stołu. Patrzyła jak porusza się klamka, ale drzwi były zamknięte na klucz. - Kto tam jest?! – zapytała ze strachem. - To ty Dorothy? – usłyszała stłumiony głos Tima. - Tak – odparła zaskoczona. - Wypuść mnie – powiedział Tim. - Ale jak? – rozłożyła bezradnie ręce. - Słuchaj. Klucze powinny być w schowku pod schodami na piętro. Takie na breloku z Goofy’m. Dorothy poszła we wskazane miejsce. Na szczęście klucze wisiały na haczyku. Wróciła do kuchni i otworzyła do piwnicy. Tim wtoczył się do kuchni i opadł na krzesło. Był półnagi, jego jedynym strojem były bokserki. Twarz miał bladą, na brzuchu i plecach był ubrudzony od pyłu. Oddychał ciężko i przymglonymi oczami patrzył na Dorothy. - Gdzie Mark? – zapytał, gdy nieco ochłonął. - Czeka przed domem – wyjaśniła Dorothy patrząc na byłego męża z niepokojem – Dzwoniliśmy, ale nie odpowiadałeś. Kazałam mu zostać, a sama poszłam cię szukać. Co ty robiłeś w tej piwnicy? – ostatnie zdanie powiedziała nie ochłonąwszy jeszcze do końca. Tim niepewnie spojrzał na kobietę. - Nie wiem – odparł po prostu. Dorothy westhnęła. - A to skąd masz – wskazała na leżącą na stole kartkę papieru – Ty to wszędzie porozrzucałeś? Tim dochodził do siebie. Dopiero teraz dostrzegł, kartkę, która leżała na stole. Złapał ją w jednej chwili, jakby bojąc się, że Dorothy będzie chciała mu ją odebrać, po czym zerwał się z krzesła i ignorując kobietę, zaczął zbierać porozrzucane kartki z pamiętnika Dalmore’a. - Tim co się z tobą dzieje? – Backley usłyszał w głosie byłej żony niepokój i troskę. - Już wszystko w porządku – odpowiedział obojętny na jej przejęty ton. - Możesz mi wyjaśnić, jak znalazłeś się w piwnicy? Tim zatrzymał się i odwrócił się do Dorothy. - Nie wiem. Po prostu nie pamiętam. Nie mam pojęcia, co robiłem przez ostatnie dwie godziny. - Spałeś? Może... znowu zacząłeś... – mówiła niepewnie, obawiając się w jaki sposób Tim zareaguje na jej słowa. On był jednak zupełnie spokojny. - Daj spokój. To mi się nie zdarzyło od dziesięciu lat – powiedział absolutnie opanowanym tonem i schylił się po leżącą kartkę. - Skoro mówisz, że nic ci nie jest - Dorothy wzruszyła ramionami i dała spokój kolejnym pytaniom. - Ubierz się. A ja idę po Marka – powiedziała. Nie chcąc niepokoić chłopca tym niezrozumiałym zachowaniem, rodzice wyjaśnili synowi, że Tim po prostu spał i dlatego nie słyszał dzwonka do drzwi. Backley zaproponował Dorothy, by została z nimi jeszcze, obiecując, że zamówi szybko jakiś obiad i zjedzą go wspólnie. Dorothy wykręciła się jednak z tego pomysłu, tłumacząc się, że ma pilną sprawę do załatwienia, poza tym ma dziś nocny dyżur, a jest już dość późno i chciałaby jeszcze odpocząć przed pracą. W rzeczywistości jednak nie chciała zostać ze względu na Marka, który nieopatrznie mógłby zrozumieć wspólny obiad z rodzicami. Przed wyjściem zamieniła jeszcze kilka zdań z Timem, prosząc go, by poświęcił synowi więcej uwagi, ponieważ on bardzo źle znosi ich rozstanie i ma do nich żal. Uprzedziła go także, że stał się zamknięty w sobie i obojętny na to, co się do niego mówi. Tim wrócił do domu i zastał Marka siedzącego w fotelu w salonie. - Chodź synu, zamówimy coś do jedzenia. Na co masz ochotę? – zapytał - Obojętnie – odpowiedział wzruszając ramionami. - Kuchnia grecka, włoska, francuska, albo meksykańskie owoce morza. Możemy nawet zaryzykować rosyjskie pierogi... – wyliczał Tim otwierając książkę telefoniczną. - Wszystko mi jedno tato. Tim westchnął. Dorothy miała rację, że czeka ich ciężki okres. Nie tracił dobrego ducha. Ignorując, obojętność syna i udając, że nie robi ona na nim wrażenia, zadzwonił do jednej z restauracji. Mark nadal siedział skwaszony, a dobry humor ojca nie robił na nim wrażenia. Obiad zaczęli w milczeniu. W pewnej chwili Mark powiedział: - Szkoda, że mama nie je z nami. - Przecież widziałeś, że musiała jechać. - Mogłeś ją przekonać żeby została. - Miałem ją zmusić? – Tim podniósł głos, nawet nie zdając sobie z tego do końca sprawy. - Dlaczego się nie pogodzicie? - Przecież my się wcale nie kłócimy – powiedział Tim żując kawałek mięsa. - No to zamieszkaj z nami. - Ale ja mam nowy dom. Nie podoba ci się tutaj? - Nie, jest głupi. Tim odłożył widelec. - Mark, musisz zrozumieć, że my z mamą wzięliśmy rozwód. I nie będziemy mieszkać razem. Ale pomimo tej całej sytuacji, to ty jesteś dla nas najważniejszy. - Gówno prawda! Mam was dosyć! - krzyknął Mark płaczliwie, po czym zerwał się z krzesła i wybiegł z kuchni. - Mark! Wróć do stołu! – krzyknął za nim Tim rozkazująco. Mark jednak zignorował ojca. - Niech to szlag – dodał cicho do siebie. Wstał od stołu i poszedł za synem. Mark siedział na kanapie w salonie i wiązał buty. - Zawieź mnie do mamy – powiedział. - Nie ma mowy – odparł Tim stanowczo. - To sam pojadę – skwitował Mark. Tim widząc, że złość i gniew nie dają rezultatu, zmienił taktykę. Podszedł i usiadł obok syna. - Moi rodzice też wzięli rozwód. Też to było dla mnie trudne, a oni wcale nie byli tacy mili dla siebie jak ja i mama. Chcę żebyś został. Pogadamy jak mężczyźni. Z czasem zrozumiesz, że chociaż w tej chwili czujesz się rozgoryczony, to wszystko się wyprostuje. Dawno nie gadaliśmy ze sobą. Wiem, że mnie obwiniasz i masz rację. Chcę żebyś został. Mark siedział milczący. Po chwili jednak zaczął odwiązywać buty. Tim odetchnął z ulgą. Wrócili do kuchni i dokończyli obiad. Potem zaproponował synowi, że najpierw zaraz po obiedzie wspólnie zmyją naczynia, a potem mogą pogadać, albo w coś pograć. Było już po dwudziestej, gdy usłyszeli dzwonek. Tim poszedł do drzwi, zaskoczony kto to może być o tej porze. W drzwiach zastał Annie. Timowi przez moment wydało się, że to trochę niestosowne, że młoda dziewczyna przychodzi do niego o późnej porze. Poza tym poczuł się niezręcznie ze względu na Marka. Jednakże nie byłby facetem, gdyby mu wizyta dziewczyny nie schlebiała. Poza tym, zdał sobie sprawę, że patrzenie na Annie jest najczystszą przyjemnością. Zaprowadził dziewczynę do salonu i przedstawił jej Marka. Annie doznała nieprzyjemnego uczucia na
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jacek.barczynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…